Wtorek, 24 kwietnia 2018. Imieniny Bony, Horacji, Jerzego

"Co prawda mam już pięćdziesiątkę na karku, ale zawsze chciałem być pionierem misji w biednej diecezji i biednym buszu"

2018-04-01 19:00:52 (ost. akt: 2018-04-01 13:14:44)
misjonarz 1

misjonarz 1

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Tegoroczna Wielkanoc dla o. Marka Ochlaka jest kolejną przeżytą na dalekim Madagaskarze. W sierpniu 1995 roku wylądował na wyspie. Pół roku uczył się języka malgaskiego, a na Wielkanoc 1996 roku był już w swojej pierwszej misji Marolambo.

— To była prawdziwe wyzwanie. Wszędzie chodziło się pieszo, nie było dróg. Ludzie, choć ubodzy, uśmiechali się na widok misjonarza. Tam pracowałem sześć lat. Potem na pięć lat przeniesiono mnie do portowego Tamatave, gdzie w Apostolacie Morza byłem kapelanem. Zobaczyłem, jak żyją tradycyjni rybacy, ze swymi wierzeniami i czarami. Trudno było mi dotrzeć do rybaków z ich wierzeniami i "czarami", ale w końcu złapaliśmy kontakt i zaczęli przychodzić do naszego centrum. Ich żony zaczęły robić koszyki i wyszywać obrusy, a oni zobaczyli, że można łowić ryby nie tylko na wydłubanej z pnia łódce, ale i motorówki. Przełamaliśmy ich obawy i posłaliśmy ich dzieci do szkoły — opowiada ojciec Marek.

Kolejne trzy lata był proboszczem dużej parafii Notre Dame de Lourdes w Tamatave. Była to dość bogata parafia, jak na malgaskie warunki, ale pod opieką misjonarza byli też ubodzy parafianie mieszkający w slamsach. Musiał się z nimi szybko pożegnać, bo na dwie kadencje wybrano go na superiora delegatury na Madagaskarze. Potem był zasłużony odpoczynek, czyli tzw. rok sabatyczny — czas na leczenie, studiowanie i kontakt z rodziną. Mógł na nowo odnaleźć się w swoim Nowym Mieście, spotkać z rodziną i znajomymi. Po roku wrócił. Nowy przełożony zaproponował mu Befasy. — Co prawda mam już pięćdziesiątkę na karku, ale zawsze chciałem być pionierem misji w biednej diecezji i biednym buszu — opowiada.

W Belfasy (ponad 800 mieszkańców) i 21 przyległych wioskach mieszka 4 tysiące osób. Prawie 500 to chrześcijanie. Pozostali wyznają religie tradycyjne, mocno zakorzenione w tym regionie. Dla misjonarzy najważniejsi są ludzie, nie liczy się ich przynależność religijna czy plemienna.

Z Befasy do Morondavy (stolicy diecezji) jest 65 kilometrów piaszczystą drogą. Problemem jest potężna rzeka okresowa Kabatomena. Podczas suszy można ją przejechać samochodem terenowym. Od grudnia do początku kwietnia, w porze deszczowej, region jest odcięty od świata.

Mieszkańcy uprawiają m.in. ryż, kabaro (dużą fasolę) i orzeszki ziemne. Hodują bydło, świnie, kozy, owce i różne ptactwo. Są zależni od opadów. Gdy nie pada, od grudnia do marca głodują. Wtedy misja stara się pomóc.

Dużym problemem są też bandyci (nazywani dahalo). Kradną byki, napadają na domostwa i zaprzęgi, które ciągną byki. Gdy wkraczają do miasteczka, ludzie kryją się na misji. Dochodzi do samosądów i publicznych egzekucji, jest niebezpiecznie.

— Kiedy pierwszy raz zobaczyłem misję Befasy i miasteczko, chciałem wracać. Jednak przed kościołem zobaczyłem posąg św. Tereski od Dzieciątka Jezus, patronki misji, powiedziałem: ''Skoro Ty tu rządzisz, to oblaci są na właściwym miejscu, a tym samym i ja! Pierwsze dni spałem na workach po cemencie... — wspomina o. Marek.


Misjonarze wyremontowali i wyposażyli kościół. O niedawna mogą cieszyć się bieżącą wodą. W ubiegłym roku powstała szkoła podstawowa. Uczy się w niej 215 dzieci, które trzeba nakarmić. — Żeby mogły raz w tygodniu najeść się do syta, potrzebujemy 400 euro. W dwóch wioskach w prowizorycznych budynkach otworzyliśmy dwie szkoły. Potem zaprosimy je do Befasy, by mogły kontynuować naukę! Inne wioski jeszcze czekają. Budowa szkoły — drewnianego zadaszonego hangaru — to koszt ponad 2 tys. euro. Misjonarze chcą otworzyć college.

Oczywistym problemem są pieniądze — tylko na budynek potrzeba 5 tysięcy euro. Planują budowę niewielkiego szpitala (każdego roku przy porodzie umiera prawie 300 kobiet i noworodków).

— Misja się rozwija, a miejscowym możemy przywracać godność. Dzieci mogą się uczyć, śpiewać, grać w piłkę i bawić. Czasem nawet najeść się do syta — mówi misjonarz.

Zbliżają się święta Wielkiej Nocy. Misjonarz Marek Ochlak wyruszył do buszu. Niedzielę Palmową wraz ze swoimi podopiecznymi przeżywał w wiosce Marohetay do której zeszli się mieszkańcy okolicznych osad. By dotrzeć na czas, czasem szli dwa dni pieszo. — Wielkanoc będziemy przeżywali w misji centralnej Befasy. Spodziewamy się około 400 chrześcijan. Ceremonie wyglądają podobnie jak w Polsce. Tylko jest dużo tańca liturgicznego, spontaniczności i pięknego, polifonicznego śpiewu. Ceremonie trwają bardzo długo. W sobotę wieczorem i niedzielę Wielkiej Nocy uroczystości będą trwały na pewno po cztery godziny — kończy misjonarz.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także