Poniedziałek, 21 października 2019. Imieniny Celiny, Hilarego, Janusza

Podziel się:

Podziel się:

"Północ. Na przekór losowi i logice wbrew".

Witajcie, moi drodzy Czytelnicy! Byście nie poczuli się przypadkiem zaniedbywani, postanowiłem wrzucić początek mojej najnowszej książki, dotyczącej ubiegłorocznej tułaczki po Skandynawii. Tej samej książki, która jest właśnie czytana w wydawnictwach gdzie zapadnie decyzja o jej wydaniu (bądź też nie), więc liczę na trzymanie przez Was kciuków ;).

(25.06.2018, godz. 09:45)
Na granicy Europy – Poza granicami rozsądku. Tak oto rozpoczynam zapis moich notatek już od tytułu, co mi się nigdy wcześniej nie zdarzyło, bo zawsze tytuł pojawiał się niejako sam, w trakcie pisania.
Lecz chyba ów tytuł najlepiej oddaje ducha mojej najnowszej wyprawy. Wiem, że brzmi on nieco enigmatycznie, więc już spieszę z wyjaśnieniem. Celem podróży jest Nordkapp, ten sam który nęcił mnie jeszcze ubiegłego roku, a z której to podróży z różnych względów zrezygnować musiałem („Nordkapp – Podróż której nie było”, 2017r.). Oficjalnie jest to najbardziej wysunięty na północ kraniec Europy, co nie jest to jednak do końca prawdą (choć też jest to kwestią interpretacji), ale będziemy się tu trzymać wersji oficjalnej dla obopólnej wygody. Wszystkim, którym nazwa niewiele mówi (są tacy?), bądź z tych czy innych przyczyn nie sprawdzili jej jeszcze w Internecie, podpowiedź. Norwegia. Może też być Szwecja, a następnie Norwegia. Lub bardzo dużo Szwecji i trochę Norwegii. Trzecia możliwość to Finlandia, cała Finlandia, a potem nieco Norwegii. Jest też opcja dostania się przez terytorium Rosji (pamiętacie zapewne informacje o rowerach masowo porzucanych przez uchodźców na granicy?).
No ale umówmy się, że wyruszamy z Polski, a wtedy jazda przez terytorium Rosji byłaby cokolwiek nielogiczna. A zatem w grę wchodzą trzy państwa, i w zasadzie wystarczy wciąż jechać przed siebie
ku północy, póki nie skończy się droga, bo potem to już tylko amfibią (do miana której Dziadek nie aspiruje) lub podróż wpław (do której to znowuż ja niezbyt się palę). Zabrałem ze sobą co prawda kąpielówki, zakładam jednak, że z racji faktu iż jest to Koło Podbiegunowe, woda może nie być przesadnie gorąca. Skoro już wyjaśniliśmy sobie, o której granicy mowa, pora na rozwikłanie drugiego członu tytułu, czyli co mam na myśli pisząc o granicach rozsądku. Otóż mój drogi Czytelniku vel Czytelniczko, mam tu na myśli całą tę naszą eskapadę przez Skandynawię. Blisko sześciotysięczną, dokładnie rzecz ujmując. Ktoś powie: „Phi, co to jest! Ja moim nowym Volvo przejechałem 10 tyś. Kilometrów” w 9 dni. Należy mieć jednak na uwadze fakt, że my naszą podróż odbywaliśmy Dziadkiem , a w Dziadku nawet klimatyzacji nie uświadczysz, choć sam klimat był niezły. Ktoś inny mógłby powiedzieć: „Phi, jeszcze starszymi autami się podróżuje”. Fakt, tylko że jeszcze w sobotę, czyli dwa dni do wyruszenia promem na Karlskrone i dzień do mojego wyjazdu do Gdańska, mechanik walczył
