Czwartek, 8 grudnia 2016. Imieniny Delfiny, Marii, Wirginiusza

Blumenfeld: Z chamstwem się nie rozmawia, tylko trzyma je na odległość

2016-02-07 16:00:00 (ost. akt: 2016-02-07 14:16:32)

Autor zdjęcia: mat. Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy

W wolnych chwilach gra na pianinie i tradycyjnym indyjsko-perskim strunowym instrumencie muzycznym. Kocha jazz i blues. Mówi, że nie chciał być aktorem, mimo że skończył szkołę teatralną. I zapewnia, że dzisiaj wybrałby inny zawód.

 Z Andrzejem Blumenfeldem rozmawia Mateusz Przyborowski

— Kiedy powiedziałem w redakcji, że będziemy rozmawiać, moja koleżanka stwierdziła, że mi zazdrości.
— Dlaczego?

Mądrość polskiego emigranta Mikolaja Wozniaka, którego zagrałem w Ameryce, polegała na tym, że nie postawił w życiu na biznes, ale na miłość i uczciwość…
— Bo pewnie też chciała z panem porozmawiać.
— (śmiech) Ale ja nie jestem celebrytą. Jestem jak każdy inny człowiek.

— Ale jest pan znanym aktorem.
— Czy ja wiem? Chociaż faktem jest, że ponad 40 lat siedzę w tym dziwnym fachu.

— Dziwnym?
— Tak jest i wszyscy na świecie, którzy uprawiają zawód aktora, tak mówią. Jesteśmy ponoć ostatnią alchemią w europejskiej cywilizacji. I to chyba prawda, bo nic tu nie jest jasne. Z jakichś dziwnych, tajemniczych powodów, o których można byłoby długo rozmawiać, ludzie na całym świecie chcą wydać własne, ciężko zarobione pieniądze i spotkać się w umownej przestrzeni, jaką jest teatr, by przeżyć coś intymnego. Coś, co jest iluzją, ale na czas trwania spektaklu obie strony traktują ją jako coś realnego. Japończycy przeprowadzali badania z aktorami teatru Kabuki i okazało się, że na scenie ich ciało jest tak samo w ekstremalnej sytuacji fizjologicznej jak ciało maratończyka.

— To chyba dobrze, że tak się dzieje?
— Ludzie zawsze chcą coś przeżywać i to jest zdumiewające. A my, którzy mamy im to dać, staramy się być wiarygodni najbardziej, jak się da. Oczywiście nikt nie wie, jakie wątpliwości nami targają przed albo po wykonaniu pracy (śmiech).

— Zaczęliśmy rozmawiać o aktorstwie, a chciałem rozpocząć od muzyki. Podobno to ona była pana wielką miłością.
— Muzyka, w moim przypadku, była pierwszym stanem miłości. To było dziwne, ponieważ moi rodzice nigdy nie słuchali muzyki. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Nie wiem także, dlaczego ta miłość objawiła się w jazzie i bluesie. Moja biedna babcia, która przeszła łagry w Kazachstanie i wróciła do Polski od razu po wojnie, nie mogła zrozumieć, dlaczego słucham albumu „Asitgmatic” Krzysztofa Komedy, który dzisiaj jest zaliczany do jednej z kilku najwybitniejszych płyt jazzowych świata. Słuchałem też rocka, wychowałem się na Śląsku i miałem w domu pocztówki dźwiękowe, kupione na targu. Dzisiaj to jest paleolit! (śmiech) A tak w ogóle to Chopin, moim zdaniem, jest najlepszym jazzowym kompozytorem Europy. Ile tam jest poczucia humoru, ile on musiał mieć w sobie energii!

— Ciekawe, czy odnalazłby się w naszych czasach?
— Też się nad tym zastanawiałem. Na pewno nie byłby mentalnym mieszczaninem. Myślę natomiast, że eksperymentowałby z muzyką. O muzyce można rozmawiać długo, również z poczuciem empatii, że niech będzie nawet to płaskie disco, które nic nie daje. Lepsze jednak to, niż nic.

