Poniedziałek, 9 grudnia 2019. Imieniny Anety, Leokadii, Wiesława

Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Wino, bambino i już była prywatka

2019-11-17 20:00:00 (ost. akt: 2019-11-22 15:09:17)
Zdjęcie z prywatki sprzed lat. Moja mama z tatą w środku (przytuleni)

Zdjęcie z prywatki sprzed lat. Moja mama z tatą w środku (przytuleni)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Mam swoim w rodzinnym albumie zdjęcie z prywatki u mojego stryjka Mietka w Białymstoku. Rozbawione towarzystwo na kanapie, w środku moja mama w tatą, wtedy jeszcze narzeczeni, To były pierwsze, powojenne lata.

Opowiadali mi, że bawili się wówczas przy gramofonie z ogromną tubą. Taki gramofon i kilka ebonitowych płyt, znalazłem kiedyś na strychu naszej ponieckiej kamienicy. Obok leżało kilka ebonitowych płyt z czerwonymi nadrukami.Tata chciał je przesłuchać, ale kiedy zapytał o gramofon, zaczerwieniłem się, bo wcześniej odłamałem tubę, używając jej jako nakrycia głowy w naszych podwórkowych wojnach na kasztany.

A wracając do prywatek... Sztampowe potańcówki dla „zgrania” klasy i w nagrodę za dobre wyniki w nauce i w zachowaniu wydawały nam się nudne. Raz, że muzyka nie taka, po drugie, że atmosfera sztywna, bo towarzyszyli nam nauczyciele, więc o naszych uczniowskich sprawach nie można było otwarcie pogadać. Mimo że niektóre szkoły miały własne, całkiem niezłe zespoły muzyczne (o nich będzie mowa przy okazji), pierwszeństwo dawaliśmy prywatkom. Było to w czasach, kiedy moi rodzice każde wakacje spędzali we Włoszech, gdzie mieszkali teściowie wujka Władka, który po kampanii włoskiej, w której brał udział jako żołnierz armii Andersa, z żoną Marią (wolontariuszką w lazarecie, gdzie leczył rany), wyemigrował do Argentyny.

W tym czasie nasze mieszkanie w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej stawało się domem otwartym dla moich rówieśników. Wchodził, kto chciał, a szczególnie w soboty na prywatki. Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, były to prywatki nie tylko z muzyką, ale i winem. Wina, jak utrzymują ci, którzy pamiętają ich smak, o „znakomitej” jakości, wynosił nam ze sklepu samoobsługowego, umiejętnie ściągając je z półki i chowając pod kurtką, kolega. W zamian mógł w prywatce uczestniczyć. Ja załatwiałem muzykę (adapter „Bambino” i kupowane na bazarze pocztówki dźwiękowe), dziewczyny natomiast robiły kanapki.

Bliżej o tych płytach, bo moda na nie ostatnio wraca. Produkowały je w tamtych czasach firmy prywatne, niezbyt przejmując się prawami autorskimi. Były to głównie utwory zagraniczne, ściągane z płyt długogrających przywiezionych z zagranicy, lub nagrania z rozgłośni Radia Luksemburg, a także piosenki w wykonaniu zespołów grających polskiego poprocka. Potem monopol na takie nagrania przejęły Muza, Pronit, a następnie KAW i Tonpress. Najpierw nagrywano na takiej płycie jeden utwór, później dwa, niekoniecznie tego samego zespołu. Pod prywatkę, jeden szybki, drugi wolny. Cenione były wśród nas płyty z wdrukowanymi w nie obrazkami różnej treści. Raz udało mi się zdobyć płytę z obrazkiem trójwymiarowym, przedstawiającym dziewczynę-syrenkę. Pamiętam, że kiedyś wybrałem się autostopem do rodziny w Białymstoku i zapłaciłem kierowcy za przejazd właśnie taką płytą. Ile kosztowały pocztówki dźwiękowe? Jak pamiętam, na początku 18 zł za sztukę, suma dla nastolatka dość wysoka.

Ale wracając do prywatek. Na początku imprezy było dość sztywno. W miarę jak opróżnialiśmy kolejne butelki wina, odsuwało się stół i ruszało do tańca, tzn. podrygiwania w rytm muzyki, bo w mieszkaniu było zbyt ciasno. A kiedy już prywatka na dobre się rozkręciła i kończył nam się repertuar płytowy, sięgaliśmy po własne gitary. Chłopak z gitarą byłby dla mnie parą, pamiętacie? Tak śpiewała Karin Stanek, jedna z naszych idolek z tamtych lat.

