Czwartek, 19 lipca 2018. Imieniny Alfreny, Rufina, Wincentego

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 44

O sekretnym życiu szwedzkich zwierząt.

(01.09.2015)
Zbudził mnie armatni wystrzał z okrętu, a w zasadzie to sam się obudziłem o 7 rano z myślą o leżącym tam gdzieś w lesie, wystraszonym i stęsknionym za mną smartfonie. Na szczęście z miejsca w którym mieszkam do morza jest daleko, więc żaden niespodziewany atak Szlezwika czy innego Holsztyna na mój Blue – House nie grozi. Na śniadanie szybkensem kawa, jakieś „Spagetti w 5 minut” i już byłem gotów do drogi . Przed wyjazdem zamieniłem jeszcze dwa słowa z Ewą, bo chciałem się dowiedzieć czy dzwoniąc na komórkę wystarczy wpisać „+48”, czy może trzeba coś tam jeszcze tworzyć. Wystarczy. Ewa podniosła mnie nieco na duchu słowami że znajdę moją zgubę, za co byłem jej w duchu wdzięczny. Przypomniałem sobie właśnie, jak rozmawiałem rano na ganku z panią Anią i przechodziła Ewa w swojej czaderskiej czapce z frędzlami. – Ewa – zagajam – ale przyznaj się, że tę czapkę to chyba Tajom podwędziłaś? – A nie – uśmiecha się jak zwykle szeroko i rozbrajająco – bo jest z Biedronki. - I pasowała ??? - aż się cisnęło na usta  No ale powróćmy do akcji ratunkowej mojego telefonu, w sumie to wydarzyło się dzisiaj tyle, że mógłbym chyba z powodzeniem zapełnić cały ten zeszyt już do końca. Aby wam jednak zobrazować całą dramaturgię powyższej sytuacji, muszę wspomnieć jeszcze o kilku istotnych faktach. Pierwszy, nie jest wcale powiedziane, że telefon odezwie się kiedy wykręcę jego numer, bo nie pamiętałem czy siedziała w nim moja stara karta . Drugi, nie jest też powiedziane, że karta wciąż jest aktywna. Bo przecież mogło, i chyba nawet minęło już te pół roku na możliwość odbierania połączeń. Trzeci, skoro słuchałem sobie na nim dzień wcześniej muzyki, a na noc nie ładowałem, to raczej zbyt dużo baterii to w nim nie zostało. Budzik nastawiony na 7:45, dzwoniąc od rana na pewno szybko doprowadzi resztkę baterii do zgonu. A niestety w przypadku Androida, przy wyładowanej baterii nie działa już nawet budzik, a wtedy w życiu nie znajdę go w tej trawie po kolana. Myślę, że teraz nieco lepiej ogarniacie temat, oraz to, dlaczego mam takie ciśnienie czy uda mi się go znaleźć, z moimi filmami, muzyką i tonami sentymentalnych smsów. No to teraz zanućcie sobie pod nosem motyw przewodni z „Mission Impossible”, oraz wyobraźcie mnie jadącego w skupieniu i zaciskam nerwowo ręce na kierownicy. Ja sobie natomiast wyobrażam mój telefon, leżący gdzieś tam, w gęstym lesie na szczycie góry, pośród dzikiej zwierzyny i bujnej roślinności. Smartfon, smartfon, smartfon, smartfon, smartfon Sony (pamiętajcie o wspomnianej wcześniej linii melodycznej). Po około pół godzinie byłem już na miejscu, parkując jednak profilaktycznie znacznie wcześniej, przed błotnistą drogą, godząc się z pokorą na większy dystans do pokonania pieszo. No ale po to chyba człowiek dostał mózg, aby obserwować
i wyciągać wnioski, a jakoś nie uśmiechało mi się ponowne rycie w błocie. Maszeruję dziarsko przez zagajnik na moją polanę, na której z dużym prawdopodobieństwem mogła mi moja zguba wypaść z kieszeni. W dłoniach wiadro i czerpak. Dotarłem na miejsce, rozglądam się, krzaki zrobiły się nawet jakby ciut wyższe. Nie ma szans, bym tu cokolwiek znalazł jeśli się nie odezwie. Lekko podłamany odstawiam equipment zbieracza na ziemię, kręcę się po okolicy, może się dodzwonię, może go poczuje gdzieś pod stopą, sam nie wiem, cokolwiek byle by tylko nie stać i nie wyć do nieba w akcie bezsilności. Tak wiem, miałem zadzwonić, ale piekielnie się bałem tej konfrontacji moich nadziei z rzeczywistością, bo wciąż jeszcze chwytałem się tej myśli niczym brzytwy. Straciwszy ją, straciłbym już zupełnie nadzieję. Nagle wyławiam jakiś cichy, ledwie słyszalny dźwięk, ruszam w jego stronę by stawał się coraz głośniejszy. Budzik! Tak, coraz głośniej, coraz bliżej! Więc jednak bateria przez noc wytrzymała. Głośno, głośniej, jest!!! Leży na boku w gęstych krzakach, a ja omal nie podskoczyłem ze szczęścia. „Mój ci on!!!”. W szampańskim nastroju rozpocząłem dzień, zbierając jagody z uśmiechem na ustach. I tak oto życie znów stało się piękne. No dobrze, do końca to nie było całkiem tak jak napisałem, tylko było to tak … Wstaję sobie spokojnie z łóżka, wypijam niespiesznie poranną kawę, coś przekąszam i bez stresu zupełnie jadę na górę/las/polanę (ot taka ścieżka dostępu). Tam, wchodzę dziarsko na polanę i ogłaszam – Telefon ma się odnaleźć w przeciągu pięciu minut, bo nie ręczę za siebie! Biegusiem!!! Nie minęła nawet minuta a nieopodal otwierają się drzwiczki lisiej nory. Pani lis, wyraźnie wzburzona, w wałkach na głowie wyrzuca na zewnątrz brzęczący telefon z tymi oto słowami – Zabieraj go pan w diabły! Brzęczy tylko i brzęczy od rana, a mój mąż pracuje na nocną zmianę, wyspać się nie można! Co to ma być? Mąż w telewizji pracuje, w swoim programie gości ważnych gości () przechwala się żona pana lisa pracującego w telewizji, nieco już spokojniejsza. – No ale z Krakolakiem to się zbytnio nie popisał – przypomniałem sobie jak obaj komentowali wpisy córki kandydata na prezydenta. Wpisy, których jak się okazało nigdy nie napisała. – Hieny panie podłożyły mu świnię – machnęła ręką – a ja od razu mu mówiłam, że złym pomysłem jest zapraszanie do studia tego agitującego za Komarem aktorzynę ze szczerbą między zębami. Tak coś czułam że będą kłopoty, bo na inteligenta to on mi nigdy nie wyglądał. Ale mąż mówi – Nie nie, zobaczysz jak będzie fajnie. Mam newsa! – Ech – westchnęła tylko i znów machnęła łapą – a w mojej dłoni ponownie rozległ się telefon/budzik. – Agrrr – zgrzytnęła zębami unosząc w górę zaciśnięte pięści i zaciskając mocno powieki – panie wyłącz pan wreszcie! Kiedy byłem zajęty wyłączaniem budzika, ona schowała się w norze i jebutnęła drzwiami. Tak dokładnie, dobrze słyszeliście, jebutnęła drzwiami. Potrafię rozróżnić odgłos zamknięcia drzwi, trzaśnięcia drzwiami, oraz nimi jebutnięcia. Zdecydowanie było to jebutnięciem! Przez duże „J”. - Ksssysiek! – poznaję ten głos rozlegający się obok mnie – cześć Ksssysiek! A mój kuzyn z Ameryki też pracuje w telewizji, jest aktorem i gra w filmach – pochwalił się wąż który najwidoczniej przysłuchiwać się naszej rozmowie – Witam cię wężu – nie miałem już nawet czasu na ucieczkę ani wymyślanie forteli, powiem więcej, nawet się ucieszyłem że go widzę – w filmach powiadasz? – SSSkubaniutki wkręcił się do sssshow biznesu i jest gwiazdą – opowiada z dumą. – A w czym grał? Może widziałem – podpytuję zaciekawiony. – Miał rolę w „Wężach w samolocie”. A oglądałeś może „Dżunglę” ? – rozszerzył źrenice na literce „ę” – tam to nawet zagrał jedną z głównych, wręcz kluczowych ról. A w scenie sterowania barką wcale nie korzystał z dublera. Wyobrażasz sobie ponad trzydzieści sześć dubli tej sceny? – Oglądałem – potwierdzam – bardzo fajna animacja, tę scenę na barce też pamiętam. Odtwarzam sobie teraz w myślach scenę z Ksyśkiem na barce, film miejscami bawił mnie nawet bardziej od „Madagaskaru”, no i miał w sobie trochę tej magii Disney’a.
