Sobota, 3 grudnia 2016. Imieniny Hilarego, Franciszki, Ksawery

O autobusie Arabów słyszałem, ale zakonnice sam widziałem 


2016-01-23 13:30:29 (ost. akt: 2016-01-26 11:01:40)

Autor zdjęcia: Archiwum Marka Dutkiewicza

Napisał teksty największych polskich przebojów. "Jolka, Jolka pamiętasz", "Dmuchawce, latawce, wiatr", "Windą do nieba" — to tylko kilka hitów z kilkuset, które wyszły spod jego pióra. O autobusie Arabów, inwazji ...na(d)ciągających szklanek i dumie z syna... z Markiem Dutkiewiczem rozmawia Łukasz Wieliczko.

— Myśli pan, że Jolka pamięta?
— Przypuszczam, że tak (śmiech). Trudno nie pamiętać, skoro bez przerwy się jej o tym przypomina.

— Ta historia jest prawdziwa?

— Tak. Nigdy się od tego nie odżegnywałem. To taki dokument epoki.

Praca tekściarza jest często zbliżona do roli kronikarza. W mojej ocenie te teksty muszą być osadzone w rzeczywistości, nie powinny być zbyt abstrakcyjne.
— Przeżył ją pan sam, czy zasłyszał? Był autobus Arabów, a zakonnice naprawdę szły plażą?
— O autobusie akurat mi tylko opowiadano, to taka pre-historia tej opowieści. Ale już zakonnice i zaćmienie słońca widziałem na własne oczy. Przez całe lata myślałem, że nad morzem jest jakiś klasztor, dopiero niedawno dowiedziałem się, że chyba w Dębkach znajduje się ośrodek wypoczynkowy dla duchowieństwa i te panie często ten dom opuszczały wieczorami, by pospacerować plażą. Niedaleko, parę kilometrów w głąb lądu, w Odargowie, istnieje do dzisiaj także stacja benzynowa, gdzie paliwo lali przekupni pompiarze.

— Dalej leją po tych zawyżonych cenach?

— Przypuszczam, że nie ma powodu. Na szczęście się te realia trochę zmieniły (śmiech).

— Podobno napisał pan 300 piosenek...

— Chyba nawet więcej. Nigdy tego nie liczyłem, ale podobno ponad tysiąc. W książce jest około 70 tekstów, dosyć znanych.

— Ma pan jakiś szczególny sposób na pisanie? Przy tej ilości i jakości nie sposób o to nie zagadnąć.

— Muszą być zachowane pewne reguły, które od lat się nie zmieniają. Żeby utwór był wart zapamiętania, musi mieć jakiś rdzeń. Musi być w tym tekście coś, co może nas wzruszyć, poruszyć, dotknąć... Większość tekstów, które teraz powstają, jest z tym na bakier. Jest teraz cała fala świeżych wokalistek, niesłychanie — mam wrażenie — zadowolonych z siebie i swojej twórczości, ale ...nic się z tego nie pamięta. Całej rzeszy wykonawców wydaje się, że pisanie tekstów jest proste, bo jest prostsze od komponowania, gdzie niby można zagwizdać, ale tak naprawdę trzeba mieć podstawy operowania instrumentem. A pisać uczą nas od dziecka, więc co za sztuka napisać tekst? Tylko że potem wlewa się to przez jedno ucho, a wypływa przez drugie. W środku nie zostaje nic.

— Albo zostaje. Nieprzyjemny posmak. Wie pan, dlaczego „Jolka” jest taka fajna? Bo, tak jak większość pana tekstów, opowiada konkretną historię, z plastycznymi szczegółami. Parzący kaloryfer w „Luz-bluesie”, skradzione mleko w „Diamentowej kuli”...

— I te szczegóły się potem pamięta. Trzeba się trochę rozejrzeć po tym krajobrazie dookoła nas i go uwieczniać...

— Podglądać te zakonnice na plaży?

— Chociażby (śmiech). Niektóre rzeczy zostają potem tylko w piosenkach. Taśmy technicolor, wspomnianej w „Windzie do nieba”, już nikt nie używa, tak samo jak nie występują lusterka ze zdjęciami aktorów. W „Królach życia” pojawia się technika telerecordingu, funkcjonująca też tylko przez chwilę. Ta praca tekściarza jest często zbliżona do roli kronikarza. W mojej ocenie te teksty muszą być osadzone w rzeczywistości, nie powinny być zbyt abstrakcyjne.

— Toyota się nie zdezaktualizowała. Pierwszy w Polsce product-placement. I to niepłatny.

— Teraz reklamuje ją weteran motoryzacji, redaktor Zientarski (śmiech). Tylko że ja robiłem to bezpłatnie i bezinteresownie.

— Ile z tych wszystkich wątków jest autobiograficznych?
— Sporo, choć na przykład „Inwazja z Plutona” to nie jest historia, która mi się przydarzyła (śmiech) — czasami trzeba uruchomić wyobraźnię. Większość tych anegdot, tych w miarę cenzuralnych i nadających się do publikacji, zawarłem w książce. Często pytają mnie czy „Winda do nieba” to wynik jakichś własnych, bolesnych przeżyć. Nie. Po prostu wyobraziłem sobie taką dziewczynę, która siedzi w kuchni, pochlipuje, a gdzieś tam wisi jej biała suknia, w której wystąpi następnego dnia...

— „Winda do nieba” to taki przykład tego, że teksty żyją czasem własnym życiem. Przecież to jest ślubny protestsong, a dziś trudno o wesele bez jego obecności. Ba, często wybierany jest na pierwszy taniec.
— Niesłychany paradoks, ale z wolą czy też gustem narodu, nie należy się kłócić. Kiedyś nawet zadzwonił ktoś z Australii i mówi, że grają tam na weselu „Windę”... Podobna sytuacja jest z refrenem „Słodkiego, miłego życia”, a przecież ten utwór zaczyna się od słów „Dobre stopnie za chamstwo masz”. Swoją drogą — jak tak się włączy telewizor, to ten tekst jest wciąż niestety aktualny.

— Czasem to niezrozumienie tematu pojawiało się i wyżej, u samych wykonawców, o czym wspominała Urszula, mówiąc, że do dziś nie wie, kim lub czym był tytułowy „Malinowy Król”. Więc pytam o to samego twórcę, skoro mam okazję.
— (śmiech) Niech każdy dopowie to sobie indywidualnie. A propos niezrozumienia... Są obecnie dwie formacje, które wykonują utwór „Szklana pogoda”: Małgosia Ostrowska ze swoim zespołem i stary-nowy Lombard. Całkiem niedawno zadzwoniła do mnie wokalistka tego drugiego, żeby u źródła sprawdzić, czy ta szklanka naciąga czy nadciąga, bo ona śpiewa „nadciąga”, ale nie wszyscy są do tego przekonani. No więc wyjaśniłem, że to nie jest inwazja szklanek nadciągających z kosmosu, a chodzi jedynie o herbatę. Ale nie wydawała się przekonana, nie wiem, jaki jest tego efekt.

— Może śpiewa tę głoskę pomiędzy. Tak jak dzieci na dyktandach, gdy nie są pewne czy „rz” czy „ż”, piszą „rż”.
— Być może (śmiech).

— Gosia Ostrowska z kolei w którymś wywiadzie dopowiadała sobie znaczenie utworu „Śmierć dyskotece”. „Dyskoteka” to policyjna suka?
— Odżegnałem się w którejś wypowiedzi od takiej kryptowalki z komuną. Chodziło o zwykłą dyskotekę. Zawsze byłem fanem mniej czy bardziej rockowych koncertów. Dyskoteki nie były nigdy miejscami, które mnie przyciągały. „Łomot, łomot tępy, bolą, bolą zęby” — nie, nie chodziło o działania ZOMO czy milicji.

— Niektóre pańskie frazy weszły do uzusu jako powiedzenia. „Pomaluj mój świat”, „Podaruj mi trochę słońca”, „Wstawaj szkoda dnia” – to chyba spora duma dla autora?
— Pewnie! Ogromną radość sprawił mi profesor Bralczyk, który poświęcił dwa minieseje tytułom „Bądź gotowy do drogi” i „Podaruj mi trochę słońca”. To wspaniałe. Pamiętam, że pierwsze piosenki 2 plus 1 branża muzyczna uważała za naiwne, harcerskie, trochę prostackie, a jednak słowa przetrwały. Policzyłem sobie, że De Mono nagrało czternasty cover „Chodź, pomaluj mój świat”. Jeśli o piosenkach mówi się, że mają pięć minut życia, to ta ma już plus minus 45.

— Większość z tych utworów jest ponadczasowa. Taki „Czas ołowiu” stanowi taki żałobny zestaw wielkich nazwisk... Felicjan Andrzejczak czasem aktualizował listę nazwisk na koncertach.
— Tak, taka była inwencja Budki Suflera. Ostatnio sam zacytowałem te słowa na facebooku, kiedy opuścił nas David Bowie. Ponury tydzień... Bardzo lubiłem także angielskiego aktora Allana Rickmana. Ostatnio Polsat przypomniał „Robin Hooda”, w którym grał on Szeryfa z Nottingham.

