Wtorek, 17 września 2019. Imieniny Franciszka, Lamberty, Narcyza

Alek Rogoziński: Jestem bałaganiarzem i królem chaosu [ROZMOWA]

2019-03-17 10:35:49 (ost. akt: 2019-03-17 12:51:08)
Spotkanie z Alkiem Rogozińskim odbędzie się 22 marca (piątek) o godz. 17.00 w Planecie 11 w Olsztynie. Wstęp wolny.

Spotkanie z Alkiem Rogozińskim odbędzie się 22 marca (piątek) o godz. 17.00 w Planecie 11 w Olsztynie. Wstęp wolny.

Autor zdjęcia: mat. prasowe

Jego styl pisania jest czasami porównywany do Joanny Chmielewskiej. Dlaczego? Bo w kryminałach pisanych pół żartem, pół serio prym wiodą kobiety. Z Alkiem Rogozińskim, o którym mówi się, że jest księciem komedii kryminalnych, rozmawia Katarzyna Janków-Mazurkiewicz.

— Osiem bitych godzin w pracy, a po niej pisanie książek do trzeciej nad ranem. A czas wolny?


— Pozostaje go niewiele, bo zaraz trzeba usiąść do pisania kolejnej książki. Deadline gniecie, goni i przeraża.

— Czego jeszcze boi się pisarz?


— Zdecydowanie boi się przekroczenia deadline'u. Jedna z moich koleżanek często opowiada historię, kiedy to jedno z wydawnictw zapowiedziało jej książkę, pojawiła się ona na pierwszym miejscu w przedsprzedaży, a autorka nie napisała jeszcze ani jednego zdania. Dziś wielu wydawców rozpoczyna przedsprzedaż książek, gdy te jeszcze się tworzą. Wtedy na pisarzu ciąży ogromna presja.

— Ta presja pomaga w pisaniu czy przeszkadza?


— W moim przypadku pomaga. Jestem strasznym bałaganiarzem i królem chaosu. Lepiej pracuję, kiedy czuję, że mam bat nad sobą. Znajduję wtedy w siebie pokłady samodyscypliny, o które wcześniej się nie podejrzewałem. Jednak odkąd zacząłem pisać, zauważam pewne zmiany. W redakcji spędzam osiem godzin, później są dwie godziny luzu, a następnie kolejne pięć spędzone przy komputerze.

— Dodatkowo pracuje pan w prasie, która opisuje życie gwiazd. Tam jest mnóstwo inspiracji.


— Teraz śmieję się, że pisanie jest moim sposobem na odreagowanie ponad dwudziestu lat pracy w showbiznesie i dlatego moich bohaterów-celebrytów zabijam. Specjalnie używam słowa celebrytów, a nie gwiazd, bo ci ostatni to u nas nieliczna kategoria. Królują celebryci, którym tylko wydaje się, że są znani i sławni. Znakomicie nadają się na bohaterów, a zwłaszcza na ofiary mordu (śmiech).

W mojej pracy niemal codziennie mam ochotę zamordować jakąś „sławę”. Szczególnie, kiedy od jednej gwiazdy słyszę, że nie może nam podać imienia swojego pieska, bo „chroni prywatność swojej rodziny”, a od innej dostaję prośbę, żeby „wciągnąć jej drugi podbródek, wyprostować nos, usunąć wszystkie zmarszczki i dodać trochę włosów”, a potem czytam w wywiadzie, że ma do siebie dystans i nigdy nic nie poprawia w swoich zdjęciach, bo jest taka naturalna i w ogóle od trzydziestu lat się nie starzeje, gdyż zdrowo je i dużo biega.



— A pisarze mają do siebie dystans?


— Powinni. Bez dystansu szybko się ginie. To taki zawód, który z niewiadomych przyczyn nie znosi gwiazdorzenia. To, co uchodzi aktorom, piosenkarzom, malarzom, nie wypada robić pisarzom.

Nie wiem, skąd wziął się mit, że pisarz ma być przygarbiony, przytłoczony życiem i twórczością. Trochę się to na szczęście zmienia. Najpierw dzięki Michałowi Witkowskiemu i Kasi Grocholi, a teraz Blance Lipińskiej. Ta ostatnia weszła do świata literackiego z hasłem "chcę być celebrytką". Choć musi mierzyć się z falą hejtu, to jednak dzięki niej coś się ruszyło.


Pół miliona sprzedanych książek udowadnia, że jeśli promuje się twórczość własną twarzą, robi się wokół niej show, pokazuje się w mediach społecznościowych, telewizji, to można wpływać na rozwój czytelnictwa. A to ważne w kraju, gdzie tylko 37 procent ludzi przyznaje się do tego, że w ciągu roku sięga po jakąkolwiek książkę. Nie ma więc już na co czekać, trzeba działać, zanim zaczniemy wpadać we wtórny analfabetyzm. Wszystkie chwyty usprawiedliwione! Nie rozumiem tego hejtu na pisarzy tylko dlatego, że stają się znani i popularni, a potem mają z tego korzyści. Pierwszy oberwał za to Szczepan Twardoch.

— Który zagrał w reklamie...


— Mercedesa zresztą. Nie rozumiem, dlaczego jednym artystom wolno, a innym nie. A pisarzom to już w ogóle nie wypada zarabiać na tym, co robią, bo przecież na wyższej sztuce nie ma co zarabiać. Trzeba tworzyć w pocie i znoju, a potem przymierać z głodu, żeby ten fach miał etos. Chore myślenie.

— A co z fanami? Choć akurat pan nie lubi tego określenia...


— Dlatego używam słowa czytelnicy. Określenie "fani" kojarzy mi się tylko ze światem kina i muzyki.

— Pan na pewno jest fanem mody. W końcu pracuje pan jako dziennikarz w prasie kobiecej i najnowsza książka "Śmierć w blasku fleszy", również mówi o świecie mody.


— Gdyby projektanci zobaczyli, co noszę, z pewnością zostałbym przez nich wyklęty. Wydaje mi się, że jestem bardziej obserwatorem mody. Często jestem zapraszany na pokazy, piszę też czasem o stylu celebrytów. Mam swój gust, który chyba nie jest w zgodzie z najnowszymi trendami. Właśnie zakupiłem surducik gotycki, by w nim wystąpić na spotkaniu autorskim. Chyba jednak się w nim nie pokażę, bo się w niego nie mieszczę. Tak mści się kupowanie rzeczy na oko w internecie (śmiech).

— Pisarz nie eksperymentuje z modą?


— Myślę, że ogólnie Polacy są w stosunku do mody zbyt zachowawczy. To podejście zmienia się bardzo powoli. Nasza ulica jest ciągle przygnębiająco szara. Za granicą ludzie nie boją się kolorów. Pamiętam jeden z wyjazdów do Paryża, gdzie byliśmy z Macademian Girl, która słynie ze swoich barwnych stylizacji. Jej fantazyjne stroje, które u nas wzbudzają sensację, w Paryżu nie spotkały się ze zdziwieniem. U nas facet, który jest ubrany kolorowo, może liczyć na uśmieszki pełne politowania i niezbyt kulturalne komentarze. Zawsze myślałem, że to Słowianie słyną z fantazji, bo mamy bajeczne stroje ludowe. Tymczasem okazuje się, że kiedy już wyjdziemy z tej ludowości, pozostaje jedynie szary dres z trzema paseczkami.

— A jaki jest ulubiony strój pisarza?


— To bardzo indywidualne. Zauważyłem, że pisarze mają już określone kostiumy.

Jeśli Remigiusz Mróz, to na pewno będzie garnitur z krawatem. Wojtek Chmielarz kojarzy się z kamizelką i koszulą w kratę. Mam wrażenie, że gdyby zmienił stylizację, nikt by go nie poznał. A ja? Staram się nosić różne rzeczy. Lubię bawić się strojem.


Równie dobrze czuję się w garniturze, jaki i dresie, jeansach i koszuli, jak i w jakiejś odjechanej rzeczy, którą wypatrzę w markowym butiku.

— Pan, jako pisarz, też nie daje się zaszufladkować. Choć mówi się o panu, że jest pan księciem komedii kryminalnych, najnowsza powieść "Śmierć w blasku fleszy" ma już zupełnie inny ciężar gatunkowy.


— Jeśli pojawiają się recenzje i opinie, zawsze staram się wyciągać wnioski. Pytanie, które pojawiało się najczęściej w trakcie spotkań autorskich brzmiało: "Kiedy napiszesz coś poważniejszego"? Praca nad "Śmiercią w blasku fleszy" trafiła na poważniejszy moment w moim życiu. Nie czułem potrzeby, by w pierwszych rozdziałach znalazło się zbyt wiele dowcipów. Stwierdziłem, że nie będę na siłę kombinować. Pozwolę opowieści iść własnym torem. W jednej recenzji wyczytałem, że jest dojrzalsza. To pierwsza powieść, w której chyba udało się znaleźć równowagę pomiędzy kryminałem a komedią. Kiedy zaczynałem pisać książki, często oglądałem serial "Gotowe na wszystko". Dla mnie to jest wzorzec, jak poprowadzić akcję, żeby było w niej tyle samo intrygi kryminalnej, gagów, wzruszeń i momentów grozy. Jeśli więc kiedykolwiek ktoś powie, że czytając moje książki, bawił się równie dobrze, jak przy tym serialu, uznam to za największy komplement, który otrzymałem w życiu. I będę mógł spokojnie przejść na emeryturę.


Alek Rogoziński jest autorem cyklu „Róża Krull na tropie” oraz twórcą komedii kryminalnych m.in. „Zbrodnia w wielkim mieście”, „Kto zabił Kopciuszka?” i najnowszej – „Śmierć w blasku fleszy”.
Spotkanie z Alkiem Rogozińskim odbędzie się 22 marca (piątek) o godz. 17.00 w Planecie 11 w Olsztynie. Wstęp wolny.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB