Polak, który ożywił Smauga
2019-08-04 20:01:19(ost. akt: 2019-08-02 14:55:59)
Krzysztof Szczepański pracował m.in. przy animacji smoka Smauga, którego możemy zobaczyć w „Hobbicie” i przy "Królu Lwie".
Kiedy jako młody chłopak z wypiekami na twarzy oglądał „Park Jurajski” i „Pogromców duchów”, nigdy nie przypuszczał, że miłość do kina pozwoli mu w przyszłości współtworzyć najbardziej znane hollywoodzkie produkcje.
Mocny zestaw: „Łotr 1. Gwiezdne wojny — historie ”, „Han Solo: Gwiezdne wojny — historie”, „Księga dżungli”, „Hobbit”, „Mumia” i wreszcie „Król Lew”, który wszedł niedawno na ekrany kin — przy wszystkich tych filmach pracował 39-letni Krzysztof Szczepański z Rzeszowa. Polak, którego nazwisko w świecie animacji to już marka. Od lat mieszka w Stanach i to właśnie tam realizuje swoją największą pasję. W grafice komputerowej zakochał się w zasadzie od momentu, kiedy podczas studiów zaczął pracować z pierwszym programem graficznym.
— Uczyłem się go krok po kroku, od deski do deski. Potem były kolejne programy i kolejne porcje wiedzy, bo praca w animacji to nie tylko umiejętność poruszenia czymś, ale sprawienia, żeby to było żywe — opowiada Krzysztof. — Chcąc robić to dobrze, musiałem uczyć się anatomii, żeby wiedzieć, jaki jest układ kości czy zakres ruchu stawów, poznawać rysunek, malarstwo, sztukę, żeby właściwie pracować z kolorem, światłem — wylicza.
Poruszam postacią w trójwymiarze
I śmieje się, że jego rodzice do tej pory nie do końca rozumieją, czym tak naprawdę się zajmuje, raczej utożsamiają pracę grafika z informatyką. — Ja jestem filmowcem i animatorem, czyli poruszam postaciami w trójwymiarze, zmieniając czas, ustawiam kamery i robię po prostu film — opowiada. — Ale tym, co mnie najbardziej pociąga, są prewizualizacje, czyli wstępne pomysły na sceny do filmu. To taki szkic, którego części nikt z widzów nigdy nie zobaczy, ale który daje największą frajdę.
I śmieje się, że jego rodzice do tej pory nie do końca rozumieją, czym tak naprawdę się zajmuje, raczej utożsamiają pracę grafika z informatyką. — Ja jestem filmowcem i animatorem, czyli poruszam postaciami w trójwymiarze, zmieniając czas, ustawiam kamery i robię po prostu film — opowiada. — Ale tym, co mnie najbardziej pociąga, są prewizualizacje, czyli wstępne pomysły na sceny do filmu. To taki szkic, którego części nikt z widzów nigdy nie zobaczy, ale który daje największą frajdę.
Jak to wygląda w praktyce? Ekipa odpowiedzialna za animacje dostaje scenariusz lub słowny opis sceny, którą w określony sposób widzi reżyser, a ich zadaniem jest rozwinięcie tego pomysłu, czasem wymyślenie tego, co może w jego wyniku się zdarzyć i wizualne opracowanie całości.
— To zupełna eksploracja, bo czasem dostaję bardzo luźno nakreśloną scenę, np. jednozdaniowy opis, że ktoś kogoś goni i muszę wymyślić absolutnie wszystko. Czasem to rozbudowany opis walki, jaką mają stoczyć dwie postacie i muszę dopracować każdy detal — tłumaczy. — Z jednej strony jest to bardzo ekscytujące, bo efekty są widoczne bardzo szybko i daje to największą zabawę, bo mam absolutną swobodę pracy. Z drugiej czasem frustrujące, bo w przypadku „Hobbita” było sporo scen, którymi reżyser był zachwycony, ale ostatecznie w filmie się nie znalazły, bo byłby on za długi — uśmiecha się.
W „Hobbicie” praktycznie w całości możemy zobaczyć finalną bitwę filmu, wymyśloną przez Krzysztofa, sporo scen z udziałem smoka Smauga oraz wiele drobnych sekwencji, które w sumie pochłonęły ponad 4 lata pracy!