— Który z tekstów tych wszystkich przebojów jest dla pana najważniejszy? Właśnie „Jolka”, która nadała tytuł książce?
— To wszystko moje dzieci, więc nie bardzo chciałbym jakieś wyróżniać. „Jolka” stała się tym chyba najbardziej ponadczasowym utworem, co pokazał ubiegłoroczny Przystanek Woodstock. Wzruszyło mnie, gdy zaśpiewało ją 700 tys. osób — niewiarygodna liczba. Jurek Owsiak podesłał mi link do tego wydarzenia, za co mu dziękuję. Większość, a co najmniej połowa z tych ludzi, przyszła na świat po premierze tego utworu, co widać dokładnie na zbliżeniach kamery…

— Pewnie spora część tych osób mogła zostać poczęta przy tym utworze
— Znam takie przykłady — przychodzą rodzice i pokazują swoje dorodne już potomstwo. Drugim takim moim prokreacyjnym utworem są „Dmuchawce, latawce, wiatr”. Ta książka jest moim dowodem wdzięczności dla tych młodych ludzi, zestawem pocztówek z PRL-u, śladem przeszłości. Woodstock to był taki bezpośredni impuls do spisania tych wspomnień. Wracając do „Jolki” i jej popularności... W tej chwili znacznie trudniej dotrzeć do słuchacza. Kiedy zaczynałem pracę, były dwie czy trzy stacje radiowe, dwa kanały telewizyjne – jeśli utwór zaistniał na antenie, niesłychanie szybko stawał się przebojem. My wtedy tej łatwości nie docenialiśmy. Dziś jest kolosalne rozproszenie. Można nagrać utwór, wrzucić go do sieci, ale niewiele z tego wynika. Ostatnio przyszło mi do głowy, że ta fenomenalna popularność Adele na świecie, to głód wielkich, akceptowanych przez wszystkich gwiazd. Niewiele jest takich zespołów, które dziś potrafią zapełnić stadiony. Są wciąż Rolling Stonesi, znów ruszył w trasę Paul McCartney, choć jego koncert na Stadionie Narodowym, na którym byłem, był fatalnie nagłośniony, ale to trudne miejsce do nagłośnienia. U nas gwiazd tego formatu, poza nieśmiertelną Marylą Rodowicz, nie ma. Parę lat mogła jeszcze pograć Budka, ale to była ich decyzja. Choć Irena Santor z estradą żegnała się sześciokrotnie, więc wszystko przed nimi.

— Jest więc co robić? Wiem, że z takich ostatnich utworów napisał pan „Cicho” Ewie Farnej. Jest dla kogo pisać kolejne „Jolki”?
— Ewa bardzo mnie wzruszyła, bo powiedziała, że jeśli za 20 lat ktoś będzie ją wspominał, to właśnie dzięki tej piosence. Bardzo mi się podoba to, co śpiewa Grzegorz Hyży. Nie miałem okazji zetknąć się z nim osobiście, ale kto wie. Jest Rafał Brzozowski, który zaśpiewa „Moje niebo nad Warszawą”, jestem w kontakcie z De Mono i z Eweliną Lisowską, która ma chyba serdecznie dość być „gwiazdą pozycjonowaną” (śmiech). Dużo ludzi, z różnych pokoleń i półek muzycznych się do mnie zwraca. Zobaczymy, co ten rok przyniesie.

— Może właśnie kolejną Jolkę?
— Dziś żadna antena nie przygarnie utworu, który trwa dłużej niż 3 minuty i 15 sekund, a trudno pełnowartościową balladę zawrzeć w tym czasie, nawet, jeśli tempo będzie nieco szybsze.

— Chodziło mi raczej o Jolkę – kobietę.
— Nie, nie (śmiech). Jestem już człowiekiem osiadłym, wychowuję potomka, który zresztą przyłożył się do tej książki — na okładce jest zdjęcie 11-letniego Ksawerego Dutkiewicza, który gdzieś tam na schodach sfotografował mnie komórką... To jego pierwsze, mniej lub bardziej świadome działanie artystyczne.

— Większa duma z syna czy z utworów?
— Utwory to konkret, coś, co zostało nagrane, utrwalone i sobie istnieje. A o syna i jego lepszą przyszłość wciąż trzeba walczyć. Okazuje się, że ten nastoletni bunt następuje znacznie szybciej niż w wieku lat 15.

Marek Dutkiewicz ur. się 26 marca 1949 w Warszawie — autor tekstów piosenek, scenarzysta, dziennikarz. Absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarz radiowy, realizator filmów dokumentalnych i reportaży dla Telewizji Polskiej. Jest autorem kilkuset tekstów piosenek, z których wiele stało się przebojami. Współpracował m.in. z 2 Plus 1, Budką Suflera, Haliną Frąckowiak, Kombi, Lombardem, Urszulą, Zdzisławą Sośnicką, Martyną Jakubowicz. To spod jego pióra wyszły takie hity jak „Jolka, Jolka pamiętasz”, „Chodź, pomaluj mój świat” i „Windą do nieba”, „Dmuchawce, latawce, wiatr” czy „Podaruj mi trochę słońca”.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB