środa, 19 września 2018. Imieniny Januarego, Konstancji, Leopolda

Pamiętnik dzielnego alikowca. Jak dawniej kupowało się meble? Stało się w kolejce... [HISTORIA]

2018-03-10 18:30:43 (ost. akt: 2018-03-10 17:09:01)
Sklep meblowy znajdował się przy skrzyżowaniu Dworcowej z Towarową. A przed sklepem znajdowała się społeczna kolejkowa grupa...

Sklep meblowy znajdował się przy skrzyżowaniu Dworcowej z Towarową. A przed sklepem znajdowała się społeczna kolejkowa grupa...

Autor zdjęcia: Zbigniew Woźniak

To wspomnienie dotyczy siermiężnych lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, a w szczególności sposobu zakupu w tamtym czasie... mebli. Łatwo wtedy nie było. To może być również dobra lekcja dla współczesnych malkontentów...

14 grudnia 1984 (piątek)
Z bijącym mocno sercem odnalazłem swoje nazwisko na spółdzielczej liście przydziału mieszkań. Po blisko 13 latach oczekiwania będzie wymarzone M-4!

18 grudnia (wtorek)
Żona mówi, że teraz dopiero zaczną się kłopoty: firanki. zasłony, meble... Nic w sklepach nie ma, a jak się już cokolwiek pokaże, to kosztuje krocie. Teraz w naszym M-2 mamy tylko szafę, wersalkę, mały regalik ze stołem, kilka krzeseł.

20 grudnia (czwartek)
Przechodzę koło sklepu meblowego, jednego z dwóch w naszym „mieście wojewódzkim średniej wielkości”. Zaglądam do środka. Na długiej obudowie grzejnika centralnego ogrzewania siedzi kilkadziesiąt osób. Nieśmiało podchodzę po pierwszej z brzegu kobiety o wypłowiałych oczach i zmęczonej twarzy.

— Za czym stoi ta kolejka — pytam.
— Panie... za wszystkim. A co pana interesuje?
— No, jakieś meble...
— Ale jakie?
— Różne.
— Tu każda grupa stoi za innymi...
— A pani za jakimi?
— Ja to już od lipca czekam za Alikiem.
— Alikiem? Co to jest ten Alik?
— To taki segment młodzieżowy. Stoi o tam, w kącie.

„Zestaw młodzieżowy Alik. Cena 42 800 zł.”
— Niezły — myślę sobie. — Z tapczanikiem i dwoma fotelikami, w sam raz dla dorastającej córki. Wracam do mojej informatorki.
— Fajny ten Alik. Gdzie można się na niego zapisać?
Bez słowa wskazuje mi dłonią na sąsiadkę po swojej lewej stronie. Ta wyciąga szary, gruby brulion i wpisuje moje nazwisko. Jestem numerem 87!
— W każdy piątek o 17 sprawdzamy obecność — informuje sucho. — Trzy nieobecności, skreślamy z listy. Obowiązuje co najmniej piętnaście dwugodzinnych nocnych dyżurów.


21 grudnia (piątek)
Za dziesięć piąta jestem pod sklepem. Przejmujące zimno. Kilka osób chodzi nerwowo tam i z powrotem. Po kilku minutach młody brodaty mężczyzna wyjmuje znajomy mi szary brulion i wyciąga z niego małe karteczki.

— No, to zaczynamy. Kto bierze poniedziałek?
Z coraz liczniejszej grupy padają nazwiska. Brodacz zapisuje coś na karteczkach i wręcza je niektórym osobom. Powtarza to samo z wtorkiem, środą, czwartkiem i piątkiem, po czym sprawdza obecność. Czekam cierpliwie na swoje nazwisko. Jest. Dochodzi wpół do szóstej. Opuszczam przedsklepowy chodnik.

28 grudnia (piątek)
— Ile poszło? — pyta kobieta z mocno wytartym lisim kołnierzem.
— Trzy poszły do kolejki, dwa na MM i jeden na decyzję — odpowiada młody brodaty. Tym razem sprawniej niż tydzień temu rozdziela dyżury. Przy moim nazwisku stawia kropkę.

4 stycznia 1985 (piątek)
Znów jestem przed sklepem. Minus 21 stopni Celsjusza zmusza mnie do przeczekania kilku minut brakujących do 17 wewnątrz sklepu. Po chwili, widząc na zewnątrz powiększającą się szybko gromadę alikowców, wychodzę. Zziębnięty do szpiku kości czekam tylko na odczytanie mojego nazwiska i szybko wracam do domu.

11 stycznia (piątek)
Całkowicie zapomniałem o dzisiejszym zebraniu alikowców. Będą miał pierwszy minus!

18 stycznia (piątek)
Młody brodaty pewnie już kupił, bo ktoś przejął kolejkową władzę. Jest nią teraz moja znajoma informatorka z pierwszego spotkania. Zerkam w zeszyt. Awans! Przesunąłem się na 69. pozycję. Dostrzegam sporo skreśleń. Przy moim nazwisku jeden minus.

25 stycznia (piątek)
Kolejna kropka przy moim nazwisku. Najmniej chętnych jest na godziny między 4 a 6. Zastanawiam się, jak ludzie wytrzymują na chodniku przed sklepem w tak siarczystym mrozie. Ostatniej nocy było minus 31 stopni! Informatorka prosi o branie nocnych dyżurów przez osoby z dalszymi numerami. Chętnych brak.

1 lutego (piątek)
Znów zupełnie wyleciało mi z głowy sprawdzenie listy obecności alikowców. Teraz muszę się bardzo pilnować, bo jeszcze jedna nieobecność i wylatuję z kolejki. Ustawiam córkę na bezwzględne przypominanie mi o piątkowych obowiązkach.

8 lutego (piątek)
Biorę pierwszy dyżur. Czwartek od 8 do 10. Niezły termin, ale trzeba się będzie urwać z pracy. Awans! Przysunąłem się sporo do przodu. Jestem 52.
Tylko te dwa minusy...

14 lutego (czwartek)
Lojalnie zgłaszam swemu kierownikowi opuszczenie stanowiska pracy. Wywalam mu szczerze przyczynę. Rozumie. Jednak po jego minie sądzę, że nie jest tym jakoś szczególnie zachwycony.

Idę przed sklep. Mróz nie do wytrzymania. Przejmuję kartkę od poprzednika. Zadowolony, sztywny z zimna, wraca do pracy. Po dziesięciu minutach warowania przed szybą wystawową „SALONU MEBLOWEGO” jestem jak sopel. Chodzę, tupię, biegam. Niewiele pomaga. Minuty wloką się niemiłosiernie wolno. Chyba nie dam rady do 10. Jakoś dotrwałem. Pośpiesznie wchodzę do środka. Niewiele pomaga. W pracy wypijam trzy szklanki gorącej herbaty. Jedna po drugiej.

15 lutego (piątek)
Dumny jak paw oddaję kartkę z wczorajszego dyżuru. Migam się od wzięcia kolejnego (może minie ten cholerny mróz?). Jestem już 49. Główna w tym zasługa potrójnych nieobecności moich kilku poprzedników. Sprzedaż idzie kiepsko.

22 lutego (piątek)
Kicham i kaszlę od kilku dni. Znów zmiana prowadzącej zeszyt. Teraz starsza siwa pani przejmuje pałeczkę. Tak na oko wydaje mi się, że będzie w tej roli za miękka. Biorę (jednak) dyżur. Wtorek, 8-10. Nieźle. Przedwczoraj sprzedano cztery Ali. Dwa poszły niestety spoza kolejki (system jednak mało szczelny!?).
— Bo trzeba stać w sklepie od 10 aż do skutku — rzuca ponuro postawny mężczyzna w berecie. — Inaczej na diabła ta cała impreza. Pierwsza „ósemka” musi czatować w sklepie non stop! — dodaje.
Ładna perspektywa, myślę sobie.

26 lutego (wtorek)
Chyba szczyt mrozu! Urywam się z roboty i o 8 zajeżdżam maluchem pod meblowy. Pusto. Moje pojawienie się wyciąga natychmiast z klatki schodowej trzy starsze kobiety o niewyspanych oczach oraz młodego bruneta z plastrem nad prawym okiem. Chodzą wokół mnie, patrząc podejrzliwie. Ten z plastrem zdobywa się na odwagę:
— Jeżeli za Stylem, to jest pan jedenasty.
— Nie, za Alikiem.
— Dyżur?
— Tak, dyżur.
Stojąca obok kobieta w lichym szarym płaszczu dodaje: — Za Alikiem stoi już chyba z osiem osób.
— Z kolejki? — pytam trwożliwie.
— Panie, ta wasza kolejka się rozsypała...
— No właśnie chyba tak, bo nie ma przede mną dyżuranta.
— Ja nikogo z Alików dzisiaj nie widziałam, a stoję od 3. Była tu taka jedna, ale zakręciła się i poszła.
— Chodźcie na schody — burknął zaplastrowany, pociągając za sobą kobiety. Idę za nim. Pełen niepewności jakoś doczekałem w brudnej klatce schodowej końca swego dyżuru.


1 marca (piątek)
Melduję się przed sklepem. Listy nie ma. Po kilkunastu minutach zjawia się siwa pani i słabym głosem, ale z iskierkami w oczach, informuje: — Nie ma już Alika, więc teraz ktoś inny powinien przejąć prowadzenie listy. Chętnych brak. W końcu stojąca obok mnie tęga szatynka podejmuje się tego obowiązku. Otwiera zeszyt. Zerkam jej przez ramię. Widzę przy swoim nazwisku 47. Obok dwa minusy.
— Proszę mi wpisać dwa dyżury — domagam się.
Solidnie zmarznięty nie czekam na dalszy rozwój kolejkowych wydarzeń.

8 marca (piątek)
Ze świadomością, że ta nasza społeczna kolejkowa grupa nie jest najlepiej zorganizowana, udaję się na piątkowe spotkanie „miłośników Alika”. Moje obawy potwierdzają się. Nie ma tęgiej z zeszytem. Nieliczni dotrwali do szóstej. Dobija ich wieść, że były dzisiaj Aliki i wszystkie wyszły poza kolejkę!
— Jaki to ma sens? — pyta podniesionym głosem młoda kobieta, szarpiąca za rękę piskliwą trzylatkę. Postawny mężczyzna w berecie proponuje spotkanie w poniedziałek.

11 marca (poniedziałek)

Przed sklepem zjawia się kilkanaście osób. Człowiek w berecie podniesionym głosem mówi: — Nie ma co, robimy nową listę. Ale teraz trzeba stać na okrągło od 18 do 10. I — co najważniejsze — pierwsza „dziesiątka” waruje w sklepie od otwarcia do zamknięcia. Kto przyjmuje te warunki, niech się zapisuje. No, pisz pani... Drobna niebrzydka kobiecinka w granatowym płaszczu wyciąga z żółtej torebki biały kawałek papieru. Padają nazwiska. Bez przekonania podaję też i swoje. Jestem na ósmej pozycji.
— Spotykamy się codziennie o wpół do szóstej — informuje „asystentka szefa”.
Wyznaczają mi dzisiaj dyżur od 24 do 2.

12 marca (wtorek)
Przed północą wychodzę z domu. Podjeżdżam przed sklep. „Szef”, jak zwykle w berecie, przekazuje mi dyżur, podając karteczkę z nazwiskami i godzinami. Kilkadziesiąt minut chodzę przed sklepem — tam i z powrotem. Coraz intensywniej czuję jak mróz wdziera się do ciała. Nie wytrzymuję i wchodzę do malucha. Niewiele pomaga. Resztkami silnej woli kończę dyżur. Jest wreszcie zmiennik! Zasypiam o 3. O 6 wstaję do pracy. W robocie jestem do niczego. O 17.30 ponownie przed sklep. Niestety, dzisiaj znów nie było Alików.