– Po tej roli – kontynuował wąż – zapisał się do Scjentologów czy coś, no i kontakt nam się urwał. Ale sam wiesz jak to jest z gwiazdami. – Nie bardzo – zrobiłem skwaszoną minę bo ostatnio chyba słowo „gwiazda” zostało zastąpione słowem „celebryta” które to mnie nawet nie tyle śmieszy, co wręcz irytuje – z gwiazd to ja w zasadzie znam tylko tę betlejemską. – He He, ssspoko Ksssysiek – oczy mu błysnęły – a nie masz przypadkiem przy sobie tych wkuśnych jagódek? – No niestety – wzruszyłem ramionami . Uradowałem się w duchu, że przynajmniej dziś nie zostanę ograbiony. Jak ja niby później wytłumaczę w domu że tak mało zebrałem? Co im powiem, że niedźwiedź mi zabrał? Zające? Wąż? Toż to nawet wstyd się przyznać. A kto się w tych czasach przyzna do miękkiego serca? Wąż się zwinął, a ja mogłem zacząć wreszcie zbierać odpalając moje ulubione piosenki które jakby zaczęły nawet być jeszcze fajniejsze. Po godzinie 16-ej z kilkunastoma kilogramami jagody i jedną skrzynką borówki wyruszyłem w drogę powrotną. Zatrzymałem na chwilę przy ICA, uśmiechnąłem nawet pod nosem kiedy starsza pani wręczyła banknot dziewczynie żebrzącej pod drzwiami sklepu , Babci kupiłem kolorową włóczkę bo zaiwania jeszcze na drutach tylko dym idzie, a sobie jakieś tam drobiazgi. Rozbawiłem nieco panie przy kasie, a raczej nie tyle ja, ile „karpik” którego strzeliłem widząc rachunek za zakupy . Wychodząc usłyszałem jeszcze od siedzącej przy wejściu (w tym momencie było to już nawet wyjście) dziewczyny – „Ciao ciao”. To chyba pożegnanie? Uśmiechnąłem się do niej, ukłoniłem i wsiadłem do Dziadka. No przecież ugadałem się z Ulą że robimy obiad! Okazało się jednak, że jej mąż (robotny Andrzej) i syn (wyrośnięty Jarosław) nie pojechali do Norwegii, no a ona musiała nakarmić
to swoje głodne stadko. Jako osoba niezwykle konsekwentna planowany obiad i tak zrobiłem dla samego siebie. Stek z kością i frytki. Ale jaki to był stek. Ja myślałem, że w tym wielkim opakowaniu są pokrojone kawałki mięsa w marynacie, tak jak u nas, a tu się okazuje że to jeden, potężny płat mięcha z kością który nawet nie zmieściłby się na największą patelnię jaką widziałem w życiu. Pojadłem jak lord. No co, ciężko pracuje to i muszę się dobrze odżywiać. Po obiedzie pojechałem pogadać z Renatą bo mi napisała że ma do mnie jakąś tajemniczą sprawę. Pojęcia nie miałem o co chodzi. Okazało się, że przylatuje z Polski jej brat, który ponoć jest niezłym zbieraczem i zna fajne miejsca, tylko nie ma samochodu. Renia wymyśliła, że jakbym się zgodził to by pomieszkał ze mną
na domku i razem jeździł w te swoje super miejsca dokładając się w dodatku do paliwa. W to mi graj, zapraszam serdecznie! Nieco by to memu portfelowi ulżyło, bo uwierzcie mi, że jak się na siebie bierze wszystkie wydatki, to nie znając miejsc i licząc na łut szczęścia, wcale nie jest lekko, a wręcz można się przejechać. Można by nawet rzec, że jest mi to wielce na rękę. A co do rąk, to mam już całe umazane niebieskim tuszem długopisu. Przynajmniej podczas przepisywania tekstu do komputera będę miał czyste ręce . Takie miałem ambitne plany by jeszcze obejrzeć przed snem jakiś film, ale po prostu nie dam już rady, nie dam rady. Jest już po 22-ej, a dokładnie 22:15, jeszcze mycie paszczęki (baniak z zimną wodą stoi na zimnym ganku), zagram sobie jeszcze przed snem i też będzie git. A propos grania, śnił mi się dzisiaj jakiś fragment z gry (a może filmu?) Resident Evil, w którym to brałem udział. Pewnie zastanawiacie się w jakiej roli? Już dokładnie nie pamiętam o co chodziło, ale pamiętam za to że jak ubiłem jakąś trudną do ubicia maszkarę to skakałem po niej szczęśliwy że mi się to wreszcie udało. Nie przesadzajmy jednak, bossowie z Residenta to nie przeciwnicy z „Shadow of the Colossus”. Zagrałbym sobie w Residenta, a zagram jak tylko wrócę do domu . Nie skończyłem zresztą jeszcze nawet „Mass Effect 3”, mimo że zagrywałem się w poprzednie części. Jest jakaś nieokreślona obawa przed ukończeniem gry, więc się to jakoś tak podświadomie odwleka. Chętnie zagram ponownie w „The last of us”, koniecznie powtórzę historię z „Max Payne 3”, no i oczywiście wyżyje się w „Mortal Kombat”, którego kupiłem tuż przed wyjazdem. Tak, lubię gry, tak, mam bodaj sześć sprzętów grających, tak, nie wstydzę się swojego hobby, a gram od dziecka. A jest jeszcze tyle gier do nadrobienia, które można wreszcie kupić w przyzwoitych cenach. A już zaczyna mi się marzyć XBOX One, dla Forzy 6, zremasterowanych Gears of War czy najnowszego „Tomb Raidera”. Jak mówi Babcia: „Chciała by dusza do raju ale grzechy nie pozwalają”. A pierwsza część podobała mi się za sprawą swojego klimatu chyba najbardziej. Wybaczcie ale to trochę jakby na zasadzie „Matrixa”, który mógłby, a wręcz powinien, skończyć się na części pierwszej. Trzeci rozdział będzie definitywnie ostatnim. A pierdzielę, skończyłem pierwszy, wyrzucili mnie ze stancji, skończyłem drugi, zgubiłem w lesie telefon. Dziękuję uprzejmie!
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)