z klamkami, aby można było auto w ogóle zamknąć. Litościwie przemilczę fakt, że pogubił części
i musiałem jeździć po złomowiskach w poszukiwaniu brakujących elementów (przypominam, że była sobota). Wyobrażacie sobie taką podróż, ze wszystkimi naszymi rzeczami pozostawianymi
w samochodzie którego nie można zamknąć? Że już o chrobocie podczas jazdy na pierwszym biegu nawet nie wspomnę. Albo wspomnę, bo dziś (czyli w poniedziałek, tak – w dzień wypływania z Polski!) obudziłem się o godzinie 3 nad ranem i namiętnie szukałem na internetowych forach jakichkolwiek informacji na ten temat. Na szczęście wyczytałem gdzieś, że można z tym spokojnie jeździć nawet setki tysięcy kilometrów i nic złego oprócz dyskomfortu spowodowanego hałasem nie powinno się z autem dziać. Przypomniałem sobie oczywiście słowa mechanika jeszcze sprzed roku, że najlepiej furę już oddać na złom. A zatem i ryzykuję wszystko, bo innego auta niestety nie posiadam. No ale tyle są warte nasze marzenia, ile jesteśmy w stanie poświęcić, celem ich realizacji. Jakoś niespecjalnie uspokajał mnie również fakt, że przed wyjazdem zleciłem wymianę oleju i filtrów. Przykładzik? Proszę uprzejmie. Zatankowałem auto przed samiutkim wjazdem na prom, łącznie bagatela 120 litrów (100 w zbiorniku i 20 w kanistrze), plus bagażnik zapakowany naszymi gratami po dach. Miła pani z budki sprawdza nasze dowody osobiste, mijamy miłą panią z budki i … jebut! HUK! Pierwsza myśl? Bieżnikowane opony nie podołały i któraś strzeliła. Może ta, z której notorycznie schodzi powietrze, wolno acz sukcesywnie. Jeszcze wczoraj, przed wyjazdem do Gdańska sprawdziłem ciśnienie
i dopompowałem gdzie trzeba. Po chwili pojawia się kolejna myśl: A może za dużo/za mało dopompowałem? Może przy tym obciążeniu które mamy na pace po prostu strzeliła? Głęboki wdech, no to nieźle by się ta nasza podróż skończyła, zanim się jeszcze właściwie rozpoczęła. Trzeba wyjść
z samochodu i zmierzyć się z nieubłaganymi faktami. Mój towarzysz w miarę spokojny, choć nie ma chyba świadomości pełnej grozy sytuacji, oraz niespodzianek jakie mogą nas czekać, a i ja nie zamierzałem dokładać mu dodatkowego stresu. Wychodzę z auta, przeglądam koła, całe. Wydech.
Ufff, czyli to jednak nie u nas. Że niby panikuję? No to kolejny przykład, ledwie pół godziny później. Komunikat przez promowy radiowęzeł. Wiadomo, że komunikatów się z zasady nie słucha, w tym jednak przypadku moją uwagę przykuło imię Krzysztof, do którego to błyskawicznie dodałem imię mojego towarzysza podróży Ireneusza, choć nie byłem pewien, czy to właśnie je podano, bo jak już wspomniałem, nie słuchałem. Wymienione osoby były proszone do punktu informacyjnego. Zlał mnie zimny pot. A co, jeśli Dziadek po zatankowaniu do pełna stwierdził że ma przesyt? Moje obawy nie były bezpodstawne, bo kiedyś już mu się coś takiego wydarzyło. Wiecie przecież, co dzieje się z człowiekiem, który wleje w siebie zbyt dużą ilość cieczy? Wyobraźcie więc sobie teraz, jak zareagowałoby auto.