— Chciał pan pójść do szkoły muzycznej?
— Bardzo. Jednak rodzice na moje autystyczne nieco propozycje, że chciałbym się nauczyć grać na skrzypcach, odpowiadali milczeniem. A i ja nie miałem w sobie tyle odwagi, żeby kategorycznie stwierdzić, czego chcę. Do dzisiaj jednak sobie brzdąkam na pianinie dla własnej przyjemności i terapii.

— Na skrzypcach też pan gra?
— W tym wieku jest to dla mnie za trudne. W ogóle zawód muzyka jest chyba jeszcze trudniejszy niż aktora. Konkurencja jest przecież ogromna... Jak mówiłem, gram trochę na pianinie, a nawet — na stare lata — postanowiłem dotknąć sitaru (tradycyjny indyjsko-perski instrument z długim gryfem i gruszkowato wypukłym pudłem rezonansowym — red.), który dostałem od syna. Sitar to było moje marzenie, piekielnie straszny instrument strunowy. Na początku miałem okropnie pokaleczone opuszki palców. Dużo zresztą słucham muzyki z wykorzystaniem sitaru, zawsze dobrze na mnie działały te dźwięki.

— A o zawodzie aktora, kiedy pan pomyślał?
— To jest chyba najśmieszniejsze. Moi rodzice myśleli chyba, że jestem autystyczny, ponieważ nie chciałem powiedzieć, co chcę studiować po maturze. A ja po prostu dużo czytałem i miałem swój świat. Podobno pierwszy raz po narodzinach nie chwyciłem po zabawkę, ale po książkę. A dokładnie po album malarstwa. Jeździłem też na rowerze. Śląsk to była kraina niezbyt czysta, ale znajdowałem dla siebie dobre ścieżki. Teraz jest to okręg przemysłowy. Ohyda! Ale do Ślązaków mam niezwykle ciepłe, intymne uczucie.

— Czego zatem nie chciał pan studiować?
— Polonistyki, ku zdumieniu mojej polonistki. Kierunku ścisłego również, bo uważałem, że jestem głupi, jeśli chodzi o matematykę. Do szkoły muzycznej też nie chodziłem, więc nie miałem szans, żeby zdać na akademię muzyczną. Interesowałem się kulturą i chodziłem na spektakle w Gliwicach albo jeździłem do Katowic, ale nie byłem fanem teatru. Nic o nim nie wiedziałem, nigdy w życiu nie mówiłem niczego publicznie. Nagle pojawiła się szkoła teatralna.

— Jak zareagowali rodzice?
— Potraktowali mnie poważnie. Było to dla nich egzotyczne, mimo że byli ówczesną inteligencją polską i świetnie orientowali się w kulturze, chodzili do kina, teatru. To od nich nauczyłem się oglądać filmy Kurosawy. Wysłali mnie do Katowic na zajęcia do nieżyjącego aktora Michała Leśniaka. Mój pierwszy mistrz. Wytłukł ze mną cały romantyczny repertuar. Niewiele pamiętam z egzaminów.

— Dostał się pan za pierwszym razem?
— Tak (śmiech). Śmieję się, bo komisja chyba się nade mną ulitowała. To była końcówka lat 60. i co tu ukrywać — okres do dupy dla młodego człowieka. Młodość nie była żadną wartością, ale wrogiem publicznym numer jeden. A szkoła teatralna była azylem, strefą wolności w bardzo ważnej publicznej przestrzeni. Na roku było nas dwadzieścia kilka osób.

— Na przykład?
— Między innymi Ania Chodakowska, Wojtek Kępczyński, obecny dyrektor Teatru Roma, Witek Zborowski i mój przyjaciel Waldek Kownacki.

— Pan Waldemar mówił mi, kiedy z nim rozmawiałem, że robił niezłe żarty.
— W ogóle byliśmy bardzo zabawowi. Dwa razy stawaliśmy przed komisją dyscyplinarną i groziło nam wyrzucenie ze szkoły. Wybronił nas m.in. pan Andrzej Łapicki, który wówczas był dziekanem. Myślę, że Tadeusz Łomnicki, który był rektorem, również się za nami wstawił. Miał do nas stosunek jak do rozrabiaków, ale mówił, że tylko tak sobie udajemy (śmiech).

— Szkołę ukończył pan w 1973 roku. Nie były to łatwe lata.
— Nie chciałem iść do teatru i być aktorem. To mój ojciec poprosił, żebym przez dwa lata sprawdził, czy się do tego nadaję. Później, kiedy zobaczył mnie w gdańskim teatrze, stwierdził, że coś może ze mnie być. A poza tym nigdy nie wypowiadał się na temat mojej działalności.

— W 1980 roku z Gdańska trafił pan do Teatru Dramatycznego w Warszawie.
— Teatr był wtedy pod wodzą Gustawa Holoubka. To była jedna z najlepszych wówczas scen i zespołów w Polsce. Pan Gustaw nauczył nas jednej zasady, która sprawdza się we wszystkim: „Z chamstwem się nie rozmawia, tylko trzyma na odległość”. Dotyczyło to również chamstwa artystycznego, a może nawet przede wszystkim…?

— Jak trafił pan do teatru Transformtheater w Berlinie Zachodnim w 1982 roku?
— Nieżyjący Henio Baranowski zaproponował, żebym przyjechał. Powiedziałem mu, że nie znam niemieckiego, a on odparł, żebym się o to nie martwił. Masakra. Trzeba było jednak wyżywić rodzinę, a wtedy był bojkot środowiska aktorskiego i poza teatrem nie mieliśmy innej pracy. Nauczyłem się języka dzięki uprzejmości aktorek i aktorów z Berlina Zachodniego. Nie było to łatwe, a po dwóch miesiącach pobytu musiałem już mówić ze scenicznym akcentem, niemiecką emocją.

— Był pan w Berlinie trzy lata.
— I kiedy nie było produkcji teatralnej, to spotykałem się z ludźmi z ulicy, którzy chcieli nauczyć się aktorstwa. Jednak, jak mi później mówili, płacili za to, że mogą ze mną porozmawiać. Przez trzy lata podróżowałem przemytniczym, sypialnym pociągiem relacji Berlin — Warszawa. Był lepszy niż najlepsze kino amerykańskie! (śmiech) To był fantastyczny okres.

— Zna pan biegle angielski, niemiecki i rosyjski...
— Ten rosyjski mi się włączał, kiedy przyjeżdżałem do Rosji ze spektaklami albo po trzech kieliszkach wódki. Wtedy człowiek płynie (śmiech).

— Znajomość angielskiego miała duży wpływ na pański angaż w amerykańskim filmie „Wykapany ojciec” z 2013 roku?
— Na pewno. Łatwiej mi, bardziej szczerze i spontanicznie wypowiedzieć się po angielsku niż po polsku. My, Polacy, posługujemy się całością zjawiska tego języka. Niesie on za sobą mnóstwo blokad, szyfrów, niedopowiedzeń. Trudno się wypowiedzieć uczciwie, wiarygodnie i spontanicznie w języku polskim, bo ma inne struktury, takie jak sugestie czy imiesłowy. Ktoś kiedyś dobrze powiedział, że polski to język szyfrantów, oczywiście ze względu na zabory. Wracając do tego filmu, wiedziałem, jak pokazać słowiańską emocjonalność. Mądrość polskiego emigranta Mikolaja Wozniaka, którego zagrałem, polegała na tym, że nie postawił w życiu na biznes, ale na miłość i uczciwość. I na takim ukazaniu zależało Amerykanom. Nie chodziło jednak o postać egzotyczną, ale pokazanie tzw. drugiej strony księżyca. Casting odbył się w Warszawie przed kamerą, później była rozmowa na skype.

— Tak zwanym hejterom utrzemy nosa, ponieważ nie pojawił się pan w filmie tylko raz, mówiąc jedno zdanie.
— Przez chwilę też miałem obawy, że moje kwestie zostaną wycięte. W końcu zagrałem trzecioplanową postać, w dodatku ojca głównego bohatera. Okazało się zupełnie inaczej i byłem dumny z recenzji w nowojorskiej prasie. Napisano, że polski aktor świetnie pokazał, czym jest bycie ojcem.

— Po polskiej premierze mówiło się, że Andrzej Blumenfeld podbije Stany Zjednoczone.
— Musiałbym tam zostać i wynająć agenta. Może poszedłbym za ciosem, gdybym miał dwadzieścia kilka lat. Chociaż bycie w Nowym Jorku było dla mnie marzeniem. Byłem na koncercie jazzowym, w muzeach.

— Właśnie, wtedy pierwszy raz poleciał pan do Stanów Zjednoczonych.
— Tak (śmiech). Na planie zdjęciowym miałem zajęcia z trenerem językowym, który pracował m.in. z Danielem Olbrychskim przy filmie „Salt”. Uczył mnie akcentu nowojorskiego, bo wszyscy emigranci nim mówią. Zauważyłem jeszcze jedną rzecz. W Stanach Zjednoczonych praca jest przyjemnością. I nie chodzi tylko o pieniądze. Rozmawiałem ze statystami nowojorskimi. I pomyślałem: „Szkoda, że nie jestem dziennikarzem”. Historii, jakie poznałem, starczyłoby na książkę. Poznałem też Polki pracujące w hotelu, które opowiadały o trudzie bycia emigrantem. Pytałem też nowojorczyków o zamachy z 11 września. Przyjęli to tragiczne wydarzenie jak dekalog. Wiedzą, że nic nie jest pewne. Jednak nie jest to destrukcyjne, ale daje im energetycznego kopa. Miasto i ludzie są zdyscyplinowani i trudno ich sterroryzować.

— Jest pan także aktorem dubbingowym.
— To rzemiosło, sposób zarabiania na życie. W dodatku bardzo szanowany za oceanem. Dubbing jest jednak trochę trudny. Wychodzi człowiek ze studia po kilku godzinach nagrań i ma straszny łomot w głowie. Z drugiej strony to też jest ciekawa praca. Gorzej, jeżeli człowiek ma do czynienia z jakąś głupią kreskówką. Wtedy ręce opadają, ale czytać trzeba.

— Dzisiaj również wybrałby pan zawód aktora?
— Nie.

— To co by pan wybrał? Muzykę?
— Pewnie tak, a może bym uwierzył, że jestem umysłem ścisłym? Od zawsze fascynowała mnie astronomia, a kiedyś jeszcze archeologia. Musiałbym się jednak zastanowić, ponieważ trzeba z czegoś żyć.

Rozmawiał Mateusz Przyborowski
Andrzej Blumenfeld
Urodził się w 1951 roku w Zabrzu. W 1973 roku ukończył PWST w Warszawie i zadebiutował w teatrze. Aktor teatrów: Bałtyckiego w Koszalinie (1973-1975), Wybrzeże w Gdańsku (1975-1980), Dramatycznego w Warszawie (1980-1991), Studio w Warszawie (1991-1997), Narodowego (1997-2012). Od roku 2013 ponownie aktor Teatru Dramatycznego w Warszawie. W latach 1982-1985 był aktorem Transformtheater w Berlinie Zachodnim, który założył reżyser Henryk Baranowski. W 1975 roku otrzymał Nagrodę Młodych im. Hugona Morycińskiego za rolę Parobka w „Zabawie” Mrożka w Teatrze Bałtyckim w Koszalinie. W 2013 roku został odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Wystąpił w filmach m.in. „Różyczka”, „Pianista”, „Zróbmy sobie wnuka”, „Pułkownik Kwiatkowski” i amerykańskim „Wykapany ojciec”, serialach m.in. „Prokurator”, „Trzeci oficer”, „Ekstradycja 3”, „Matki, żony i kochanki”, „M jak Miłość”. Użycza także głosu w bajkach, filmach i grach.
Źródło: Filmpolski.pl.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB