Sobota, 20 października 2018. Imieniny Ireny, Kleopatry, Witalisa

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 63

O sposobach pokonywania bagien i technikach otwierania konserw rybnych.

(25.09.2015, piątek, godz. 10:50, 3 dni do powrotu)
Słońce. Jest to właściwie jedyna rzecz niezbędna człowiekowi do życia, rzecz jasna po zaspokojeniu przez niego potrzeb pokroju choćby jedzenia. To słońce daje nam energię, radość, to ono budzi nas o świcie, a w zasadzie to budzi do życia wszystko. To ono wreszcie jest powodem tego, że od rana chodzę z szerokim uśmiechem na twarzy. Obawiam się jedynie, że kiedyś mogą mnie zamknąć w pokoju bez klamek, bo nikt już nie zrozumie o co mi chodzi. Ale póki co cieszę się, a radość moja jest tym większa, im mniej sprawdziły się wczorajsze prognozy Ewy, czy raczej jej znajomego który wieszczył deszcz. Trochę zaczyna się co prawda chmurzyć, ale nic to, takie małe chmurki, wiatr szybko zrobi z nimi porządek. Musi, bo przecież zamierzam nazbierać Kasi te 40 kg borówki, o czym mi zresztą z rana delikatnie przypomniała. Póki co jednak, zajadam się jajecznicą na stygnących w ekspresowym tempie plastrach boczku, którego po prostu nie byłem sobie w stanie odmówić. Kupiłem też wielki trójkątny połeć sera, bo ponoć sery to Szwedzi mają bardzo dobre, w przeciwieństwie do kiełbasy i innych parówek. Pytam się pani w sklepie, który z serów jest najlepszy, pani na to że lubi ten w opakowaniach niebieskim i żółtym, a kilka dni temu dziewczyna z Polski wzięła niebieski dla swojej mamy. Nawet już nie pytałem skąd wie że też jestem z Polski, tylko stwierdziłem że - skoro tak, to ja dla swojej wezmę żółty. Pakuję do koszyka i obydwoje się śmiejemy. Słońce. Radość z jego ciepłych promieni na mej twarzy należało by podnieść do potęgi tych wszystkich deszczowych dni których ostatnimi czasy było wcale nie mało. Przemarzłem przez ostatnie dni, i to całkiem konkretnie, tylko chmury, deszcz i nawet grama słońca, bo przecież słońce też ma masę. No przepraszam, wczoraj się pokazało na kilka minut, ale też i wczoraj zmarzłem najbardziej. Mając na uwadze, że jest to już ostatni dzień skupu u Eryka, a tym samym skupu borówki gdziekolwiek w okolicy, najlepszym pomysłem było pojechać na zbiory skoro świt. No i super, tylko że od rana leje. Siedzę więc i czekam, po śniadaniu, po kawie, czekam, gotowy do pracy. Wreszcie deszcz się nieco uspokaja, ale zachmurzone niebo wcale nie daje o nim zapomnieć, wręcz czekając tylko złośliwie, aż człowiek się pod tym gołym niebem znajdzie. Zbieram się szybko i wyruszam. Tylko gdzie? Na polanie, na której zbierałem przez ostatnie dni niewiele już raczej zostało, trzeba zmienić miejscówkę. Wiem, pojadę w miejsce o którym wspominał pan Andrzej! Wszystko fajnie, tylko trzeba by je najpierw znaleźć, a zmuszony byłem korzystać z pamięci bo mapa którą nosiłem w kieszeni uległa rozmoczeniu i dosłownie rozsypała się w dłoniach, co mi wcale w jej odczytów nie ułatwiło. Pojeździłem, poszukałem, ale tej polany nie odnalazłem, presja upływającego czasu też mi specjalnie jakoś nie pomagała. Przypominam tylko, że skup zamykają o 20:00. Jadę dalej, rozglądam się, szukam. Lipa, zresztą, nawet lipy nie było. Jadę dalej, szukam, no jest coś nareszcie, ale zbiory rozpocząłem dopiero w okolicach południa. Wystarczyło to jednak, o czym już napomknąłem nieco wcześniej, do przemarznięcia do szpiku kości. Ktoś mógłby ze złośliwym uśmieszkiem stwierdzić w tym miejscu, ze gdybym włożył nieprzemakalne ubrania to bym nie zmókł, a tym samym nie zmarzł. Tak? Tak. Tak? Tak. Tak? Nie! Sęk w tym, że ja właśnie miałem te nieprzemakalne ubrania na sobie, a mokry byłem wcale nie od padającego z nieba deszczu, tylko od wilgotnych ubrań które się pod nimi znajdowały. Mokrych od potu, dodam mimo wszystko. W zasadzie to już na „dzień dobry” gumiak zatopił mi się cały w ściółce, co uświadomiło mi niezbicie poprzez chlupanie, że słusznie mi się zdawało i ten gumiak jednak jest dziurawy,
a nie jest to jedynie chłód który czuję. Bo i niby od kiedy chłód chlupie??? Wymyśliłem genialnie, że jak będę machał szybciej czerpakiem to będzie mi cieplej. Rzeczywiście trochę pomogło, sprawiło jednak, że pociłem się coraz bardziej i każda chwila kiedy przystawałem, by przesypać borówkę czy złapać oddech wręcz ścinała mnie lodowatym chłodem. Bezruch jest też idealną chwilą, by to latające tałatajstwo przepuściło na mnie skomasowany atak, a one takie sytuacje wykorzystują wręcz bezlitośnie i nie biorą jeńców. Jakąś godzinę przed powrotem do skupu, wracając z pełnym wiadrem z góry, poczułem niewysłowioną radość że widzę Dziadka zaparkowanego nieopodal na drodze, godzę się z losem i dosyć mizerną ilością borówki którą zebrałem i że w zasadzie nie udało mi się zrealizować mojego genialnego planu na wzbogacenie się przez te ostatnie dni. Pogodzony z losem, z nosem
na kwintę, przechodzę przez mały zagajnik dzielący mnie od drogi. Skoro jest już tak źle, to przecież nie może być już gorzej. Ślump! Do pasa zanurzyłem się w wodzie skrzętnie ukrytej pod dywanem z zieleni. No to wodowanie też już zaliczone, myślę sobie gramoląc się z wielkim trudem na powierzchnię, teraz już mam za sobą „chrzest zbieracza”. Wyobraźcie sobie, kiedy noga w gumiaku grzęźnie wam w bagnie niemal do kolana, chwytacie ją, zapieracie się drugą, i ciągniecie w górę, co wcale proste nie jest bo zassało i nie puszcza, a nawet chce się już tylko zadowolić choćby i samym gumiakiem. Ale wy nieustępliwie ciągniecie ku górze jedno i drugie, nie godząc się na straty ani w ludziach, ani tym bardziej w gumiakach. Zapieracie się coraz mocniej, gdyby jeszcze ktoś był obok, ale nie, jesteście zdani tylko na siebie. Choć z drugiej strony wzmaga to jeszcze bardziej waszą determinację. Jeszcze trochę, jeszcze mocniej się zaprzeć, jeszcze wyżej pociągnąć, uff udało się. Odślumpiło . A teraz wyobraźcie sobie sytuację, w której to obie nogi zapadają się wam w równym stopniu aż za kolana, bo w takiej się to właśnie wtedy znalazłem sytuacji. Toż to się można niemal już z losem godzić, bo ani się o co zaprzeć, ani wołać o pomoc. Są w zasadzie dwie możliwości, albo jakimś cudem udało mi się wygramolić z tej pułapki, albo to że teraz siedzę i piszę z laptopem na kolanach jest jedynie projekcją radosnego aniołka. No ale wtedy przecież wszystko było by znacznie prostsze, a moje życie wcale do prostych nie należy. Przyjąć zatem muszę, że w jakiś sposób, którego już teraz kompletnie nie pamiętam, wygramoliłem się z tego grzęzawiska. Poskrobałem jeszcze trochę, myślami siedząc okrakiem na gorącym grzejniku w błogiej chwili oczekiwania na kolejny mecz Pucharu Polski. Wierzcie mi, że o niczym innym już wtedy nie marzyłem. Sam mecz był niezły, bo Legia Warszawa grała z Lechią Gdańsk. Wynik 4:1 z czego najładniejsza z bramek należała do Lechitów. Zjadłem, myję zęby i jadę za Bograngen poskrobać borówki dla Kasi. Skoro wczoraj zbierałem między 12 a 19 i miałem prawie 40 kilo, to dziś nie powinno być gorzej, a przynajmniej mam taką nadzieję. Wiem że mogłem jechać szybciej, że mogłem zjeść na śniadanie cokolwiek (byle szybciej), że nie musiałem po drodze pstrykać fotek, tylko jak najszybciej jechać zbierać aby jak najszybciej wrócić do domu. Ja to wszystko wiem. Tylko po co, ja się pytam? Spieszyć się tylko po to by siedzieć samotnie w pokoju i zastanawiać co ze sobą dalej począć? Czytać gazety, grać na konsoli czy myśleć o drodze powrotnej? Po co mi to? Spokojnie zatem zjem, by potem zbierać przez cały dzień i wrócić bez stresu wieczorem, akurat by móc zasiąść wygodnie przed telewizorem i sobie odpocząć przy kolejnym z meczy czy innym piątkowym Megashicie. Tak to wszystko sprytnie obmyśliłem i biorę za to pełną odpowiedzialność. A jutro wybiorę się z rana do Norwegii, najprawdopodobniej do Flisy. Kto wie, może nawet uda mi się dorwać te suszone rybki o których ciągle tyle gadam? W ogóle ryby mają bardzo smaczne, a sosy wonne, o czym przekonałem się wczoraj podczas otwierania puszki z sardynkami, kiedy dookoła bryznęło mi w aucie aromatycznym sosem pomidorowym. Nie wiem co oni z tymi puszkami mają, ale sardynki w oleju które otwierałem dzień wcześniej również mi „wystrzeliły”. Widzicie, nawet wzmożona czujność nie uchroniła mnie przed sosem pomidorowym. Łapiesz za uchwyt i ciągniesz z wyczuciem, docierasz tak mniej więcej do połowy, dobrze, lekko idzie, spokojnie, ostroż … nosz kuźwa!!! A teraz muszę się do czegoś przyznać. Zasiadłem jeszcze ok. godziny 23:00 by napisać kilka słów, a tu niczym ćma wpada Corano na szybki meczyk. No i tak tłukliśmy do 3 nad ranem. I było bardzo super.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)