Quantcast

Sobota, 26 września 2020. Imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Poszła sobie i bardzo mi pusto...

2020-06-30 14:32:46 (ost. akt: 2020-06-30 14:35:42)
Nasze spotkanie. W tle fortepian Pianisty

Nasze spotkanie. W tle fortepian Pianisty

Autor zdjęcia: Aleksandra Bukowiecka

Ktoś tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma... Te słowa Wisławy Szymborskiej od wczoraj dudnią w mojej głowie i wyją nieznośnym jękiem… Biją jak na larum, a ja nie wiem, co zrobić. Bo mi smutno, pusto, źle — a właśnie nic zrobić już nie mogę…

Nie będzie wykrzykników. Będzie dużo wielokropków. Bo gwałtowność, podniesiony głos — to w ogóle do Halinki nie pasowało. Była krucha wyglądem, posturą, wiekiem — ale była też nadzwyczajnie delikatną i subtelną osobą. I tę kruchość w niej podziwiałam, bo to przecież całe życie była też silną i bardzo niezależną kobietą. Choć wiele osób, szczególnie po śmierci Władysława Szpilmana, postrzegało ją wyłącznie jako wdowę po nim, taką żonę swojego męża — ja od pierwszej naszej rozmowy zrobiłam wszystko, by czuła się indywidualnością, niezależnym bytem. Wręcz, by to pan Władek był dodatkiem do niej. Owszem, pytałam o niego, wspominałyśmy go i wracałyśmy — ale to Halinka była u mnie na pierwszym miejscu. Bez wykrzyknień więc będzie i egzaltacji — ale z niedopowiedzeniem, poczuciem niedokończenia i nadzieją na jeszcze. Z wielokropkiem właśnie…

Pierwsza rozmowa

Nigdy w życiu jej nie zapomnę. Pisałam coś i pochłonięta tym tekstem byłam w całości — a tu zaśpiewał telefon. Normalka, tyle że numer był nieznany. Odebrałam więc zaintrygowana — by usłyszeć dźwięczne i wyraźne: — Dzień dobry, Halina Szpilmanowa mówi…

Pewnie, że poprosiłam wcześniej o wywiad. No to się doczekałam. Po całych trzech dniach zadzwoniła i zaczęłyśmy rozmawiać. O moich wspomnieniach z dzieciństwa związanych z jej mężem Władysławem. O jej rozterkach, kiedy w wieku 18 lat niczym grom z jasnego nieba spadły na nią oświadczyny statecznego już i o 17 lat starszego pana, po dwóch dniach znajomości zresztą, w czasie wakacji… — Ja na początku myślałam, że on sobie ze mnie zwyczajnie dworuje… — wyznała mi, najwyraźniej wciąż jeszcze zbulwersowana.

Chciałam jej powiedzieć, jak bardzo mi zależy i jak wiele jej nazwisko po mężu znaczy w moim życiu. A ona chciała słuchać. Ujęła ją też chyba moja znajomość jej życiorysu sprzed Władysława — zwłaszcza ciepłe słowa o jej tacie, prezydencie przedwojennego Radomia. I oczywiście, jak to u dziennikarki — cała góra pytań. A i ona czasem dopytała o jakiś detal. Często i stale w tle powtarzała, że niezwykle jej miło to wszystko słyszeć, że jest zaszczycona. I że wywiad wywiadem — ale ona ma ogromne nadzieje na spotkanie i stały kontakt… Szybko zgadałyśmy się też, że obie urodziny obchodzimy w czerwcu: ja na samym początku, ona — na końcu. Tak czy siak — w czerwcu rodzą się nietuzinkowe postacie — obie uznałyśmy zgodnie…

Tak się nam rozmawiało, że zanim jeszcze ustaliłyśmy szczegóły do wywiadu — ta pierwsza rozmowa trwała całe 45 minut. I była jedną z najcieplejszych rozmów, jakie mi się w życiu przytrafiły. Jedną z najpiękniejszych — jakimi mnie obdarzył drugi człowiek. Obcy — a taki bliski. Nieznajomy — a jakby znany od całych wieków…

Ostatni wywiad

Z tego, co wiem — rzeczywiście to „Gazecie Olsztyńskiej” Halinka udzieliła wywiadu ostatniego w swoim długim, barwnym i bogatym w przeżycia życiu. Zadzwoniła do mnie we wtorek i ustaliłyśmy, że najlepiej nam będzie przeprowadzić ten wywiad telefonicznie, już w najbliższy czwartek. Dopiero kiedy wielkimi bukwami i swoim najbardziej ulubionym wiecznym piórem wpisywałam nazwisko „Halina Szpilman” do kalendarza — spostrzegłam, że czwartek to 1 sierpnia. Rocznica wybuchu powstania warszawskiego, w którym walczył mój dziadek — a w czasie którego Władek mógł tylko stać i patrzeć z okien kamienicy przy alei Niepodległości 227/233…

Obie uznałyśmy potem, że wywiad był piękny, pytania bardzo mojej rozmówczyni przypadły do gustu, a forma uczczenia pamięci o tamtych ludziach i tamtych dniach Warszawy — najlepsza ze wszystkich…

Spotkanie

Nie, Halinka nie rzucała słów na wiatr. Chciała mnie obejrzeć, chciała wziąć do ręki „Gazetę” ze swoim zdjęciem na okładce — a ja przecież nie mogłabym odmówić. Bo na takie zaproszenia po prostu się nie odmawia.

Warszawa była tego dnia zalana pięknym, październikowym słońcem. Jechałam do niej jak po sznurku, bez przystanków, na azymut. Willa stała jak trzeba, tak jak ją pamiętałam z dokumentalnego filmu o Władku — porośnięta winoroślą, też oblana słońcem… A Halinka stała w drzwiach. Krucha, drobna, delikatna… I bardzo chciała się uściskać — a ja i chciałam, i bałam się, że uścisnę za mocno…

I była kawa w pięknej angielskiej porcelanie, i ciastka prosto ze Szwajcarii. I była rozmowa jak starych dobrych przyjaciół, i był fortepian Władysława Szpilmana. Jego nuty i klawisze, których całymi latami dotykał, grał pracował… I był jego fotel, na którym nikomu nie pozwalał siadać — ale przeciw mojej podobiźnie na tym właśnie meblu najwyraźniej nic nie miał przeciwko, bo zdjęcie wyszło i jest najbardziej namacalnym dowodem na to, że marzenia się spełnia. Ja spełniłam.
A potem było jeszcze wiele rozmów telefonicznych. W czasie jednej z nich poprosiłam o komentarz do jednego z moich artykułów, a w czasie innej — zaproponowałam, by mówiła mi po imieniu. — O nie… — zaprotestowała stanowczo. — Albo w czasie najbliższego spotkania obie przyjdziemy na ty, albo pozostaniemy paniami. W jedną stronę ja nie uznaję…

Pozostałyśmy na pani. Bo przez zarazę nie było kolejnego spotkania, choć plany co do takiego snułyśmy od Bożego Narodzenia…

Ostatnia rozmowa

W Wielki Piątek zadzwoniłam z życzeniami. Tak bardzo się ucieszyła… Że pamiętam, że piękne życzenia jej składam, że wciąż czeka na kolejną wizytę — bo tyle spraw mamy jeszcze do załatwienia, do omówienia, do przedyskutowania…
Mówiła, że wiele czasu spędza na swoim tarasie, bo tam ciepło, bo wychodzi na południowe słońce. Brzmiała jak zawsze — krucho, ale zdecydowanie; delikatnie, ale po swojemu. I brzmiała jakby miała tyle lat, co ja… Opowiadała mi, dumna i zadowolona z siebie, że na tę dziwną, inną niż wszystkie Wielkanoc upiekła sobie ciasto i jeszcze ma cały garnek bigosu, a grzyby dodała prawdziwe najprawdziwsze — a nie sklepowe pieczarki…

Zmarła w niedzielę, 3 maja. Dziś, 30 czerwca skończyłaby 92 lata. Dr Halina Szpilman. Moja umowna Babcia nr 3…

Mam nadzieję, że Władek znów może jej śpiewać ulubioną piosenkę „Deszcz”…
Magdalena Maria Bukowiecka

Była lekarzem, wiele lat konsultantem wojewódzkim z zakresu reumatologii. Do ostatnich dni pracowała w przychodni Instytutu Hematologii, pomagała w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich i w Fundacji Sue Ryder.

Halina i Władysław Szpilman

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Kierowca #2943512 | 94.254.*.* 4 lip 2020 07:57

    Bardzo interesujący wywiad. Małe dzieło sztuki.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. asia #2942909 | 213.73.*.* 3 lip 2020 10:34

    Brawo pani Magdo, są ludzie i sprawy do których nie będzie już można wrócić. Każdy taki wywiad ma dużą niepowtarzalną wartość.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. anna #2942116 | 24.185.*.* 1 lip 2020 18:35

    przepiekeny, bardzo wzuszajacy, pelen cipepla artykul. slicznie dzieuje autorce za tak osobiste wyznanie. pozdrawiam serdecznie.

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz