Sobota, 1 października 2016. Imieniny Heloizy, Igora, Remigiusza

Zrobiliśmy go po swojemu, po „guzikowemu”, czyli w sumie na …cztery różne style

Autor zdjęcia: Bartosz Cudnoch

O Mozarcie w czterech smakach, zaocznych próbach, pechu, weselach i szacunku dla jedynej kobiety w zespole Guzik, który zajął drugie miejsce w Przeglądzie Muzycznym "Gazety Olsztyńskiej". Z Adrianem Krawczykiem i Piotrem Dejnakiem rozmawia Łukasz Wieliczko

— Podobno Guzik to taki zespół, który przyciąga pecha?
Adrian Krawczyk: — Trochę przyciągamy pecha, chyba coś w tym jest.
Piotr Dejnak: — Często musimy sobie radzić z jakimiś komplikacjami, ale… Nudno by było, jakby wszystko szło gładko.

— Pechowo, bo od zatrzaśnięcia sprzętu w samochodzie, zaczął się wam nasz Przegląd muzyczny. Ale jak już weszliście na scenę, wszystko było ok…
P.D.: — Nie, nie, nie (śmiech). Jeszcze skasowały się ustawienia panu akustykowi! Zrobiliśmy próbę, ustawiliśmy dźwięk, na scenę ma wchodzić kolejny zespół i…
A.K.: — „Sorry, chłopaki, nie zapisałem ustawień – jeszcze raz” (śmiech)

Zespół Guzik, Zdobywcy II miejsca w Przeglądzie muzycznym "Gazety Olsztyńskiej" 2015. Zespół tworzą Martyna Jaskulska (śpiew), Piotr Dejnak (gitary, śpiew), Adrian Krawczyk (instrumenty klawiszowe, śpiew), Łukasz Borowiecki (bas), Krzysztof Sydor (perkusja). Zespół powstał w Olsztynie w 2008 roku. Początkowo działał jako kwartet, grając bluesowe i rockowe covery pod nazwą A.D.H.D. Po dołączeniu Martyny Jaskulskiej stopniowo zaczął kształtować swój poprockowy repertuar.


— Ale kiedy już te ustawienia konsolety się zapisały i jeszcze raz weszliście na scenę, było lepiej niż ok. Zauroczyliście słuchaczy fajnie rozłożonym przestrzennym brzmieniem.
P.D.: — Jakoś wpasowaliśmy się w ten mroczny klimat. To znaczy nie mroczny pod względem atmosfery – na widowni po prostu był półmrok.
A.K.: — Nasza muzyka nie do każdego miejsca pasuje. Nie gramy za dużo skocznych numerów, więc w tych „siedzących” koncertach wypadamy lepiej. Gdy zagraliśmy w CEiIK-u, jeszcze nie czekając na werdykt, stwierdziliśmy — fajnie się grało. Bo to miejsce do grania takiej muzyki.

— Także, jeśli chodzi o samą warstwę brzmieniową, akustyczną.
A.K.: — Co do akustyki , to świetnie, że przyszło sporo znajomych – wtedy sala natychmiast się wygłusza, no i dla swoich gra się dużo przyjemniej.
P.D.: — Z tym naszym brzmieniem to jest trochę tak, że wszyscy staramy się wyeksponować ciekawy wokal Martyny a więc przestrzeń w brzmieniu, o której wspomniałeś, tu ma swoje źródło. Generalnie - staramy się grać mniej tam gdzie rzeczywiście tego potrzeba.

— Spora świadomość. Spytam przekornie, ile macie chłopaki lat?
A.K.: — Zgaduj (śmiech)
— Rocznik 90.?
A.K.: — Ja 89.
P.D.: — Ja 91.

— I to nie jest żaden błąd, że Guzik istnieje już od 2008 roku, jak napisane jest na waszej stronie?
A.K.: — Nieformalnie od 2008 roku, ale wtedy graliśmy coverowo i we czwórkę. Z Piotrkiem uczyliśmy się razem w „Elektroniku”. Na początku grałem w zupełnie innym zespole... Nagle przychodzi Piotrek i mówi: „Cześć, jestem Piotrek i gram na gitarze”. Zaczęliśmy grać razem, to był nasz sposób na życie. Środa, czwartek , piątek… Wtedy rzeczywiście, graliśmy pod ludzi. Piotrek w internacie musiał ściemniać, że jedzie do domu, a tak naprawdę spał u mnie i graliśmy po pubach. Potem przytargał jeszcze z Reszla basistę Łukasza, a kontakt do Krzyśka - perkusisty dała mi moja dziewczyna, małżonka obecnie, i tak to się zaczęło…
P.D.: — To był inny Guzik. Dopiero, gdy 4 lata temu dołączyła do nas Martyna, zaczęliśmy robić własny materiał.
A.K.: — Dostałem za sprawą mojej sąsiadki, luźną propozycję nagrania kilku chrześcijańskich utworów z chórem z Biskupca. Mówię ok, choć nie znałem numerów. Okazało się, że po drodze wykruszył się jeszcze gitarzysta. Wziąłem Piotrka, Piotrek poznał w studiu nagraniowym Martynę i tak uformował się Guzik działający w składzie niezmiennym do dziś i… oby jak najdłużej.

