Quantcast

Czwartek, 22 października 2020. Imieniny Haliszki, Lody, Przybysłąwa

Ta historia nigdy nie przestanie fascynowć... [ROZMOWA]

2020-08-02 20:10:23 (ost. akt: 2020-08-05 13:19:02)
Ireneusz Iwański, autor „Prawdziwej historii Bursztynowej Komnaty i Ericha Kocha”

Ireneusz Iwański, autor „Prawdziwej historii Bursztynowej Komnaty i Ericha Kocha”

Autor zdjęcia: Magdalena Iwańska

Bez szukania skarbów nie ma wakacji. Koniec, kropka. A jak już szukać, to czegoś konkretnego, sporego i tak spektakularnego, że tym odkryciem z miejsca zachwycę cały świat. No to wiadomo: albo święty Graal, albo Bursztynowa Komnata!

Na hasło: Bursztynowa Komnata — zawsze zamieram. Nabywam nowe publikacje, a do swojego przepastnego notatnika dopisuję kolejne postaci w historię skarbu uwikłane, tropy i ewentualne miejsca ukrycia. Z niesłabnącym zacięciem przeszukuję też raz na jakiś czas internet, odnotowuję co bardziej śmiałe teorie o ewakuacji komnaty i snuję hipotezy o jej losach po ewentualnym opuszczeniu zamku w Królewcu.

Kiedy zatem ukazała się „Prawdziwa historia Bursztynowej Komnaty i Ericha Kocha” — ręce poleciały mi same do nowego dzieła na interesujący mnie temat. Tym bardziej że autor, Ireneusz Iwański, olsztynianin i kolega po dziennikarskim fachu, podszedł do tematu nieco inaczej. Już w tytule widać bowiem, że rzecz o Komnacie przeplata się z wojenną działalnością Ericha Kocha, gauleitera Prus Wschodnich od 1928 r. do ostatnich dni III Rzeszy…

— Dlaczego w Bursztynowej Komnacie tyle Ericha Kocha?
— Bo Erich Koch jest mocno z nią związany, a już zwłaszcza z legendą, która towarzyszyła całe lata i jemu, i samej Komnacie. Ale ta legenda towarzyszy też od wielu dekad mnie, bo historią Komnaty i jej wojennymi losami bardzo się interesuję. Pamiętam, jak w latach 80. przygotowałem reportaż o Kochu. Krótko po emisji odezwała się do mnie córka Edwarda Binkiewicza — nieżyjącego już wówczas sędziego, który w latach 50. sprawę Kocha prowadził. Do dziś tę sprawę ocenia się jako przeprowadzoną bardzo rzetelnie, dokładnie i przede wszystkim sprawiedliwie.

— Córka sędziego zapytała mnie wtedy, czy wiem, dlaczego wyroku śmierci na Kochu nigdy nie wykonano. Wówczas szczerze odpowiedziałem, że nie wiem. Odparła, że jej ojciec do końca swoich dni nie mógł się z tym faktem pogodzić. Jej pytanie pozostało mi z tyłu głowy na bardzo długo — bo rzeczywiście: dlaczego. Zacząłem drążyć temat i szukać odpowiedzi, co — jak widać — zajęło mi kolejne dekady. Dopóki jednak nie otwarto archiwów IPN-u i nie było dostępu do dokumentacji dotyczącej Kocha i wszystkich spraw choćby najluźniej z nim związanych — ustalenie przyczyny niewykonania wyroku nie było możliwe.

— Dziś znamy już przynajmniej wersję oficjalną: bo stan zdrowia na to nie pozwolił…
— Zależy, w której fazie jego życia. Bo przyznam, że w dokumentach odnalazłem również orzeczenie komisji lekarskiej, które potwierdzało, że Koch w jakimś momencie akurat był zdrowy i w związku z tym nic nie stało na przeszkodzie, by wyrok wykonać — a jednak nigdy do tego nie doszło.

— Dlaczego władzy ludowej tak zależało na podsycaniu legendy Bursztynowej Komnaty? Także na utrzymywaniu przy życiu Kocha?
— Zacznijmy od tego, że z Kochem mocno wiąże się historia polskiego wywiadu. Zachęcam do przeczytania szczególnie drugiego rozdziału mojej książki — tam dokładnie te powiązania opisałem. Proszę jednak zwrócić uwagę, że na początku lat 60., po zdradach wysokich rangą oficerów, polski wywiad praktycznie przestał istnieć. I oto więzienie opuszcza człowiek, który wspólnie z Kochem siedział w celi śmierci. Siedział oczywiście w określonym celu: by chronić Kocha przed próbami samobójczymi — wiadomo było przecież, że byli nazistowscy dygnitarze takie próby podejmowali bardzo często. Stąd ten współwięzień Kocha z czasem stał się jego „przyjacielem” i pewnie dlatego opuścił więzienie z prośbą Kocha, by nawiązał kontakt z jego rodziną i przekazał im jego testament.

— Nie zapominajmy, że Koch pod koniec wojny był człowiekiem zamożnym, właścicielem fundacji, która dysponowała ogromnymi aktywami — i chciał te dobra rozdysponować. To było dla niego bardzo ważne. Tych testamentów napisał zresztą przynajmniej kilka. No i z testamentem Kocha opuszcza więzienie niejaki Madejczyk. Dzięki wstawiennictwu znanego partyjnego działacza Jerzego Kuberskiego trafia do MSW. Kończy szkołę szpiegów w mazurskich Starych Kiejkutach i w niezwykły sposób trafia na Zachód do… rodziny Ericha Kocha.

— Z czasem Madejczyk stał się jednym z „najlepszych” polskich agentów: zdołał doprowadzić do zmiany dwóch dyrektorów Radia Wolna Europa (w tym Jana Nowaka-Jeziorańskiego), dotrzeć do najbliższego otoczenia Jana Pawła II, dostarczył dokumenty, dzięki którym władza ludowa rozprawiła się z KPN-em i wielu innych spraw. A uwiarygodnił go nie kto inny, tylko właśnie Koch i jego rodzina.

— Bursztynowa Komnata była zatem dla władzy ludowej wygodną zasłoną. Ale z akt wyczytałem coś jeszcze: otóż władzom udało się w podobny sposób uruchomić kolejnego agenta, choć niestety, nie wiemy, o kogo dokładnie chodzi, bo dokumentacja dotycząca jego działalności pozostaje wciąż w zbiorze zastrzeżonym i trzeba poczekać na jej odtajnienie. Już dziś widać jednak, że władze PRL-u próbowały ścieżkę uwiarygodnienia swoich agentów poprzez Kocha wykorzystać jeszcze co najmniej raz.

— Rzeczywiście, Koch w jakimś momencie pobytu na Mokotowie był chory i umiejętnie wykorzystywał ten fakt, by odraczać wykonanie wyroku śmierci. W innym momencie sam doprowadził swój organizm do wyniszczenia. Potem, już w Barczewie, znów zapadł na raka: był rok 1967, a on był codziennie wożony na naświetlania do najlepszego wówczas szpitala w Łodzi — widać więc, że władzom polskim naprawdę zależało na utrzymaniu go przy życiu. Samo osadzenie go w Barczewie też było przemyślanym zabiegiem: chodziło o to, by odizolować go od Warszawy i wielu ludzi, którzy tam mogliby mieć do niego zbyt łatwy dostęp. No i czekali, bo Koch w całej tej działalności szpiegowskiej stał się bezpiecznikiem. I tak, moim zdaniem, na sprawę niewykonania wyroku śmierci Kocha należy patrzeć.

— Ale i on sam od ekstradycji do Polski Bursztynową Komnatą grał i uczynił z niej swoją kartę przetargową.

— Tak naprawdę Koch domyślał się tylko, zwłaszcza z rozmów ze swoja siostrzenicą Ruth Hausamnn-Sattler, że Madejczyk, jego były współwięzień, może nie budzić zaufania. I co jakiś czas napomykał jej o swoich podejrzeniach, prosząc nawet, żeby ostrzegła przed nim władze niemieckie. Jak sądzę, władze niemieckie doskonale o agenturalnej działalności Madejczyka wiedziały — był przecież podwójnym agentem, bo za zgodą centrali w Warszawie podpisał umowę o współpracy z BND (Bundesnachrichtendienst, Federalnej Służby Wywiadowczej, ówczesnej służby wywiadowczej RFN).

— Natomiast Bursztynową Komnatą Koch starał się umiejętnie grać — liczył, że po prostu dawała mu ona gwarancję uniknięcia stryczka. Regularnie czytał polską prasę, a język znał na tyle dobrze, żeby na bieżąco wiedzieć, co o Komnacie piszą. A przecież był to temat bardzo popularny, szczególnie w tzw. sezonie ogórkowym. No i walczył. Z akt wynika, że polska służba bezpieczeństwa do końca lat 70. jeszcze się sprawą Komnaty i Kocha interesowała. Ale potem, już w latach 80. temat został zamknięty i tyle.

— Odkąd w 1928 r. został gauleiterem Prus Wschodnich, nie oszukujmy się: on po prostu na tych ziemiach rabował i tak widzę genezę powstania jego fundacji Erich Koch Stiftung, dyspozycję nad którą powierzał testamentem swojej siostrzenicy. Co wiemy o dzisiejszej działalności Erich Koch Stiftung?
— Losami samej fundacji nie interesowałem się, ale z korespondencji Kocha z Ruth jasno wynika, że mieli nadzieję na odzyskanie jakiejś części aktywów. Dla mnie to wątek poboczny, ale przyznaję, że czekam na wiadomości w tej sprawie.

— No a maszynka Kocha? Nie ma na niej tajnego szyfru?
— Nie, na maszynce nie ma. Ale rzeczywiście, coś znalazłem. Mianowicie w grzbiecie jednej z książek, które Koch czytał w więzieniu w Barczewie, a czytał sporo, odkryłem coś rodzaju grypsu. Dziś śmieję się, że Koch zostawił mi wiadomość — oczywiście to ironia, bo Koch zmarł w 1986 r., a ja na ten gryps natrafiłem w ubiegłym roku.

— Konkretnie to była zakładka, której używał, a która wpadła trochę głębiej, by przez kilkadziesiąt lat poczekać na mnie. Ciężko było ją odcyfrować, pomogła mi 90-letnia mama mojej koleżanki, która wciąż umie odczytać odręczny kurrent. Był to, jak się okazało, brudnopis listu Kocha do naczelnika więzienia. Ot, ciekawostka, ale bez znaczenia dla całej historii.

— A dlaczego nigdy nie poprosił pan Kocha o wywiad lub rozmowę?
— Po pierwsze, mniej więcej w czasie, kiedy zacząłem interesować się Komnatą i Kochem, wywiad z nim przeprowadził red. Mieczysław Siemieński. Był to kawał naprawdę rzetelnej, dziennikarskiej roboty — moim zdaniem najlepszy ze wszystkich wywiadów, jakich Koch udzielił. Do dziś widać, jak dobrze Siemieński przygotował się do tej rozmowy. Ja aż tak dobrze przygotowany się nie czułem. Poza tym w ekipie Siemieńskiego pracował Jarosław Kamieński, pochodzący z Olsztyna znany dziennikarz telewizyjny. Od Jarka wiedziałem bardzo dużo o kulisach tych rozmów z Kochem.

— Po drugie, wciąż byłem młodym dziennikarzem.

— Po trzecie, służba więzienna proponowała mi, żebym sobie Kocha poszedł i obejrzał. A ja się czułem trochę jakbym odwiedzał zoo. Tym bardziej że funkcjonariusze służby więziennej opowiadali mi, jak Koch reaguje na takie sytuacje. Wiedziałem, że miał świetny słuch, jak po krokach rozpoznaje poszczególnych strażników i generalnie — jak się w tym więzieniu zachowuje. Znałem też historie innych dziennikarzy, którzy jego zgody na wywiad nie uzyskali. Zdałem sobie zatem sprawę, że Koch może dziennikarza radiowego nie uważać za odpowiedniego partnera. A poza tym wiedziałem, że na to, co się o nim mówi w radiu, reaguje źle: w celi Koch miał odbiornik i słuchał moich audycji o nim w Radiu Olsztyn.

— Źle reagował też na pytania o Bursztynową Komnatę i wtedy po prostu dziennikarzy wyrzucał. A decydującym faktem był dla mnie dostęp do taśm z procesu Kocha. Spędziłem w archiwum na ich odsłuchiwaniu mnóstwo godzin i zeznania świadków zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Od procesu i wyroku minęło już wtedy kilkadziesiąt lat, bo ja tych taśm słuchałem chyba w roku 1984. Do tego z archiwalnych fiszek mogłem przypuszczać, że słucham tych zeznań jako pierwszy po procesie.

— To wszystko razem wywarło na mnie wrażenie naprawdę piorunujące. Nie chciałem z nim już rozmawiać. Byłem w jego celi dzień po jego śmierci. A poza wszystkim: uważam, że Koch był zwyczajnym zbrodniarzem nazistowskim. I staram się pilnować, żeby nie ukazywać go jako bohatera wojennego, bo nim nie był. Był zbrodniarzem, a hitlerowcem z przekonania czuł się do końca swoich dni i z narodowego socjalizmu nigdy się nie wyleczył.

— Moim zdaniem nawet się nie starał i nie czuł takiej potrzeby.
— Cały czas należał do elity partyjnej i wprawdzie ulubieńcem Hitlera nie był, ale numer jego legitymacji jest niski, na pewno poniżej 100 — czyli należał do ścisłej czołówki partyjnych działaczy. Poza tym Hitler szanował go za wynik, jaki NSDAP zdobyła w Prusach Wschodnich w wyborach w 1932 roku — zagłosowało na nią ponad 50 proc. ludności i był to wynik najlepszy z całych Niemiec. Absolutnie osobisty sukces Kocha.

Kiedy jednak kilka lat temu w jednej z książek wyczytałam, że Komnata z dużym prawdopodobieństwem spłonęła — zaprotestowało we mnie wszystko. Choć obiektywnie muszę też przyznać, że rzeczywiście ta wersja jest najbardziej prawdopodobna. Zanim jednak ostatecznie porzucę marzenia o odkryciu Komnaty, wolę zapytać o zdanie większego specjalistę od jej historii.

— No to raz na zawsze: sfajczyła się czy trzeba jej nadal wytrwale szukać?
— W sprawie poszukiwań Bursztynowej Komnaty mamy jakby dwie tendencje. Pierwsza, rosyjska lub radziecka, zależnie, w jakich latach o tym mowa, zakłada, że „Niemcy ukradli nam Komnatę”. Z drugiej strony mamy poszukiwania dokumentów i świadków strony niemieckiej czy generalniej — zachodniej. Według jej ustaleń Komnata spłonęła w czasie i z powodu działań wojennych. Nie precyzują wprawdzie tych okoliczności czy miejsca, choć czasem mówi się o zamku w Królewcu.

— Ja sam Komnaty nigdy nie szukałem — bardziej pasjonowało mnie opisywanie jej historii. Jako dziennikarz nie kreuję rzeczywistości, tylko ją opisuję. Ale gdybym miał opowiedzieć się za którąś z tych dwóch wersji, to skłaniałbym się ku tej, że spłonęła. I chyba już nigdy jej nie odzyskamy. Na cudowne odnalezienie nie ma co liczyć.

— Wszyscy poszukiwacze nabrali wielkich nadziei w 1997 r., kiedy znalazły się dwa duże i ważne fragmenty Bursztynowej Komnaty, ale pamiętajmy, że jeszcze w czasie wojny wywieźli je do Niemiec oficerowie, którzy skradli je we wrześniu 1941 w Puszkinie.

— Jeszcze zanim Komnatę zdemontowano i przewieziono do Królewca…
— Tak. Jeden z nich to była mozaika, która spodobała się lekarzowi Wehrmachtu, niejakiemu Achtermanowi. Wyciął ją więc, wsadził do transportu z rannymi i jako paczkę wysłał do domu, gdzie przetrwała kilkadziesiąt lat. Dopiero jego syn, który musiał jakoś ratować domowy budżet, postanowił ją sprzedać — i wówczas okazało się, że to florentyńska mozaika z Bursztynowej Komnaty.

— W mojej książce przeczytać można ciąg dalszy tej historii, bo Rosjanie, rekonstruując Komnatę, zdążyli do tego czasu już odtworzyć tę konkretną mozaikę!

— Drugim skradzionym elementem był spory stolik wykonany — a jakże! — z bursztynu, który stał w jednym z kątów jeszcze w Carskim Siole. Podobnie jak mozaika spodobał się któremuś z oficerów — wywiózł go do Niemiec, po czym stolik ujrzał światło dziennie w latach 90. i krótko później wrócił do Bursztynowej Komnaty. Ale faktem jest, że co jakiś czas we wspomnieniach któregoś z ówczesnych żołnierzy pojawia się informacja o oderwanym bagnetem niewielkim fragmencie. A to serduszko, a to kawałek ramy zabierali sobie na pamiątkę — całkiem zatem możliwe, że jeszcze nie raz i nie dwa oryginalny element Komnaty ujrzy światło dzienne. Zapewniam jednak, że zrekonstruowana Komnata jest równie piękna, a może nawet piękniejsza niż oryginał, który szczególnie w ostatnich latach swego istnienia był już sztukowany gipsem i ogólnie w bardzo złym stanie.

— A jak ocenia pan rolę dr. Rohde w całej historii Bursztynowej Komnaty? Kto to był?
— Doktor Alfred Franc Ferdynand Rohde był muzealnikiem, dyrektorem muzeum na zamku w Królewcu w czasach, gdy Koch był tam nadprezydentem prowincji. Był też znanym kolekcjonerem bursztynu, jego znawcą i miłośnikiem. To Rohde namówił Kocha, by ten „powalczył” o możliwość eksponowania zrabowanej Bursztynowej Komnaty w Królewcu.

— W historii Bursztynowej Komnaty takich postaci jak Rohde jest wiele. To miłośnicy sztuki, poszukiwacze przygód i… dziennikarze. To właśnie dziennikarze odegrali sporą rolę w historii Komnaty, w szukaniu jej śladów i świadków historii. Pierwszym, który miał okazję spenetrować jednocześnie archiwa zachodnie i radzieckie po opadnięciu żelaznej kurtyny, był znany dokumentalista Maurice Philip Remy. Miałem przyjemność z nim współpracować przy opracowywaniu tej historii.

— Powiedzmy, że się odnajduje. Co się dzieje? Prawa mają Rosjanie. Ale jeśli znajdzie się na terenie Polski? I co na to Niemcy?
— No, możemy sobie wyobrazić taką historię. Zacznijmy więc od materiału, do którego bursztynowe panele były przyklejone. Było to drewno, z którym Rosjanie już w Carskim Siole mieli olbrzymi problem i przez które nie zdołali jej zdementować przed wejściem wojsk niemieckich w 1941 r. A przecież bardzo wiele skarbów sztuki dali wtedy radę ewakuować na Syberię.

— Gdybyśmy dziś ją znaleźli, to drewno musiałoby być niezwykle zmurszałe. Podejrzewam więc, że nie dałoby się oryginalnej Komnaty eksponować zaraz po odnalezieniu — potrzebowałaby wieloletnich zabiegów konserwatorskich i rekonstrukcyjnych. Musiałby to być proces podobny do tego, który Rosjanie wykonali w czasie kilkudziesięciu lat przy rekonstrukcji zabytku. A i efekt byłby pewnie podobny: już na nowocześniejszym i bardziej trwałym podkładzie. No i jeśli wziąć pod uwagę fakt, że zrekonstruowana Komnata jest codziennie konserwowana przed otwarciem i po zamknięciu muzeum — oryginał wymagałby równej, a może nawet bardziej pieczołowitej codziennej pielęgnacji.

— Do tego dochodzi kwestia temperatur — dziś przy centralnym ogrzewaniu i swego rodzaju klimatyzacji muzealnicy, bez względu na porę roku, utrzymują w Komnacie temperaturę stałą. Także wilgotność. Oryginał, bez tych nowoczesnych technologii szczególnie zimą narażony był na niskie, rosyjskie temperatury — a zatem i na spore zniszczenia. W dodatku na przełomie XIX i XX wieku Komnata nie miała kustosza.

— Poza tym Bursztynowa Komnata to nie tylko bursztyn. To także parkiet, malowidła sufitowe, żyrandole, kryształowe lustra, drzwi… To one razem z bursztynowymi panelami składają się na Komnatę. A geopolitycznie? Niewątpliwie i bez żadnej dyskusji Komnata należy do Rosji. Owszem, stworzył go zespół międzynarodowych artystów, ale Komnata jest skarbem rosyjskim. Dodatkowo są zapisy prawa międzynarodowego, które też nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do właściciela. Ale znów — gdyby się znalazła, w rękach znalazcy Bursztynowa Komnata mogłaby stać się ponownie kartą przetargową, choćby w odzyskaniu dzieł zagrabionych w czasie II wojny światowej przez którąś ze stron konfliktu.

— Dlaczego popularność Bursztynowej Komnaty nie słabnie? Dlaczego ten temat wciąż wywołuje ożywioną dyskusję?
— Bursztynowa Komnata, Złoty Pociąg, skarby Inków — to tematy stale fascynujące czytelników. Pobudzające wyobraźnię. I stąd bierze się chyba niezwykła popularność takich historii.

Magdalena Maria Bukowiecka

Od autorki: Kto chce się dowiedzieć, jak autor „Prawdziwej historii...” wszedł w posiadanie maszynki do gotowania, której Koch używał w barczewskim więzieniu, poznać naprawdę rzetelnie spisaną historię Bursztynowej Komnaty od samego zarania, czyli roku 1701, a może nawet wyrobić sobie własne zdanie co do powojennych losów (i miejsca ukrycia) tego ósmego cudu świata, książkę z serca polecam. A w poszukiwaniach chyba nie ustanę, nie poddam się, nie dam za wygraną. Poza tym kto wie, może kiedyś namówię na wspólną wyprawę pana Ireneusza. I jako dwójka dziennikarzy opiszemy potem historię, którą przeżyliśmy osobiście...



Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Codzienne e-wydanie Gazety Olsztyńskiej, a w piątek z tygodnikiem lokalnym tylko 2,46 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Zoe #2955634 | 79.190.*.* 3 sie 2020 07:49

    Nie jest Olsztynianinem. Tu mieszka od studiów ale jest z Pomorza Zachodniego.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)