13 marca (środa)
Szykuje się kolejny mroźny dyżur. Pomny wczorajszej nocy zakładam dwa swetry, kalesony, dres, a na to wszystko wciskam... narciarski ocieplacz. Zmarzłem dużo mniej. Wracam do pracy w lepszej formie. Popołudniowe spotkanie kolejkowiczów jest budujące. Przywieźli dziś do meblowego siedem sztuk! Trzy poszły poza kolejkę. Awansuję na piątą pozycję. Hura! Pierwsza jest „asystentka”, drugi przystojny brunet (ajent sklepowy), a trzeci „szef”. Dyżur: 20-22.


14 marca (czwartek)
— Długo już pani czeka? — pytam „asystentkę”.
— Od sierpnia — odpowiada cicho i dodaje: — Już jeden urlop wykorzystałam w ubiegłym miesiącu. Teraz mam chore dzieci. Dobrze, że przyjeżdża teściowa.
„Szef” sprawdza obecność i zamaszyście, z rysującym się na twarzy zadowoleniem, skreśla nazwiska, przy których ukazuje się trzecia kreska. Dyżur mam od 12 do 14. Chwalę sobie pomysł z ocieplaczem. W pracy jestem cienki. Od czterech dni żona, którą wciągnąłem do akcji, stoi w sklepie od 10. Przeszła na jakiś czas na nocne dyżury w szpitalu. Wyręczam ją codziennie po pracy.

15 marca (piątek)
Dzisiaj może nastąpić konfrontacja z kolejkowiczami, którzy o naszym poniedziałkowym spotkaniu nic nie wiedzieli.
— Jakoś nie za dużo dziś ludzi spoza naszej kolejki — mówię cicho do „szefa”, rozglądając się wokół.
— To jest, panie, tak, jak mówiłem, że ta cała reszta to ma w dupie stanie!
Jednak grupa oczekujących szybko powiększa się do kilkudziesięciu osób.
— Gdzie jest lista? — pyta krzykliwie młoda jaskrawo wymalowana blondynka.
— Jaka lista? — ripostuje pytaniem „szef”.
— Jak to jaka? Nasza lista kolejkowa — odpowiada coraz bardziej zdenerwowana „jaskrawa”.
— Nie ma żadnej waszej listy, bo kolejka się rozsypała. Nikt nie chciał brać dyżurów i stać na trupa w sklepie.
— Jak to się rozsypała?! — nie daje za wygraną blondynka. — Te moje trzynaście dyżurów to ma być nic?!
Żal mi się nawet tej „jaskrawej” zrobiło, ale muszę twardo być solidarny. Odwracam głowę i widzę, że ktoś z tyłu podaje ponad głowami stojących szary zeszyt.
— O, jest nasza lista obecności! — z nadzieją w głosie krzyczy „jaskrawa”.
— To weź ją sobie, pani, i rób, co chcesz — odpowiada „szef”, przeciskając się przez oblegający go tłum.
Zeszyt ląduje w końcu na stoliku przy oknie. „Szef” wraca po chwili i całkiem spokojnie informuje, że kto chce, może się dopisywać na nowej liście. Zgłasza się kilkanaście osób. „Jaskrawa”, a wraz z nią wiele osób, w milczeniu opuszczają sklep. Dziś noc bez dyżurów. Przed nami wolna sobota i niedziela. Wreszcie się wyśpię!

18 marca (poniedziałek)
Zrywam się o wpół do czwartej. Mróz. Ale już nie minus 30. Chowam się w znajomej klatce schodowej budynku vis-à-vis sklepu. Równo o 6 zmienia mnie młody zaopatrzeniowiec jednej z firm budowlanych. Wracam do domu. Śniadanie i do roboty. Urywam się o 10 i melduję się w meblowym. Żona musiała dziś pracować na rannej zmianie. Około 13 zmienia mnie. Alików nie było. Wracam do pracy. Kierownik patrzy na mnie krzywo.