— Krótka historia Guzika w pigułce. Co coverowaliście w tych prehistorycznych czasach?
P.D.: — Wszystko.
A.K.: — To jest tak, jak z naszą autorską muzą. Na kilku konkursach nas pytano… „Jaki gatunek gracie?”, „Co wy gracie?”. To taka trochę… muzyka świata i do dziś nie wiemy, czy to zaleta, czy wada (śmiech). Dla nas to fajne, czerpać z różnych gatunków, nie szufladkować się. Każdy z nas słucha czegoś, przynosi coś na próbę i coś z tego powstaje. Nie trzymamy się jakichś ram, że gramy tylko w tempach takich a nie innych albo robimy tylko funk, czy ballady… Ktoś mógłby zarzucić, że zespół nie ma swojego stylu, ale ja do tego tak nie podchodzę. Fajnie jest czerpać z różnych gatunków muzycznych, nie zamykać się na nic. Też słuchamy takich zespołów, które grają różnorodną muzykę i nawet nie mają jednego frontmana…
P.D.: — Na przykład…
A.K.: — Na przykład Toto, którym się strasznie zaraziliśmy. Grają pop, rock, zagrywki jazzowe, co mi osobiście się bardzo podoba. U nas też w niektórych utworach śpiewa Piotrek, w niektórych Martyna…

— W tej muzycznej eklektyczności zdarzyło wam się sięgnąć także po muzykę klasyczną. Macie przygodę z Teatrem im. Stefana Jaracza i …Mozartem. Jak Mozart wpasowuje się w poprockową stylistykę?
P.D.: — Zrobiliśmy go po swojemu, po „guzikowemu”, czyli w sumie na …cztery różne style. Mieliśmy zrobić krótki materiał reklamowy.
A.K.: — W dwa dni wymyślić zagrać, nagrać…
P.D.: — Nie mogliśmy zdecydować się na jeden styl, zrobiliśmy kilka fragmentów w różnych.

— Mozart w czterech smakach. A propos pośpiechu pracy… Piotrek i Martyna mieszkają w Warszawie, Adrian i Krzysztof w Olsztynie, Łukasz w Gdańsku. Światowy zespół, a w każdym razie, rozjechany po świecie. Próby to dla was chyba niełatwa sytuacja?
P.D.: — Ja się już przyzwyczaiłem. Taki tryb pracy jest wbrew pozorom dość wygodny, bo przyjeżdża się na ten weekend, na tę próbę, z nastawieniem żeby coś zrobić. To czas intensywnej pracy, kiedy czasu nie marnujemy. Pracujemy te 8 godzin bez przerwy, do późnej nocy, a na drugi dzień rano, na 9 czy na 10, spotykamy się jeszcze raz.

— Trochę ten tryb pracy przypomina studia zaoczne...
P.D.: — Trochę tak jest, ale prawda jest taka, że w czasach komputeryzacji i internetu jest łatwiej. Można ponagrywać pomysły w domu, porozsyłać kolegom… Mimo, że się nie spotkaliśmy, wszyscy wiedzą, co mają grać na próbie.
A.K.: — Taki typowy młody zespół jak my, w którym wszyscy są z jednego miasta z reguły działa trochę inaczej. Spotkania kilka razy w tygodniu. Piją piwo, trochę pograją, potem znowu popiją… Często więcej jest tego picia niż grania (śmiech). My musimy tym czasem rozsądniej gospodarować.

— Piotrek, Ty pewnie jeszcze masz w małym paluszku PKP i jego dziwactwa…
P.D.: — O dziwo, nigdy z dojazdem nie miałem problemów. Powiem więcej, ostatnimi czasy jest coraz lepiej, pociągi są czyste. Naprawdę nie narzekam.

— Co robicie poza graniem?
P.D.: — Studiuję elektronikę i pracuję w firmie, która elektronikę produkuje, więc jestem w branży.

— Czyli jak coś się komuś odlutuje w zespole w kablach, to jesteś w pogotowiu?
P.D.: — Odpowiednia opłata i nie ma problemu (śmiech)
A.K: — Ja pracuję w nieruchomościach. No i jestem tatą, to też ciężka praca.
P.D.: — Krzysiu jest nauczycielem perkusji. Martyna studiuje logopedię i pracuje w teatrze muzycznym Buffo.