A zareagowałby dokładnie tak samo jak człowiek, czyli popuściło. Sto litrów ropy! Gdyby to się rozlało, musiałbym zapewne szorować po nim pokład do końca roku, a trochę miesięcy do tego końca jeszcze pozostało. Przyznacie chyba sami, że nie jest to specjalnie kusząca perspektywa, no i zdjęć bym tam raczej szałowych nie zrobił. Siedzimy sobie teraz z Ireneuszem w kawiarence przy Nordic Spa,
a konkretnie przy wejściu do salki kinowej, w której przed rokiem oglądałem z Andrzejem podczas podróży „Krudów” i „Dr. Strange’a”. Siedzimy teraz w nadziei na jakiś seans, patrząc w drzwi, niczym przysłowiowa sroka w gnat. To znaczy ja siedzę, i patrzę, a Pan Gębski ucina sobie drzemkę, czego mu szczerze zazdroszczę (po kilku ledwie godzinach snu tej nocy). No ale wątpię, abym tu zasnął. Raz, że fotele pomimo swego komfortu utrzymują ciało jednak w pozycji siedzącej, choć drzemiący w najlepsze towarzysz byłby zapewne odmiennego zdania. Druga rzecz, to dzieci dookoła. Małe płaczące, większe krzyczące, jeszcze większe gadające. Nic to, damy radę! Warunki bojowe, trzeba to przetrwać :) Przynajmniej nie gryzą, w przeciwieństwie do szwedzkich meszek z którymi będę toczył nierówne boje przez najbliższe kilka miesięcy. Prom płynie, ja siedzę, Ireneusz leży, a życie się toczy. Ruch, wszystko
w ruchu, choć zdaje się, jak byśmy trwali w miejscu. Panta rei.
Podróż zaczęła się zatem nad wyraz interesująco, choć tytułem wstępu powinienem choćby tylko wspomnieć o jej początku jeszcze w niedzielę, bo przecież dla mnie zaczęła się ona w niedzielę, wieczornym dojazdem do Gdańska. Opis mojego kilkudniowego maratonu po sklepach sobie podarujemy i niech będzie to (zwłaszcza pozostawiane w sklepach kwoty) słodką tajemnicą autora. Teraz chyba, by podróż się zwróciła i jeszcze zarobić na zbiorach, te jagody muszą być jak nic ze złota.
I lepiej żeby były! Do Gdańska wyjechałem z Olsztyna niestety znacznie później, niż to wcześniej zakładałem, bo dopiero po 18-ej, przez co nasze plany wspólnego oglądania w TV meczu Polska – Kolumbia na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej wzięły w łeb. No przynajmniej jeśli chodzi o pierwszą połowę. Niebo nie mogło się przez cały dzień określić, czy cieszy się, czy jednak smuci że jadę, bo na przemian a to padało, a to świeciło słońce. Nie inaczej było więc i w mojej trasie, choć nie zamierzam narzekać, bo na głowę mi nie kapało, a miałem za to okazję obserwować piękne smugi światła na niebie. Wiecie, coś w stylu rozpromienionego aniołka zstępującego na ziemię. Toteż właśnie brakowało jedynie aniołka, bo smugi były. I nie wiedziałem tylko, czy to dobry znak, czy może wręcz przeciwnie. Wyglądało to super, musicie mi wierzyć na słowo bo zdjęcia nie zrobiłem spiesząc się by zdążyć chociaż na drugą połowę meczu (sic!). A jaka w aucie zapanowała euforia, kiedy wreszcie w radiu zamiast trzasków usłyszałem transmisje meczu! Sama euforia nie trwała jednak długo, bo wkrótce nasi stracili pierwszą bramkę. Ale klimat samotnej jazdy w deszczu połączony ze słuchaniem komentatorów był nad wyraz sympatyczny. Wspominałem może o czarnych chmurach i ulewie? No więc znakomicie korelowały one z samopoczuciem kibica po stracie gola.
W Gdańsku byłem tuż po 21-ej, a zatem mogłem już bez przeszkód z moim przyszłym towarzyszem podróży obejrzeć kolejne 2 stracone bramki, a tym samym odpadnięcie naszej Reprezentacji z turnieju jeszcze w fazie grupowej. Bo przecież ostatni mecz z Japonią nic już nie zmieni, niestety. A może jednak na szczęście, bo przecież każdy medal ma dwie strony. Co zatem daje nam rewers w tym przypadku? Ano to, że możemy teraz spokojnie jechać, nie zaprzątając sobie specjalnie głów myślami, że gdzieś tam gra nasz zespół narodowy, a my nie możemy go wspierać krzycząc do ekranu. Jeszcze jeden plus, choć muszę tu bardzo rozważnie dobierać słowa, by ortodoksyjni wyznawcy trenera Nawałki się na mnie nie obrazili, a jest nim po prostu kubeł zimnej wody. Jeszcze przed pierwszym meczem
z Senegalem niejedna mądra głowa biła pianę w telewizji, widząc już naszych zawodników w finałach turnieju. Te wszystkie peany zachwytu, duma i przechwałki. Co blok reklamowy, to reklama z trenerem lub zawodnikiem. Doszło już nawet do tego, że śmiałem się iż Nawałka wypadnie z helikoptera, Lewandowski zakrztusi napojem (bo przecież utraty włosów ani łupieżu mu nie życzę), Grosicki zablokuje w drzwiach sklepu z telewizorem pod pachą, a Glik … dobra, nieważne. Kubeł zimnej wody na głowy wszystkich, więcej pokory i skupienia na pracy. Ale jest jakaś zależność w tym, że im ktoś więcej bryluje w telewizji, tym słabiej wypada na boisku (a obserwuję to niestety już od lat). Media przestały pompować balon, bo pozostał już ledwie flak. Oczywiście do kolejnego sportowego wydarzenia. Tak to wszystko działa. Jak dobrze, że przez najbliższe kilka miesięcy odpocznę od telewizora. A dwa miesiące temu wynajmując pokój w Łebie, facet nas przepraszał że nie zdążył jeszcze podłączyć telewizora. Panie coś pan? Ja muszę od telewizora uciekać aż w szwedzkie lasy! Niestety, okazał się człowiekiem wyjątkowo słownym, bo już następnego dnia telewizor grał.
Godzina 14:20, mój towarzysz podróży się przebudził i zrobiliśmy rundę po promie z obowiązkową wizytą w sklepie bezcłowym. Okazał on się też osobnikiem znacznie rozmowniejszym niż wcześniej sądziłem, lecz moje przypuszczenie wynikało z jego twierdzenia o własnej małomówności. Na szczęście byłem w błędzie, bo ucinamy sobie całkiem miłe pogawędki. Wracając jednak jeszcze na chwilę do dnia wczorajszego. O meczu już wspomniałem i więcej nie zamierzam, w myśl zasady „ciszej nad tą trumną”. Po obfitej kolacji u moich gdańskich gospodarzy jeszcze jeden rzut oka na rozpostartą
na kanapie, potężną mapę Norwegii. Ależ to wszystko ogromne, a te drogi jakieś takie dziwnie długie. Zupełnie inaczej to wyglądało na stronie internetowej, gdzie do Nordkapp było nie więcej, niż jakieś
10 centymetrów :) Choć wpatrywałem się w mapę usilnie, nie udało mi się jeszcze dostrzec naszego auta na jednej z wielu nitek dróg. Na spoczynek udaliśmy się tuż po 23-ej z budzikami nastawionymi na 6 rano, który to czas spokojnie powinien wystarczyć do zameldowania się na promie z rzeczonym minimum, czyli na pół godziny przed jego wypłynięciem. Siedem godzin snu też powinno wystarczyć,
w moim przypadku to nawet już taki standard. Sądziłem tak, aż do mojej pobudki o godzinie 3 rano, sam nawet nie wiem z jakiego powodu, a tych mogło być kilka. Jednym, mogło być wypite przed snem piwo, bo przecież tego meczu nie dało się oglądać na trzeźwo. No ale żeby po jednym wstawać w nocy na siku, to już jednak lekka przesada. Ok., wstałem i skoro już wstałem, to skorzystałem. Układam się do snu – dobre i te trzy godziny – myślę. Leżę więc usiłując zasnąć. TIK – TAK – TIK – TAK. Wiszący nieopodal na ścianie zegar jakby celowo zaczął głośniej odmierzać czas. TIK! – TAK! – TIK! – TAK! Spoko, poleżę, poczekam, sen przecież musi przyjść, to jedynie kwestia czasu. Czekam. TIK!!! – TAK!!! – TIK!!!
– TAK!!! Dam radę, czekam dalej. ŁUP – ŁUP – ŁUP – ŁUP. Dam radę, dam radę, przecież w końcu zasnę! BUM! – BUM! – BUM! Tym razem jednak to nie zegar, a moje łomoczące serce wali jak szalone. Strach, stres przed podróżą, lęk przed humorami Dziadka? Wyobraźnia pracuje, a ja czuję jakby mi się serce żywcem z piersi wyrywało. BUM!!! – BUM!!! – BUM!!! – BUM!!! Staram się jakoś uspokoić, wewnętrznie wyciszyć i myśleć racjonalnie. A przede wszystkim zwolnić. PA - TA – TAJ, PA – TA – TAJ. Serducho galopuje za myślami o chroboczącym pierwszym biegu. Mechanik niby miał to sprawdzić, ale mając świeżo w pamięci akcję z klamkami, to już w nic nie wierzę. A jeśli to sprzęgło, które swoim chrobotaniem oznacza, że wkrótce trafi je szlag, a stanie się to w niezwykle spektakularny sposób, najpewniej w najmniej spodziewanym momencie, czyli w jakiejś lapońskiej dziczy? Rzecz jasna tuż za Kołem Podbiegunowym, co by dramaturgia była większa. Albo tuż przed, żeby było śmieszniej. Zabawne? Nie bardzo. PA – TA – TAJ, PA – TA – TAJ. Pora umierać. Albo nie, najpierw poszukam jeszcze w Internecie informacji na ten temat, bo może ktoś już miał coś podobnego. Czemu ja na to wcześniej nie wpadłem?! Wiecie już, co na temat tego chrobotania wyczytałem i że da się z tym żyć. Ja również się nieco uspokoiłem, „pompka” zwolniła, odkładam telefon i przez najbliższe, blisko dwie i pół godzinki zamierzam spać jak niemowlę. Zapadam w błogi sen. GRRR – GRRR. Tak, zgadza się, dobrze słyszycie. Kolejny dźwięk w tej nocnej kakofonii dźwięków. Co tym razem, spytacie? Otóż nie zdążyłem wspomnieć, że moi sympatyczni gospodarze którzy zaproponowali mi nocleg przed wyjazdem, mieli równie sympatycznego kota  Kot był czarny, ale z białym „szkieletem” na klacie. Serio, kiedy się kładł na plecach, to wyglądał jak kostium na Haloween lub ostrzeżenie przed porażeniem prądem. Nie pytajcie mnie tylko jak się wabi, bo tego nie wie nikt. Jakoś się im nie przedstawił, a pech chciał, że nie miał również przy sobie dowodu osobistego. A zatem ów kot, o imieniu Kot, obserwował teraz uważnie, co to za obcy zalega właśnie na tapczanie. Na JEGO tapczanie! Nie było rady, trzeba się było
w jego łaski wkupiać głaskaniem. Miałem na to siłę może przez kwadrans, potem obróciłem się na drugi bok i niech się dzieje wola Nieba. Zasnąłem. Jak mniemam ku jego wielkiemu rozczarowaniu
i poczuciu głębokiego niedosytu. Ale faktycznie coś jest w tych zwierzakach, że mają na człowieka bardzo dobry, uspokajający wpływ. No może nie dotyczy to jedynie Funfla, bo w zasadzie nigdy nie wiadomo, kiedy należało by przerwać głaskanie i w pośpiechu wycofać dłoń. Udało mi się więc pospać jeszcze dobrą godzinę, bo obudziłem się o 5:30 i chciałem już tylko jak najszybciej jechać na nasz prom, by może tam móc się wreszcie wyspać. Po prawdzie to obudził mnie krzątający się po kuchni Ireneusz, któremu chwała za to, że jednak bardzo się starał, by tego nie zrobić. Zjedliśmy śniadanie i zapakowaliśmy jego dwie torby do mojego załadowanego niemal po dach bagażnika. Całe szczęście, że nie miał ich więcej, bo nie mam pojęcia jak bym to wszystko upchał. No ale ja w przeciwieństwie do niego jadę przecież na kilka miesięcy.
Wyruszyliśmy około godziny 7 rano, czyli na 2 godziny przed wypłynięciem promu, a godzinę przed zameldowaniem się do podróży. Miałem w planach jeszcze po drodze wizytę w sklepie, bo czas był dobry, a pamiętam, że gdzieś tam w okolicy był Kaufland, w którym to przed rokiem robiłem zakupy. Fragment ze sklepem wolałbym jednak przemilczeć, by nie wyjść na kompletnego pierdołę. Tak wiem, kronikarski obowiązek wymaga podzielenia się wszystkimi faktami. No to dwukrotnie przejechałem zjazd. Zadowoleni? A olej na ewentualne dolewki oraz piwo, kupiliśmy już na stacji benzynowej na której to jeszcze nieco skapnęło do baku. Alkoholu w tym roku do Szwecji nie wiozę, bo za bardzo by mnie to stojące pod łóżkiem piwo kusiło, lepiej więc zamiast wciąż opierać się pokusie, wcale do niej
nie dopuścić. Jak znam życie, to pewnie zaraz po przyjeździe pognam ile sił w nogach do sklepu po te szwedzkie, 2% lager-sikacze. A teraz przepraszam, ale właśnie rozpoczyna się Bingo, w które gram po raz pierwszy w życiu. o więcej, ja zamierzam to Bingo wygrać! Nie udało się, choć sama gra jest w swej prostocie nad wyraz sympatyczna. A wiecie co jest najzabawniejsze? Otóż przed chwilą miła, uśmiechnięta pani przeszła między stolikami i pozbierała zużyte kupony oraz (uwaga!) ołówki rozdawane przed grą. No tak, tanie bilety. A ja myślałem, że to taki sympatyczny gift, który teraz
z niemałym zażenowaniem wyciągam z mej reklamówki. Oddaję go już bez żalu ze słowami, że szczęścia jednak nie przyniósł. A miła pani próbuje mnie pokrzepić, że pewnie mam za to szczęście
w miłości. – To mogę już z tego szczęścia skakać do Bałtyku? – pytam kwaśno panią Aleksandrę. Może i nie wygrałem, ale się przynajmniej nieco pośmiałem. Oprócz Bingo, zorganizowano jeszcze konkurs na kształt „Jaka to melodia” , lecz w nim poszło mi jeszcze gorzej niż w Bingo. Czyli wcześniej nie było jednak tak źle i jest szansa na progres :) A teraz już rozpoczyna się puszczony na telebimie mecz Rosja – Urugwaj. Tylko ten Szaranowicz jakoś dziwnie brzmi, nie za bardzo po polsku. Odkładam zeszyt,
do usłyszenia!
Godzina 17:30, a mnie udało się nawet chwilę zdrzemnąć, nie tracąc ani jednego ze strzelonych przez Urugwaj w meczu, trzech goli, przebudzając w kluczowych momentach. A jak człowiek odpocznie choć chwilę, to zaraz optymistyczniej patrzy na świat. Choć przed momentem przeszła mi przez głowę myśl, że jak nie pozostawiłem auta na biegu, to hamulec ręczny którego w zasadzie nie ma mógł pozwolić,
by auto stoczyło się z podjazdu na którym stało, a to całkiem spora wysokość. Widocznie po prostu muszę pospać nieco dłużej. Za około godzinę dobijemy do brzegu, a kiedy dotknę kołami szwedzkiej ziemi, zamierzam mieć już jedynie pozytywne myśli. Bo przecież właśnie rozpoczyna się wielka podróż mojego życia, moja „Sidhartha”, mój „Pielgrzym”. Dowiedziałem się też podczas naszego rejsu, skąd wzięła się ta okazyjna cena biletów, bo przecież siłą rzeczy musieli na czymś przyoszczędzić. Nie no, papier w toaletach był. Przyoszczędzili za to na łazienkowym zapachu. Stena Line – wstyd! :P Ołówki litościwie przemilczę :)
Dwóch, w zasadzie obcych sobie facetów, jadących wspólnie tysiące kilometrów starym, rozsypującym się autem na kraniec Europy. Czy można sobie wyobrazić lepszy przepis na katastrofę?"
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)