Byłem jednym z tych, którzy mieli gitarę, produkcji rosyjskiej, kupioną na końskim bazarze. Miała na pudle kolorowe, ludowe wzornictwo. Na tych z nas, którzy potrafili grać jako tako na gitarze i nosili się jak muzycy sceny (długie włosy, kolorowe koszule z pagonami), w tamtych czasach dziewczyny, jak to się mówi — leciały. Z gitarami jeździło się również na biwaki, w tym harcerskie. Pierwszym utworem, jaki opanowałem, była ballada „Dom wschodzącego słońca”, wykonywana wówczas przez zespół The Animals na płycie, jaką dostałem od kolegi w zamian za południowo-koreańską piłeczkę do tenisa stołowego. Proste, łatwe do opanowania chwyty, to była dla nas, amatorów gitarzystów, zaleta tego utworu.

Potem kupiłem magnetofon szpulowy marki ZK-140, najpierw dwu- a potem czterościeżkowy. To już była wyższa szkoła „prywatkowej jazdy”. W miarę wypitych win gasiło się światło i zapalało świece. Kiedyś postawiłem magnetofon zbyt blisko świecy. Przy zmienianiu taśmy o coś zaczepiłem, wyciągnęła się na sporej długości i natychmiast pomarszczyła. W ten sposób skasowałem sobie kilka przebojów.

Balangi w moim domu trwały dotąd, aż zaalarmowany przez sąsiadów z dołu wkraczał dzielnicowy i spisywał protokół z zakłócenia ciszy nocnej. Moje prywatki skończyły się na dobre wraz z kradzieżą przez któregoś z zaproszonych gości japońskiego radiomagnetofonu Sanyo i bonów towarowych.

Potem zaczęły się dyskoteki i prywatki przestały być modne, natomiast zaczęły królować dyskoteki. Chodziło się na nie do klubów różnych branż, jak Budowlani czy Łączność lub studenckich, a słynął z nich np. kortowski Antałek. Nie tylko z tego, że można tam było posłuchać przebojów polskich i światowych, ale również, w miarę posiadanego budżetu, muzyki na żywo w wykonaniu znanych wokalistów i zespołów. Do Antałka chodziłem również dlatego, że przez ten właśnie klub związałem się ze studenckim kabaretem Paragraf, dla którego pisałem teksty, głównie piosenek.

Z dyskotekami w klubach studenckich przyhamowano po wprowadzeniu stanu wojennego, po czym wielu entuzjastów do nich w tym miejscu już nie wróciło. Myśmy zresztą już na tyle dorośli, że bardziej zaczęły nas ciągnąć dancingi, np. w restauracji Pod Żaglami, Domu Środowisk Twórczych czy w kawiarni Teatralna. Ale o nich będzie mowa w innym felietonie.

A tymczasem posłuchajmy sobie Wojciecha Gąssowskiego w jego niezapomnianym przeboju „Gdzie się podziały tamte prywatki”. A jeśli chodzi o adaptery czy też radiomagnetofony z tamtych lat, to znam kilka osób, które je kolekcjonują, np. rzeźbiarz Andrzej Górka.

Władysław Katarzyński
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (10) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Anna z Elbląga #2821303 | 109.241.*.* 20 lis 2019 12:09

    Sprawa wynoszenia win dawno się przedawniła. Odczepcie się. Kiedyś dzieci i młodzież nie dostawała kiszonkowego. Za stypendia kupowało się ubrania. Sami pracownicy sklepów handlowali towarami na zewnątrz i brali łapówki za "załatwienie" lepszego towaru. Pozdrawiam urodzonych w latach 50-tych, szczególnie rocznik 1953.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. s #2820842 | 80.50.*.* 19 lis 2019 12:16

    jak się miało wejścia, gdzie trzeba to był paszport i wyjazdy.

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. dawno temu #2820560 | 195.176.*.* 18 lis 2019 18:09

      No proszę. Balangi , japoński sprzęt grający, regularne wakacje we Włoszech...I to wszystko na polskiej prowincji za rządów skromnego tow."Wiesława" G. Widac że Polska Ludowa nie była tak mroczna jak chcą niektórzy...

      Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

      1. Bialy ZATORZE #2820523 | 89.228.*.* 18 lis 2019 17:24

        Bravo WLadzio; Fajnie ze opisujesz stare dzieje z Zatorza i nie tylko Wielki szacun -Pozdrawiam

        Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

      2. Aka #2820354 | 213.73.*.* 18 lis 2019 12:47

        Jej, straszne czasy ta komuna: każde wakacje rodzice spędzali we Włoszech - kogo teraz na to stać? A kradzież wina - okropność!

        Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz

      Pokaż wszystkie komentarze (10)