— Profesjonalistka.
P.D.: — Może nie z wykształcenia, ale z doświadczenia.
A.K.: — A Łukasz pracuje w sklepie muzycznym. Czyli wszyscy są w miarę blisko tej muzyki. Poza mną (śmiech).

— Tak jak was słuchałem, mi, jako fanowi gitar, wpadła w ucho zwłaszcza Piotrkowa gra. Gdzieś tam mi Styczyńskim to zalatuje, choć pewnie wolałbyś, żebym powiedział, że Lukatherem?
P.D., A.K.: — Chciałoby się! (śmiech)
P.D.: — Lukather to na pewno duża inspiracja dla mnie. A jeśli chodzi o Styczyńskiego, to pewnie, że Dżemu słuchałem…
A.K.: — Jak zaczynaliśmy grać te covery, to Dżem też oczywiście był, każdy przez to przechodzi. Ja nawet pracę maturalną o Dżemie pisałem – jako młodziak strasznie się tym jarałem, teraz już mi się osłuchało. Ale za te 40 lat pewnie siądę z wnukami i do tego wrócimy.

— W waszej grze rzuca się w oczy jeszcze coś innego. Na scenie jesteście bardzo wyluzowani, szybko łapiecie kontakt z publicznością. I Piotrek, i Martyna z dużą swobodą zagadują publiczność.
P.D.: — Tak jest, i fajnie, że to mówisz, ale to efekt kilkuletniej pracy. Pamiętam te początki (Piotrek zmienia głos na szept – red.): „Piotrek, powiedz coś! No Piotrek, powiedz coś!!!” (śmiech)
A.K.: — Kontakt z publicznością jest rzeczywiście ważny, ale nie najważniejszy, w przeciwieństwie do tego, co można usłyszeć w muzycznych programach, które sugerują, że nie musisz umieć grać, nie musisz umieć śpiewać – ważne, żebyś miał tzw. osobowość. W tym kierunku iść nie chcemy. Wiesz, od zawsze jestem fanem Floydów. Gilmour to jest gość, który potrafi wyjść na scenę w czarnym t-shircie i przez 2,5 godziny czarować samymi dźwiękami. My też chcemy przyciągać muzyką.

— Wciąż gracie sporo zarobkowych koncertów klubowych. To dobra szkoła do łapania kontaktu z publicznością.
A.K.: — Te kluby to takie miejsce, gdzie możemy przemycić i przetestować tę swoją muzykę. I tych autorskich numerów mamy w setliście coraz więcej.
P.D.: — Gramy kilka coverów i czasem nawet nie mówimy, że teraz będzie coś naszego. Jakoś nie zdarzyło się, żeby ktoś uciekł.

— Słyszałem, że zdarzały też się chałturki na weselach. Może ta łatwość, „gadana”, swego rodzaju „wodzirejstwo” to właśnie stąd? Co by o weselach nie mówić, to jednak dobra szkoła muzyczna. Ile się gra? 6 godzin?
A.K.: — Czasem nawet 10, czy 12.

— To pewien „obciach” w branży.
A.K.: — Wielu olsztyńskich muzyków się zarzekało… A większość gra. Zresztą i Riedlowi podobno się wesela zdarzały, i Skawińskiemu, choć się nie przyznaje… Tak podobno zaczynał też olsztyński Enej.

— Nigdy nie mów nigdy. Tymon Tymański zarzekał się setki razy, że nie będzie jurorował w talent show. A właśnie przyjął propozycję, żeby zarobić na studio nagraniowe.
A.K.: — No właśnie. Dla nas też to pewnego rodzaju doświadczenie i ciężka fizyczna praca. A za zarobione pieniądze można kupić sprzęt i rozwijać się muzycznie w autorskim projekcie. Zresztą, my uciekamy od tych „weselnych standardów”. Gramy Lady Pank Maanam i wiele innych przyjaznych muzycznie polskich i zagranicznych numerów… Trochę na przekór tej polskiej stereotypowej biesiadzie.

— Wracając na tę większą scenę… No właśnie. Co jest najważniejsze na scenie?
P.D.: — Gitara! (śmiech)
A.K.: — Dla nas muzyka i przyjemność wynikająca z jej tworzenia i prezentowania słuchaczom. Jeśli my się bawimy, ludzie też się bawią. A przyszłości… W przyszłości chcielibyśmy dojść do takiego etapu, żeby grać dla swojej własnej, wiernej publiczności. Bo można to zrobić, nawet bez udziału w talent-show, co pokazuje choćby polski Riverside, którego namiętnie słucham.

— A patrząc w tej nieco węższej perspektywie? Może to, żeby dopiąć wszystko ...na ostatni guzik?
P.D.: — Jak na próbach włożysz odpowiednio dużo pracy, to na scenie nawet nie trzeba o tym myśleć. Wtedy po prostu płyniesz. Bo na scenie górę muszą brać emocje.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB