Piątek, 15 listopada 2019. Imieniny Amielii, Idalii, Leopolda

Spanikował na wieść o ciąży koleżanki. Zabił ją w drastycznych okolicznościach

2018-07-18 20:46:19 (ost. akt: 2018-07-18 20:01:24)

Autor zdjęcia: Zbigniew Woźniak

Zbigniew K. miał 28 lat, lecz na wieść o ciąży koleżanki spanikował. Uważał, że chce go „wrobić w dziecko”. Zabił ją w drastycznych okolicznościach, a potem opowiadał, że złe duchy go prowadziły.

Był koniec maja 1999 roku, upał, czas pierwszych komunii. Jolanta U. pracownica morąskiej sklejki wzięła z tej okazji urlop. Nie tylko to zresztą było powodem, była w ciąży. W mieszkaniu koleżanki zrobiła sobie próbę ciążową i nie miała wątpliwości. Ustaliła nawet dokładną datę. Musiało się to stać 9 kwietnia, kiedy była u Zbigniewa K. w mieszkaniu. Co myślała o młodszym od siebie mężczyźnie, którego jedynym wyróżnikiem było to, że jeździł po Morągu żółtym samochodem na niemieckich numerach rejestracyjnych, nie wiadomo. Zbigniew K. nie miał ani wykształcenia, ani fachu, jeździł do siostry za Łabę, albo siedział w domu… i chodził z ojcem na ryby.

Jolanta U. od wielu lat mieszkała w Morągu na stancji. O tym co się wydarzyło rozmawiała otwarcie z koleżankami, rodzicom na wsi nic jednak nie mówiła, wpierw chciała ułożyć się ze Zbigniewem K. Ten jednak nie chciał podejmować tematu. Wykręcał się od spotkania, bał się decydującej rozmowy. Czy po 6 tygodniach w ogóle można być pewnym ciąży? Czy to w ogóle on? Dziecko, ojciec, żona, mąż? – chyba w ogóle nie rozumiał, co niosą ze sobą te słowa.

31 maja ostatecznie zgodził się odebrać Jolantę U. od koleżanki mieszkającej w Zajezierzu pod Morągiem i porozmawiać. Żółty opel kombi o przyciemnionych szybach to dość charakterystyczne auto. Koleżanka nie miała wątpliwości, kto przyjechał po Jolantę U. Choć twarzy kierowcy nie widziała, jednoznacznie mówiła potem, że w samochodzie był jeden mężczyzna, a koleżanka wsiadając robiła wrażenie, że właśnie na niego czekała.

Pojechali przed siebie szybko skręcając w jakąś leśną dróżkę. Jolanta U. myślała, jak rozpocząć rozmowę, Zbigniew K. bardziej o seksie. Z pierwszego miejsca wygoniły ich roje komarów, pojechali więc dalej. Rozmowa prowadzona zrazu tylko aluzyjnie, powoli zmierzała do sedna. „Co, nie stać cię być tatusiem?” zapytała w końcu kobieta. „Zdenerwowałem się i powiedziałem, że jak się nie uspokoi, to walnę ją w łeb”, opowiadał potem Zbigniew K. Nim to jednak zrobił psiknął jej w twarz gazem. Może to był tylko gaz na komary, może coś gorszego, fakt, że Jolanta U. padła jak rażona piorunem całkowicie odtąd zdana na łaskę mężczyzny. Ten przed długie kilka minut patrzył na leżącą, a gdy się ocknęła — wyciągniętą z opla laską od blokady kierownicy — zaczął ją bić bez opamiętania. Potem opowiadał, że podjudzały go jakieś diabły wychodzące z lasu.

Kobieta przestała się ruszać, ale Zbigniew K. nie miał łopaty, żeby ją zakopać. Musiał jechać po nią do domu, do Morąga. Gdyby rzeczywiście kierowały nim jakieś nieczyste siły, roztrzaskał by się tym swoim żółtym oplem zaraz na pierwszym drzewie. Nic takiego się jednak nie stało, choć wracając już po ciemku, ledwie trafił do miejsca, gdzie zostawił Jolantę U.

Kobieta żyła, ruszała się, bełkotała, gdy Zbigniew K. pośpiesznie kopał dla niej grób. Kiedy zepchnął jej ciało do płytkiego dołu podobno wyciągała ręce. Odganiając się od niej złamał trzonek od łopaty. Ziemia się ruszała, jak ją zasypywał. Gdy się w końcu uporał ze swą straszną robotą, położył na grobie dwa złożone na krzyż brzozowe patyki.

Zaginięcie Jolanty U. zgłosił po dwóch tygodniach jej ojciec. Zadzwonili do niego z fabryki, że choć urlop minął, córka nie pojawiła się w robocie, nie ma jej też na stancji. Ustalenie, kto ją ostatni widział i kto ją zabrał od koleżanki w Zajezierzu, nie zabrało policji wiele czasu.

„Z Jolantą U. utrzymywałem luźne, okazjonalne kontakty, nigdy nie było między nami żadnej zażyłości”, mówił po zatrzymaniu Zbigniew K. tłumacząc, że był gdzieś pod Zalewem na rybach, wracając zobaczył kobietę na przystanku autobusowym, powiózł ją do Małdyt i tyle. Po nocy w areszcie wymyślił drugą wersję. Wyjaśniał, że rzeczywiście był umówiony z Jolantą U. w Zajezierzu. Mieli pojechać razem nad kanał przy jeziorze Ruda Woda. Tam niby natknęli się na dwóch biwakujących Niemców w mercedesie na berlińskich numerach. Zbigniew K. trochę po niemiecku umiał, rozmawiali trochę, a oni wysłali go do sklepu po kiełbasę na grilla. Kiedy wrócił, ani Niemców, ani Jolanty U. już nad wodą miało nie być. Wszystko to zapisane zostało w protokole, ale po kilku godzinach sam szef wydziały kryminalnego policji w Morągu przyszedł do niego do celi wykazując, punkt po punkcie, że opowieść nie trzyma się kupy.

W dodatku policja miała w garści ważny dowód, ślady krwi znalezione na butach Zbigniewa K. To wystarczyło. Po dwudziestu kilku godzinach w areszcie, a wcześniej prawie dwa tygodniach prób zagłuszenia wyrzutów sumienia, zbrodniarz przyznał się do zbrodni. Jeszcze tego wieczora, dał się zawieźć radiowozem do lasu pod Bożęcinem i wskazał grób. Wystarczyło kilka sztychów łopatą. Kiedy ukazała się kobieca bluzka, wszystko stało się jasne.

Kiedy Zbigniew K. stanął przed Sądem Okręgowym w Olsztynie, oskarżony o zabójstwo ze szczególnym udręczeniem, a także grabież, bo zabrał torebkę Jolanty U. z jej rzeczami i pieniędzmi, można było mieć wątpliwości, czy jest poczytalny. Kiwał się na ławie oskarżonych jak w sierocej chorobie, słabo kontaktował, dalej bajdurzył o diabłach i głosach, które tragicznej nocy słyszał w lesie. Sąd był w tym czasie zasypywany licznymi pismami, w którym zdradzał obłęd religijny.

Z „domu dla zakonników” w Barczewie prosił o wypuszczenie na wolność pisząc: „chcę pójść na grób i zapalić świeczkę i pomodlić się za duszę, która jeszcze nie poszła do nieba”. To co uczynił było szaleństwem, lecz nie sensie medycznym. Stary psychiatra z Kocborowa, gdzie Zbigniew K, był na obserwacji, z całkowitym spokojem potwierdził przed sądem, że oskarżony tylko gra. Tak jak nie dorósł do tego „żeby być tatusiem”, nie dorósł do przyjęcia odpowiedzialności, za zbrodnię, jakiej się dopuścił.

Zbigniew K. został przez Sąd Okręgowy w Olsztynie skazany na karę dożywotniego więzienia. Wyrok zapadł 17 kwietnia 2002 roku.

bs
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (8) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Janusz #2539225 | 178.235.*.* 19 lip 2018 07:13

    To jest przestroga dla wszystkich jebaków,że z choojem i pzdą nie ma żartów.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Zachariasz #2539222 | 94.254.*.* 19 lip 2018 06:54

      Z jakiego powodu Zbigniew K?.Przy takich wyrokach jest pozbawienie praw publicznych !!

      ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      1. somsiad Polak #2539203 | 95.160.*.* 19 lip 2018 00:54

        Albo pamiec mnie zawodzi albo autor artykulu cos pomieszal. Z tego co pamietam zabojca byl pracownikiem wojska, niestety nie pamietam czy byl zolnierzem czy pracownikiem cywilnym. Do odsiadki dostal 25 lat a nie dozywocie, ale byc moze sie myle. Pamiec ludzka jest zawodna.

        ! - + odpowiedz na ten komentarz

      2. pyta #2539184 | 88.156.*.* 18 lip 2018 23:36

        "wpierw", "zrazu" - kto to pisał i dla kogo?

        Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

      3. Xyz #2539111 | 81.190.*.* 18 lip 2018 21:31

        Po co pisać te głupoty. Kogo obchodzi jakiś psychol i jego historia?

        Ocena komentarza: poniżej poziomu (-7) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

        Pokaż wszystkie komentarze (8)