Czwartek, 20 września 2018. Imieniny Eustachego, Faustyny, Renaty

Głowy to mają nie od parady, choć czasem zapominają, jak się nazywają

2017-11-24 17:21:55 (ost. akt: 2017-11-24 18:52:20)
Pieńkowski

Pieńkowski

Autor zdjęcia: archiwum prywatne



Dla nich nie ma trudnych pytań, tak przynajmniej wydawałoby się patrząc na uczestników telewizyjnych teleturniejów. To nierzadko chodzące encyklopedie, a przy tym jacy z nich spokojni ludzie, choć przecież stawką są wielkie pieniądze, które można wygrać.

Przez lata jedynym telewizyjnym teleturniejem, w którym trzeba było wykazać się szeroką wiedzą była „Wielka Gra”. Jej wygranie to była wielka nobilitacja, a co dopiero wygranie kilku. Dokonał tego choćby Wojciech Goljat z Olsztyna. Inżynier z wykształcenia, historyk z zamiłowania. Kiedy był dzieckiem, przepowiadano mu, że kiedyś wygra „Wielka Grę”, tylko nikt nie przewidywał, że aż siedem razy. 


Po raz pierwszy pan Wojciech spróbował sił w tym teleturnieju w 1985 roku. Wziął udział w 25 eliminacjach, a siedem razy wygrał program. Jego ulubioną dziedziną była historia, choć raz zdarzył mu się epizod z geografii. Ostatni raz wygrał „Wielką Grę” w 2004 roku, a tematem było Księstwo Warszawskie
.

— Nagranie odbyło się 19 kwietnia 2004, a więc w 195 rocznicę bitwy pod Raszynem — sięga do historii Goljat. — Na pewno wygranie takiej gry wymagało solidnego przygotowania się, koncentracji i niewątpliwie szczęścia.


Dlaczego tyle razy startował w „Wielkiej Grze”? 
— Bo człowiek kocha sukces — uśmiecha się pan Wojciech. — Człowiek potrzebuje się dowartościować, każdy z nas ma taką potrzebę błyśnięcia.

Oczywiście nie bez znaczenia są także pieniądze, które można było wygrać.
— Moja pierwsza nagroda to było 100 tys. zł, które wygrałem grudniu 1987 roku. Kupiłem za to lodówkę. Ostatnia wygrana to było już w 2004 roku: 40 tys. zł minus 10 proc. podatku. Też niemałe pieniądze — uważa Goljat.

Miłośnicy „Wielkiej Gry” nie mogli uwierzyć, kiedy dowiedzieli się, że po 44 latach TVP zdecydowała się na zakończenie emisji ich ukochanego teleturnieju. Stanisława Ryster, która prowadziła program od 1976 roku aż do zdjęcia go z ramówki w 2006 roku, dowiedziała się o tym z prasy.

To był program retro, ale przecież w dobrym stylu. Miał rzeszę fanów. Dlaczego spadł? Okazało się, że zadecydowały słupki oglądalności. 


— Jednak jak się przesuwa emisję na sobotę rano, to kto w tym czasie ogląda telewizję? — pyta retorycznie Wojciech Goljat. — Ludzie mają wtedy inne sprawy. 

Ponoć teleturniej nie podobał się ludziom młodym. 
Jednak na wieść, że „Wielka Gra ” spada z ramówki, podniosła się wrzawa. Miłośnicy teleturnieju zasypywali telewizję listami, pisali też do posłów. Powołali nawet Stowarzyszenie Sympatyków Teleturnieju Wielka Gra, którego prezesem został właśnie Wojciech Goljat. Wprawdzie nie uratowali „Wielkiej Gry”, ale kto wie, może ten ferment ocalił inny teleturniej.
— „Jeden z dziesięciu”, bo też były zakusy na zdjęcie tego teleturnieju — mówi Wojciech Goljat.

Były senator Paweł Abramski z Olsztyna też chciał zmierzyć się w „Wielkiej Grze”.
Nawet w 1989 roku dostał się do finału z tematu czyn zbrojny w II wojnie światowej. Jednak nie dane było mu wystąpić w nim, bo dostał telegram, że ekspert zachorował i trzeba będzie przełożyć nagranie.


— Ale wciąż czekam zaproszenie do gry — żartuje Paweł Abramski — Choć pewnie to już nigdy nie nadejdzie. Gra w „Wielkiej Grze” wymagała wszechstronnej wiedzy o danym temacie. A likwidacja programu była wielkim błędem.


Jednak senator z Olsztyna przetarł szlaki politykom do telewizyjnych teleturniejów. Był pierwszym parlamentarzystą, który wziął udział w takim turnieju. 16 lat temu, jako ówczesny senator, wygrał 64 tys. zł w teleturnieju „Milionerzy”.

Co podkusiło polityka, żeby wziąć udział w takim telewizyjnym programie?
— Człowiek ma zawsze ochotę sprawdzić się — podkreśla Paweł Abramski. — Cały czas sprawdzam, jak daleko poziom sklerozy się u mnie posunął, bo teraz też czekam na zaproszenie do kilku programów — dodaje.

Czy kiedy był senatorem, nie obawiał się blamażu, bo byłoby chyba głupio, gdyby tak senator RP wyłożył się na pierwszym, banalnym pytaniu?

— Oczywiście! To wiązało się z wielkim ryzykiem. Pani marszałek Senatu powiedziała tylko, żebym grał ostrożnie, inaczej mówiąc, żebym nie dał ciała, nie skompromitował się — wspomina Abramski.


Paweł Abramski ma na swoim koncie wygranie kilku teleturniejów. — „Koła fortuny”, „Najsłabszego ogniwa ” czy odcinka „Jednego z dziesięciu ” — wylicza były senator.

Prowadzony przez Tadeusza Sznuka program to naprawdę dziś jedyny program, który ceni większość graczy, cieszy się ich uznaniem. Trudny, wymaga encyklopedycznej wiedzy, refleksu, bo człowiek ma tylko trzy sekundy na odpowiedź.
 
— Tylko i wyłącznie „Jeden z dziesięciu”, pozostałe teleturnieje to już bardziej show — uważa Wojciech Goljat.

Waldemar Pieńkowski z Ełku dobrze zna smak gry w teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Startował cztery razy, a dwa razy wygrał wielki finał. Ostatnio w październiku. I to z jednym z najlepszych wyników w historii, bo łącznie zdobył 604 punkty. Choć program jest nagrywany wcześniej, a odbywa się to w Lublinie, to do dnia emisji nie zdradził nawet żonie, jak mu tym razem poszło w finale.

— Nie mogłem — tłumaczy. — Żona nie potrafić kłamać i jakby ktoś ją o to zapytał, to od razu powiedziałaby i cały Ełk już wiedziałby. A każdy z uczestników zobowiązuje się do zachowania tajemnicy do emisji nagrania. Zresztą pozbawiłbym widzów niespodzianki, emocji. 


Pieńkowski po raz pierwszy wziął udział w „Jednym z dziesięciu” w połowie lat 90-tych. — Oglądałem „Jednego z dziesięciu,” znałem odpowiedzi na wiele pytań, to pomyślałem, dlaczego nie spróbować —wspomina. — Przeszedłem eliminacje, ale odpadłem już w pierwszym etapie.

Być może dałby sobie spokój z teleturniejem, gdyby nie młodszy syn Miłosz. Chłopak, mając dopiero 19 lat dostał się do wielkiego finału. — Nie mogłem być gorszy — żartuje Waldemar Pieńkowski. — I znowu wystartowałem, wprawdzie poszło mi lepiej niż za pierwszym razem, bo dostałem się do drugiego etapu, ale nie wygrałem odcinka.

Mówią, że do trzech trzy sztuka i wreszcie za trzecim podejściem w 2013 roku Pieńkowski wygrał wielki finał. Zainkasował w sumie 50 tys. zł brutto. Kupił sobie auto.

A gra w „Jednym z dziesięciu” to już w rodzinie Pieńkowskich tradycja. W teleturnieju brali już udział dwaj synowie pana Waldemara (Miłosz był dwa razy w wielkim finale), a starszy Jakub, jak też żona Małgorzata znaleźli się w finale odcinka.

Kto z mieszkańców Warmii i Mazur widział październikowy finał, w którym zwyciężył pan Waldemar, bez wątpienia miał powody do zadowolenia, mógł być dumny z tego, że to nasz krajan. Nie było pytania, na które Pieńkowski nie znał odpowiedzi. 
Geniusz.

— Dużo czytam, dużo oglądam, ale nikt nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania, nie ma takiego człowieka na świecie — mówi pan Waldemar. — Tu oprócz wiedzy liczy się też szczęście. Jest równie potrzebna jak przeczytane książki, obejrzane filmy czy rozwiązane krzyżówki. Trzeba mieć trochę szczęścia, żeby te pytania, na które nie zna się odpowiedzi, nie przyszły zbyt wcześnie — żartuje Pieńkowski.
Jednak siedząc na kanapie przed telewizorem każdy z nas to Einstein. Człowiek ma wrażenie, że zna odpowiedzi na większość pytań... Co to za problem iść i wygrać jakiś teleturniej. Inaczej to wygląda od środka, kiedy stres dopada człowieka, wiąże słowa w gardle.


— Nie ma czasu na zastanawianie się i człowiek potrafi palnąć, że delfin to najszybsza ryba, jak niedawno wypalił jeden z graczy. I to jaki gracz, zwycięzca pierwszego wielki finału „Jednego z dziesięciu” — mówi Waldemar Pieńkowski. — A niektórzy wchodząc do studia zapominają, jak się nazywają, skąd przyjechali. Dlatego tak dużo czasu zajmuje w programie nagrywanie samych wizytówek.

Pochodzący z Kozłowa Jakub Rudnicki, który teraz mieszka w Gdańsku, w programie „Milionerzy” wygrał ćwierć miliona złotych. Wcześniej wziął udział w teleturnieju "Jeden z dziesięciu", wygrał nawet odcinek. 
Zapytany dlaczego zrezygnował z odpowiedzi na pytanie za pół miliona złotych odparł: — Gdy jest się widzem przed telewizorem, sprawa wygląda zupełnie inaczej, niż kiedy siedzi się na fotelu w studiu. Wydaje mi się, że trzeba tam po prostu być, żeby doświadczyć wątpliwości, które trapią uczestnika, w szczególności w pytaniu o taką stawkę — mówił pan Jakub.

Dzięki takim teleturniejom ich uczestnicy stają się popularni. Nawet bardzo, ale nikt z Warmii i Mazur nie stał się tak popularny dzięki programom telewizyjnym, jak Sebastian Florek, który wskoczył z pierwszej edycji reality show "Big Brother" do Sejmu. W jego przypadku program okazał się trampoliną do polityki. Florek został w 2001 roku posłem.

am
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. ilu widzieliście #2395079 | 88.156.*.* 10 gru 2017 19:08

    młodych wśród tych wygranych? 10%, może 15%. Zdecydowana większość to ludzie starsi, doświadczeni i mądrzy. Osiąga się to LATAMI i CZYTANIEM, a nie dziobaniem palcem w srajfona!

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. kubik #2382936 | 5.172.*.* 25 lis 2017 22:09

    Wielkie gratulacje bohaterom teleturniejowym ! Taki artykuł czyta się z wielką przyjemnością.

    Ocena komentarza: warty uwagi (14) ! - + odpowiedz na ten komentarz