— Najtrudniejszy dla mnie, bo najbardziej żmudny, jest etap dopieszczania konkretnych scen. Przez ileś dni patrzy się na to samo ujęcie i myśli: „a może tak powinno wyglądać to oko, a może tak ułożyć ręce” — zdradza Krzysztof. — Może z tego powodu bardziej od animacji ekscytuje mnie praca nad pomysłami, dlatego nie ukrywam, że kiedyś chciałbym stworzyć coś swojego. W szufladzie biurka mam już kilka scenariuszy.
Filmowiec używa oczywiście najnowszych technologii. Wśród nich jest tzw. motion capture, czyli technika stosowana w filmach i grach komputerowych, polegająca na „przechwytywaniu” trójwymiarowych ruchów aktorów i zapisywaniu ich w komputerze. Dzięki niej zarejestrowane postacie poruszają się bardzo naturalnie i realistycznie.
W praktyce polega to na tym, że animatorzy zakładają ciasne, obudowane czujnikami kombinezony, po czym próbują odtworzyć daną scenę, a wszystkie informacje, czyli sekwencje ich ruchów, trafiają do komputera do dalszej obróbki.
Ciasno, czyli wizyta w domku hobbita
Pytany o najbardziej ekscytujące wspomnienia, Krzysztof wymienia po namyśle wizytę na planie „Hobbita”. — Przez to, że w tym filmie są i ludzie, i elfy, i krasnoludy, większość scen była budowana w dwóch skalach, np. w jednym domku hobbita obijaliśmy o wszystko głowy, bo był taki malutki, natomiast w drugim czuliśmy się jak w zwykłym domu, w którym można mieszkać — opowiada. — Największe wrażenie robi to, że wszystko jest odwzorowane w najdrobniejszym szczególe, nawet rysunki na ścianach są identyczne, tylko w różnych rozmiarach. Niesamowite, zwłaszcza jeżeli dochodzi do tego myśl, że dany plan zbudowano do sceny, którą ty sam wymyśliłeś - uśmiecha się.
Pytany o najbardziej ekscytujące wspomnienia, Krzysztof wymienia po namyśle wizytę na planie „Hobbita”. — Przez to, że w tym filmie są i ludzie, i elfy, i krasnoludy, większość scen była budowana w dwóch skalach, np. w jednym domku hobbita obijaliśmy o wszystko głowy, bo był taki malutki, natomiast w drugim czuliśmy się jak w zwykłym domu, w którym można mieszkać — opowiada. — Największe wrażenie robi to, że wszystko jest odwzorowane w najdrobniejszym szczególe, nawet rysunki na ścianach są identyczne, tylko w różnych rozmiarach. Niesamowite, zwłaszcza jeżeli dochodzi do tego myśl, że dany plan zbudowano do sceny, którą ty sam wymyśliłeś - uśmiecha się.
Król Lew - sentymentalna podróż w czasie
Ostatnim projektem filmowca z Rzeszowa jest najnowsza produkcja Disneya, „Król Lew”. Dla Krzysztofa, dorastającego w latach 90., czyli w czasie, kiedy pierwszy „Król Lew” podbijał serca młodych i starszych widzów w Polsce, praca przy nowej wersji tamtego hitu kinowego była sentymentalną podróżą w czasie. On sam przyznaje, że to film wyjątkowy również z innych względów.
Ostatnim projektem filmowca z Rzeszowa jest najnowsza produkcja Disneya, „Król Lew”. Dla Krzysztofa, dorastającego w latach 90., czyli w czasie, kiedy pierwszy „Król Lew” podbijał serca młodych i starszych widzów w Polsce, praca przy nowej wersji tamtego hitu kinowego była sentymentalną podróżą w czasie. On sam przyznaje, że to film wyjątkowy również z innych względów.
— Animacja zwierząt to w ogóle najfajniejsza rzecz, podobnie jak animacja scen, w których postać wyraża emocje. Bez względu na to, czy to scena dramatyczna, czy komediowa, daje mi to niesamowitą frajdę i odskocznię od tego, czym zazwyczaj się zajmuję, czyli scenami akcji, jak w „Hobbicie” — opowiada Krzysztof Szczepański.
Jego tryb życia i ciągłe przeprowadzki do kolejnych ośrodków filmowych, począwszy od Nowej Zelandii, gdzie kręcono „Hobbita”, przez San Francisco, Vancouver i Los Angeles sprawiły, że w świat animacji, chcąc nie chcąc, weszła także jego żona Agata. Wszystkiego krok po kroku uczyła się od męża, a w efekcie sama jest dziś zatrudniona w jednej z firm z branży w Los Angeles, gdzie obecnie mieszkają.
— Przy tym trybie życia nic innego nie mogłabym robić, bo czegokolwiek bym się tknęła, musiałabym to z powodu Krzyśka rzucać i zaczynać od zera w nowym miejscu. Animacja była więc naturalnym wyjściem — mówi Agata Szczepańska. — Do dziś pamiętam czas, gdy Krzysiek pracował w Weta Digital. Miał wtedy dużo „overtime’ów” i wracał do domu zmęczony o godz. 22 lub 23. Zostawało czasem tylko 10 minut, żeby spojrzeć na to, co przez cały dzień zrobiłam i mnie poprawić — zaznacza.
To właśnie propozycja współpracy z Weta Digital, której specjaliści odpowiadali też za „Władcę Pierścieni”, „King Konga” oraz efekty specjalne do „Avatara”, była trampoliną, która przeniosła Szczepańskich z Polski do Wellington w Nowej Zelandii, gdzie akurat kręcony był „Hobbit” w reżyserii Petera Jacksona.
Rób to, co kochasz, sukces przyjdzie
Namówiony właśnie przez Agatę, Krzysztof wysłał do Wety próbki swoich prac, choć zbytnio nie wierzył, że ktokolwiek stamtąd da szansę chłopakowi spoza branży, w dodatku z dalekiej Polski. Kiedy już stracił nadzieję na odpowiedź, nieoczekiwanie ją otrzymał. Zawierała zaproszenie do Wellington. Żeby móc przenieść się do Nowej Zelandii para sprzedała wszystko, co miała. Spakowani w dwie torby podróżne pojechali do miejsca, gdzie nikt nie potrafił nawet dobrze wymówić nazwiska Krzyśka.
Namówiony właśnie przez Agatę, Krzysztof wysłał do Wety próbki swoich prac, choć zbytnio nie wierzył, że ktokolwiek stamtąd da szansę chłopakowi spoza branży, w dodatku z dalekiej Polski. Kiedy już stracił nadzieję na odpowiedź, nieoczekiwanie ją otrzymał. Zawierała zaproszenie do Wellington. Żeby móc przenieść się do Nowej Zelandii para sprzedała wszystko, co miała. Spakowani w dwie torby podróżne pojechali do miejsca, gdzie nikt nie potrafił nawet dobrze wymówić nazwiska Krzyśka.
— Zresztą do dziś jest z tym problem, choć teraz, po latach pracy, można powiedzieć, że w tym małym środowisku specjalistów od animacji jestem znany i propozycje współpracy przychodzą już do mnie same. Oczywiście w działce animacji jestem jedynym Polakiem — mówi Krzysztof Szczepański. — Teraz praca sama mnie znajduje, w zasadzie już mógłbym usiąść do kolejnego, ciekawego projektu, ale postanowiliśmy z żoną spędzić czteromiesięczne wakacje w Polsce — dodaje. I zaznacza, że po tylu latach mieszkania za granicą przestał już tęsknić za Polską. Małżeństwu brakuje oczywiście bliskich, przyjaciół i rodziny, ale za swój dom uważają już Los Angeles.
Anna Janik
Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie
Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.
Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych
Zaloguj się lub wejdź przez
Znany #2942077 | 77.115.*.* 1 lip 2020 16:59
Szkoda, że nie dodał ile razy nie otrzymał promocji do następnej klasy, WSIZ też zapomniał o tym. W Polsce Sukcesów brak, dlatego pojechał na koniec świata.
odpowiedz na ten komentarz
grab #2772831 | 37.248.*.* 6 sie 2019 09:57
Jak to jest, że prawie każdy Polak, który osiąga sukcesy, robi to za granicą? Czy w Polsce nie ma warunków dla rozkwitu talentów?
odpowiedz na ten komentarz