19 marca (wtorek)
Dyżur: 24-2. Na kamiennych schodach, tuż obok wystawy naszego meblowego siedzi młody człowiek. Na nogach adidasy, na nim cienka kurtka ortalionowa koloru włoskiego nieba.
— Za Alikiem? — pyta.
— Tak, a pan?
— Ja za Stylem, ale zapisałem się też na Alika. Dostałem niedawno M-5, więc muszę to wszystko jakoś umeblować. Czworo dzieci, sam pan wie.
— Od której pan stoi?
— Od dwóch godzin, ale będę stał na okrągło. Mieszkam daleko stąd i zupełnie nie pasują mi pociągi. Zaliczę więc za jednym zamachem sześć, siedem dyżurów.
— A który pan jest?
— Za Stylem ósmy. Za Alikiem szósty, może siódmy.
— Aha, to tuż za mną. Ja jestem teraz piąty za Alikiem.
Gdy o 2 w nocy opuszczam stanowisko, mój nocny towarzysz kładzie się na zimnym chodniku twarzą do szyby wystawowej.

20 marca (środa)
Bez zmian.

21 marca (czwartek)
Ciężki dyżur. Najgorsza pora: 2-4 w nocy. Zimno. Klatka schodowa. Co chwila otrząsam się z letargu i sunę przez ulicę przed sklep. Słowo „wiosna” (właśnie się zaczęła) jest w tej sytuacji absolutną parodią. Żona urywa się od stołu operacyjnego i o wpół do dziesiątej melduje się w „salonie” meblowym. Kolejne sześć godzin bezproduktywnej udręki!


22 marca (piątek)
Dyżur (22-24) odstałem i odsiedziałem (na przemian) przed sklepem i w maluchu. Mam kompletnie dość tego obłąkańczego stania bez jakiejkolwiek informacji. Postanowiłem więc działać. Dzwonię do zakładu meblowego w G., mieście, gdzie robią ten przedmiot naszych marzeń i złorzeczeń. Kierownik działu zbytu mówi, że nie udziela żadnych informacji. Twierdzi, że może to robić jedynie kierownik zakładu. Wyciskam z niego tylko tyle, że o tym, czy będą w naszym sklepie Aliki i ile, decyduje jego dyrekcja. Wykręcam następny numer. Kobiecy głos informuje, że limit kwartalny sklep już wyczerpał, i że Aliki mogą być najwcześniej pod koniec miesiąca.

— To przez najbliższy tydzień nie będzie ani jednej sztuki? — pytam.
— Raczej nie będzie.
— Co znaczy „raczej”? Czy może mnie pani zapewnić, że na pewno nie będzie? Po co mamy się zabijać przed sklepem...
— Takich zapewnień dać nie mogę, ale przez najbliższy tydzień stać nie ma sensu.
Nie minęły dwie godziny i dzwoni do mnie do pracy żona z informacją, że są wreszcie Aliki i to zielone. Nie mogę doczekać się końca pracy. Tuż po 15 walę przed sklep. Mina żony wyjaśnia wszystko. Okazało się, że jakiś wesołek puścił plotę! Informuję kolejkowiczów o moich telefonicznych rozmowach. Proponuję zrobić tygodniową przerwę. „Szef” i... moja żona protestują. Tłumaczą, że za mało stoję w dzień w sklepie, więc nie znam tutejszych zwyczajów. Meble mogą tu przyjechać w każdej chwili. Wystarczy jeden telefon kierownika sklepu.


— Dzisiaj stała tu taka jedna od 5 za Górowem. To taki segment młodzieżowy, ale szczuplejszy od Alika — tłumaczy „szef”. — I co? Przyszło pięć sztuk. Dostała. To co, może sama miała takie wyczucie!?
Moja propozycja nie znalazła poklasku. Trudno. Przed nami dwa wolne dni.

24 marca (poniedziałek)
Ja dyżur 22-24, żona 7 godzin w sklepie.

25 marca (wtorek)
Przed sklepem 2-4 w nocy, w sklepie 10-17.30.

26 marca (środa)
Jadę maluchem przed sklep. Tuż przed 7 urywam się, by podpisać w robocie listę obecności (?). Wracam. Żona przemieszkała kolejny prawie cały dzień w meblowym. Proponuję włączyć do dyżurów nocnych drugą „dziesiątkę” oczekujących. Propozycję przyjęto. W domu żona jest jak betka. Nie ma na nic ani siły, ani ochoty. Ja też gonię już resztkami sił. Domowa atmosfera coraz cięższa.

27 marca (środa)
Mała przerwa w dyżurach nocnych. Przypada mi teraz co druga lub trzecia noc. „Szef” informuje mnie, że właśnie kończy mu się miesięczny urlop wypoczynkowy. Nie wie, co ma dalej robić. Żona zalicza uparcie kolejne kolejkogodziny.

28, 29, 30 marca (czwartek, piątek, sobota)
Sytuacja się nie zmienia. Jesteśmy u kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej...


31 marca (niedziela... handlowa)
Nocny dyżur kończę o... 10. Otwierają meblowy. Alików brak. Czekamy cierpliwie do południa. Dociera do nas cynk, że dzisiaj transport nie pracuje. Spora część kolejkowiczów opuszcza stanowiska. Ja dotrwałem do 13.

1 kwietnia (poniedziałek)
Żona nie może dzisiaj dyżurować w sklepie, ma ważną operację. Urywam się z pracy. Czekamy (na co?). Najbardziej pożałowania godna jest ta w ciąży. Przychodzi już piąty tydzień dzień w dzień, z czteroletnią córeczką i rocznym niemowlakiem w wózku. I tak na okrągło od 10 do 17. Około 11 kolejką wstrząsa wieść, że przywieziono... jedenaście Alików, ale znów do sklepu na ulicę G. Krew nas zalewa. Postanawiam coś w tej sprawie zrobić, bo to nasze beznadziejne i obłędne oczekiwanie jest już całkowicie nie do zniesienia.

2 kwietna (wtorek)
Dyżur nocny od 2 do 4. Żona w sklepie. Promienie słoneczne padające na oszkloną ścianę sklepu oraz grzejące stale kaloryfery sprawiają, że przebywanie w nim staje się bardzo uciążliwe. Około 14 mdleje ciężarna... Jadę do sekretarza ekonomicznego Komitetu Miejskiego partii. O dziwo dopuszczają mnie do niego. Przedstawiam problemy i udręki kolejkowiczów stojących za Alikami. Dzwoni do dyrektora WPHW. — Wiecie, są rozdzielniki, jest limit. Jak coś będzie nie tak, to proszę się ze mną kontaktować — przekazuje mi na odchodne.

Wracam do sklepu. Zmieniam żonę w południe. Nagle ktoś krzyczy: — Przywieziono niedawno do sklepu przy ulicy G. 14 Alików!!! Niemożliwe. Skandal. To chyba żaden przypadek... Czyżby moja rozmowa w Komitecie przyniosła odwrotny od zamierzonego skutek? Dopominają się i skarżą, to damy tam, gdzie nie ma tak agresywnej kolejki. Młody zaopatrzeniowiec unosi ręce do góry w geście poddania i opuszcza sklep, wykrzykując: — Tyle, k…, ważnych spraw zawaliłem w pracy! Był przede mną, więc awansuję. Jestem już czwarty.

3 kwietnia (środa)
Jedna z oczekujących zadzwoniła (po znajomości, koleżanka szkolna) do dyrektora WPHW. Miał powiedzieć: — Nie dajemy na ten wasz sklep, bo jest tam zorganizowana kolejka i nikt z boku się nie wślizgnie.
Aha! Jednak o to chodzi.


4 kwietnia (czwartek)
Doszedł nowy problem. Rozpoczęły się ferie świąteczne.
Co robić z naszą pierwszoklasistką? Żona bierze małą i wspólnie kolejkują. Zmieniam je o 13. Do pracy już nie wracam. Obłęd trwa. Szkoda mi tylko tych miesięcy przestanych i dyżurowanych. Cały ten cyrk przypomina wojnę pozycyjną: oni nieugięci, ale my nie mniej od nich. Tylko na jak długo jeszcze starczy nam tej determinacji? Od tygodnia numer 2 nie dyżuruje w sklepie. Czyżby kolejne poddanie się? Kobiety złorzeczą, że nawet gdyby teraz przyszedł, to go do kolejki nie wpuszczą.

5 kwietnia (piątek)
Żona z córką za szybą w mocno rozgrzanym sklepie. Ja kolejny raz urywam się z roboty. Dochodząc do sklepu, dostrzegam zatroskane miny kolejkowej szpicy.
— To co, są wreszcie? — pytam przekornie.
— A są — odpowiada ponuro „szef”.
— Co, są? Ile? — pytam z niedowierzaniem.
— Siedem.
— No, nareszcie!
— Nie ciesz się pan. My z tego dostaniemy... gówno!
— Dlaczego?
— Dlatego, że kierownik sklepu dostał pismo z „Gazety”, że cztery mają iść do nich na loterię. Pozostałe trzy na MM i... dupa zimna.
— Pewne to?
— ...
— Chodźmy do kierownika. Trzeba się upewnić.
Biorę „szefa” i ciężarną do kierownika. Jest zastępca.
— Mam tu decyzję na piśmie i nikt jej nie może zmienić — rzuca na odczepnego, wymachując mi przed nosem kartką maszynopisu. — Dwa idą do kolejki, dwa do „Gazety”, a trzy na MM.

Jednak tylko dwa, a nie cztery do „Gazety”. Patrzę na „szefa” i widzę jak po niezdjętym jeszcze do końca grymasie oburzenia zaczyna pojawiać się radość. Mnie trzęsie złość.

Biorę numer 5 (bez numeru 2, jestem nr 4), ciężarną (nr 6, bez nr 2 — nr 5) oraz córkę i udaję się do naczelnego „Gazety”. Po blisko godzinnej wymianie poglądów wychodzimy z... niczym. Dochodzi 15. Za kilkanaście minut „normalni” ludzie rozpoczną świąteczny weekend. Na twarzy żony maluje się irytacja zmieszana z rozpaczą.


— Nie będę miała sił na kolejny miesiąc stania — mówi cicho płaczliwym głosem.
— Jedziemy do wojewody i niech pani pojedzie ze mną — proszę ciężarną.
Kiwa aprobująco głową.
Wchodzimy do sekretariatu wicewojewody.
— Zastaliśmy wojewodę? — pytam smukłą blondynkę.
— Jest na posiedzeniu, a o co chodzi?
— To może jest dyrektor Wydziału Handlu?
— Pokój 169.

Idziemy. To nasza ostatnia nadzieja. Jest kilka minut po 15. Ku naszemu zdziwieniu zastajemy dyrektora. Wskazuje na krzesła. Siadamy. Wysłuchuje spokojnie, od początku do końca. Monolog zaczyna standardowo: wskaźniki, wytyczne, kryzys, produkcja... Kończy informacją, że nasza organizacja kolejkowa jest nieformalna i nie może być oficjalnie honorowana.

— Jest z konieczności, ponieważ zaszła tak potrzeba — przerywam mu. — Jest sprawą oczywistą, że nie jest to żadne racjonalne rozwiązanie. Ale skoro handel nie może (nie chce) tego przejąć na siebie, to potencjalni klienci z konieczności organizują się sami. To chyba i tak lepsze rozwiązanie niż codzienne szturmowanie sklepu na zasadzie kto silniejszy ten lepszy, czyli Felek, nie daj się! A tak, skoro handel ma to w nosie, my robimy to sami. Przecież jedna osoba ze sklepu mogłaby sama prowadzić taki zeszyt. Nie byłoby wtedy wielotygodniowych, całodobowych dyżurów. Ale takie rozwiązanie pewnie wymaga decyzji premiera, rządu, Sejmu...
Zdenerwowany i zrezygnowany wstaję z krzesła. To samo robią moi współtowarzysze.

— Panie dyrektorze, mam ostatnią prośbę — rzucam z desperacją w głosie. — Może mógłby pan spowodować choć jedno. Chodzi o zmianę decyzji dyrektora WPHW odnośnie sprzedaży Alików do „Gazety”. „Gazeta” to nie żywy człowiek, może trochę poczekać. My nie mamy już sił, zdrowia i cierpliwości!
Poparzył na nas. Chwycił słuchawkę.


— Cześć, Zenek. Mam tu grupę rozżalonych ludzi sprzed sklepu meblowego. Mają pretensję o przekazanie Alików z puli sklepowej na loterię do „Gazety”. Może zmienisz tę decyzję i przekażesz je w kolejkę? Tak, tak. Dobrze, dziękuję.
Spojrzałem na ciężarną, jest bliska płaczu. Mnie rozsadza z trudem ukrywana radość. Wracamy przed sklep. Żona zmęczonym głosem i bez cienia nadziei pyta:

— I co?
— I nic — odpowiadam tym samym tonem. — Mamy Alika!!!
— Co...., co....., co?
— Poczekajmy na razie spokojnie. Jeżeli nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, to może być nasz.
Po dziesięciu minutach zastępca kierownika sklepu podchodzi do zielonej tablicy informacyjnej. Patrzę z niepokojem na jego rękę z kredą. Z bijącym jak młot sercem czytam: Zestaw segmentowy Alik. Sztuk... (z emocji prawie nic nie widzę) 4.
Gestem Kozakiewicza kwituję swoją radość.
— To najpiękniejsza czwórka, jaką w życiu widziałem! — rzucam w tłumek oczekujących.
Trzy osoby wybuchają radosnym śmiechem. Reszta milczy. Ciężarna płacze.

Lech Janka
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (32) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. dajcie #2461071 | 91.233.*.* 13 mar 2018 08:20

    dajcie ludziom takie pobory jakie dawali wtedy to i teraz wszystko ze sklepów zniknie i będą kolejki. Wtedy tamta władza dawała bez tołku a ludziom ciągle było mało i strajkowali a władza dawała podwyżki i drukowała banknoty. tego żadna gospodarka nie wytrzyma. Tylko ze organizatorzy tamtych protestów sami ludzi do takich rządań zachęcali .durny narodek uwazał ze zmieni władze , robić bęzie tak samo jak za tzw"komuny" a "zachód da" wszystkiego będzie i dolary poleca z nieba. kiedy dokonano zmiany Co co ją objęli szybciutko zapomnieli co do ludzi mówili p[rzedtem a nłozyli reguły twardej gospodarki rynkowej. gdyby pozowlono to zrobić tamtej władzy - ale jakiekolwiek próby wprowadzenia zasad zdrowej ekonomii kończyły się protestami (gdańsk

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Ted #2460087 | 31.135.*.* 12 mar 2018 11:21

    Bylem kierowca wozilem ruzne towary niedzy innymi meble ,jeszcze nie dowiozlem do sklepu a byly juz sprzedane ,bylem teoche zdziwiony bo chcialem kupic jeden segment.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. allensteiner #2459798 | 88.156.*.* 11 mar 2018 22:13

    Redaktorciu złoty, przed napisaniem tekstu na temat skrzyżowania Dworcowej z Towarową proponuję się udać tam osobiście, albo choć zobaczyć w Goooogle o czym pan pisze.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. Mir #2459008 | 81.190.*.* 11 mar 2018 11:40

    Kim jest ten uciemierzony właściwe malucha w 80 latach

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

    1. Miro #2458986 | 81.190.*.* 11 mar 2018 11:30

      Mu ojciec był murarzem dekarz w latach 30za okupaci oral konia u Niemca w Grudziądz dostaliśmy mieszkanie w bloku 3 pokoje ojciec chciał się budować ale się przestraszylale s, afki w kuchni zrobił sam i nie staliśmy w kolejkach

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      Pokaż wszystkie komentarze (32)