Wtorek, 27 września 2016. Imieniny Damiana, Mirabeli, Wincentego

Do dmuchawcowej Uli mam teraz 
więcej sentymentu i tolerancji

2015-12-06 16:06:03 (ost. akt: 2015-12-06 16:08:40)

Autor zdjęcia: fot. Honorata Karapuda

O hardrockowej "Białej drodze", którą przeszła po raz kolejny na Woodstocku, niezwykłym związku ze Stanisławem Zybowskim, spokoju rodzinnego domu, lecie w Olsztynie i satysfakcji, gdy "Dmuchawce" wyprzedziły Maanam. Z Urszulą rozmawia Łukasz Wieliczko

— Na rynku pojawiło się DVD z zapisem live płyty „Biała droga”, zagranej w całości na ostatnim Przystanku Woodstock. Na youtubie widziałem tylko fragmenty… Jak wyszło? Bo to jednak 20 lat różnicy, inne czasy, inni ludzie i ci na scenie, i  ci pod sceną… Atmosferę z sesji z 1995 roku, gdzie zebraliście tak świetnych instrumentalistów jak Staszek Zybowski, Jacek Królik, czy Artur Malik, chyba ciężko było powtórzyć?
— Z jednej strony można by się tego obawiać, z drugiej — z zespołem w obecnym składzie gramy już ponad 12 lat. Ostatnio nawet mi to wypomnieli, że jacy oni to „młodzi”… Dużo z tych utworów gramy na koncertach regularnie, bo to rzeczy, które ludzie zawsze chcą słyszeć. Jest więc "Niebo dla ciebie",„Na sen”, nieśmiertelny „Konik”, „Ja płaczę”, ale wielu z nich — tych jak my to nazywamy mocnych „kobył”, ciężkich, metalowych, jak choćby „Lewiatan” czy „Millenium” — w tym składzie nie graliśmy. Musieliśmy pograć je przed Woodstockiem na żywo, bo to nie zastąpi żadnej próby, więc można je było usłyszeć przez całe lato, na każdym koncercie plenerowym, na każdych dniach miasta, czasem ku uciesze, czasem ku zdziwieniu publiczności. Tak się rzadko teraz gra. Chłopaki, gitarzyści, mieli totalną radochę. Powiedzieli, że wreszcie mogli się nagrać. Z drugiej strony wejście w tamten specyficzny sposób grania, w tamto myślenie, to było pewne wyzwanie i chłopaki… panowie właściwie, podeszli do tego bardzo poważnie. Fakt, że Staszka z nami nie ma, był dodatkowo mobilizujący. Pewnie gdyby żył, potraktowalibyśmy to jako kolejne 20-lecie, a tu pojawiło się pewne obciążenie… Trzeba było się wykazać, zrobić to porządnie.

— I wyszło porządnie?
— Wspaniale! Chcieliśmy zagrać po prostu dobry koncert, a wyszło uroczyście i absolutnie wyjątkowo. Nie myślałam, że ludzie dodadzą nam aż tyle energii… Nakręcaliśmy się z publicznością nawzajem. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że do tej pory nie zagrałam tak dobrego live’u. Po nagraniu nie poprawiliśmy żadnego dźwięku na tej płycie, a to o czymś świadczy.
 
— Ta energia nie zrzuciła pani ze sceny? Bo podobno takie przypadki się zdarzały.
— Na szczęście nie było przerwy pomiędzy przodem a tyłem sceny, bo wtedy rzeczywiście można, cofając się i nie patrząc, spaść (śmiech).
 
— Ten duch Staszka chyba wam towarzyszył… Zagrała nawet jego gitara?
— Tak! Piotrek Mędrzak zagrał na Staszkowej „Siekierze” (Gibson Les Paul — przyp. red.), a „Kosa” (Sławomir Kosiński) dostał równie kultowego PRS Classic Electric. Niech one grają, żyją i niech im dobrze służą.

— Koncert na Woodstocku to pewna klamra. Bo to od Woodstocku wszystko się zaczęło. Ze Staszkiem i Jurkiem Owsiakiem byliście na tym prawdziwym w Stanach.
— W 1994 roku siedzieliśmy na walizkach i mieliśmy już plany powrotu do Polski (Urszula ze Staszkiem od 1989 roku mieszkali w Stanach — przyp. red.). Kiedy Jurek ze swoją ekipą przyjechał do Saugerties, poprosili nas, żebyśmy pomogli im się zaczepić, zdobyć te wszystkie plakietki, akredytacje, bo lepiej rozumieliśmy amerykańskie narzecze. Tak naprawdę pojechaliśmy ich tylko odwieźć, ale okazało się, że jest wspaniale, w dodatku mogliśmy zaparkować nasze auta niemalże za sceną — tylko na chwilę wróciliśmy ze Stachem do domu po jakiś prowiant. Spędziliśmy tam trzy piękne dni — tę amerykańską sytuację opisuje piosenka „Woodstock ‘94”. Pamiętam, że jadąc, po drodze, puszczaliśmy chłopakom „rybki” z późniejszej „Białej drogi”, co Jurek wspominał po latach… Po przyjeździe ze Stanów Juras zaczął organizować swój Woodstock, na pierwszych trzech w Czymanowie, Szczecinie i Żarach, wystąpiliśmy. To były trochę inne festiwale, mniej ogarnięte pod względem organizacyjnym niż teraz, ale klimat pozostał. Ten festiwal nic nie stracił, jeśli chodzi o energię, emocje i ludzi, którzy jadą tam słuchać muzyki.
 
— Mimo, że teksty są wiosenne, płyta wyszła 20 listopada. 22 listopada przypada 14 rocznica śmierci Staszka… To tak specjalnie?
— Nie, nie było to celowe. Jakoś to się wszystko samo dzieje… Nie wiem. Może nie ma przypadku w życiu? Ja w to gdzieś tam wierzę. Na pewno nie chcieliśmy czekać z premierą na następny Woodstock. Chcieliśmy, żeby te emocje były świeże.
 
— Płyta jest hardrockowa, a kiedy wyszła na rynek w 1996 roku, sprzedała się w 800 tys. egzemplarzy. Dzisiaj to chyba niemożliwe. Kto nie idzie w pop, ten nie zarobi.
— Raczej to niemożliwe, ale takie są czasy… Są inne, więc nie można przykładać do nich tej samej miary. Na "Białej drodze" każdy może znaleźć coś dla siebie, a jednak płyta jest absolutnie jednorodna, ma klasę  i całe mnóstwo pięknych melodii, riffów gitarowych, z których młodzi muzycy czerpią do dzisiaj, no i tekstów, które są bardzo trafione. Kiedy wróciliśmy ze Stanów wytwórnie nie wiedziały, co z nami zrobić. Wszyscy mieli w pamięci „Dmuchawce”, a tu taki repertuar. Pamiętam, że kiedy Marek Kościkiewicz (muzyk de Mono, właściciel wytwórni fonograficznej Zic Zac — przyp. red.) to usłyszał, powiedział „Ja tę płytę wezmę, bo jest świetna, ale wiele gitar trzeba zamienić na akustyczne”. Ta wersja, która wyszła, jest sporo lżejsza od pierwotnej.

— To był zwrot w pani karierze. Urszula, która przyjechała ze Stanów, to była zupełnie inna Urszula niż ta zapudrowana na różowo z teledysku „Malinowego króla”. Kto panią do tych różów namówił?!
— Zajmowała się tym Ola Laska-Wołek. Niektórzy mówili, że wyglądam punkowo, choć ja z punkiem niewiele miałam wspólnego. Taki był trend. Panowie z Lady Pank malowali się, robili sobie na włosach pasemka. W tej naszej siermiężnej wtedy Polsce, kto mógł dziergał coś sobie, żeby się wyróżniać w tłumie... Pamiętam taki wielki koncert w hali Olivii, oglądałam Oddział Zamknięty z Jarym, który wyginał się w jakimś kombinezonie w panterkę, a potem na scenę weszłam ja z „Dmuchawcami” (śmiech). Ja już to mogę oglądać. Kiedyś, te 10 czy 15 lat wstecz, absolutnie nie mogłam. Teraz mam do tej dziewczynki więcej sentymentu i tolerancji. A piosenki były piękne i przetrwały próbę czasu. Niedawno nagrywaliśmy je na nowo (album „Wielki odlot 2") i wyszło wspaniale. A sam wyjazd do Stanów bardzo mi pomógł. Mieliśmy ze Staszkiem po 30 lat — to taki okres, kiedy człowiek zaczyna myśleć po swojemu i rozumieć wiele rzeczy… Mogłam odsunąć się od tej dmuchawcowej Uli i bezkarnie robić coś zupełnie innego. Graliśmy wiele razy w klubach amerykańskich i miałam tam wolną rękę, pełne carte blanche — proszę bardzo, słuchamy. Przyjmowano nas z całym dobrodziejstwem inwentarza (śmiech).
 
— W Budce, już wtedy dużym, sprawnym przedsiębiorstwie, nie było na to miejsca.
— Cóż, byłam wdzięczna, że mogę śpiewać z tak znakomitym zespołem. Romek Lipko pisał muzykę, Marek Dutkiewicz teksty, a ja starałam się jak najpiękniej je zaśpiewać. Te piosenki wykonuję do dzisiaj, mam do nich szacunek, sentyment i widzę, że publiczność nadal je kocha. To wielkie szczęście mieć w repertuarze takie piosenki jak np. "Dmuchawce". Dzięki współpracy z Budką zaistniałam w świadomości społecznej i poznałam Staszka. Przez kilka lat jeździłam z zespołem jako „gość specjalny” by zaśpiewać te dwie-trzy piosenki, spokojnie czekałam, aż przyjedzie po mnie jakiś książę na białym koniu. Przyjechał z gitarą.
 
— Ta Budka to była dla pani, wtedy bardzo młodej dziewczyny, eksplozja popularności… Chyba ciężko się było odpędzić od fanów?
— Wtedy studiowałam wychowanie muzyczne na UMCS-ie. Przez dwa lata walczyłam, żeby pogodzić wyjazdy na koncerty ze studiami, które nie należą do łatwych. Na trzecim roku, kiedy doszły dyrygentura i kontrapunkt, postanowiłam się poddać i przeniosłam się na pierwszy rok KO, ale w końcu i z tego zrezygnowałam… Jeździłam autobusem na te zajęcia i czułam, że jestem rozpoznawana. Lublin to jednak małe miasto, a telewizja miała wielkie pole rażenia. Komentarze były różne: „Taka mała… W telewizji jakaś ładniejsza” (śmiech). Ludzie może nie rozbijali namiotów pod moim rodzinnym domem, ale zdarzało się, że czekali na kocyku, aż wrócę z jakiegoś koncertu, a mama donosiła im kanapki. Mama uwielbiała, gdy ktoś przyjeżdżał — kanapki, herbatka…
 
— Gość w dom, Bóg w dom. Teraz z tymi fanami jest chyba trochę spokojniej?
— Jest grono tych fanów „zawziętych”, jak ja to mówię, którzy dają mi wsparcie. Nie chodzi o to, żeby ta rzesza była wielka, wystarczy parę oddanych osób.
 
— To chyba komfortowa sytuacja. Sądząc po pani profilu facebookowym, gdzie jest mnóstwo zdjęć jeziora, pani lubi spokój.
— Nad jezioro Firlej pod Lublinem zawozili mnie moi rodzice, kiedy jeszcze byłam w beciku. Oboje pracowali w państwowej firmie odzieżowej, a tato jako przewodniczący Rady Zakładowej tworzył, głównie w czynie społecznym, ośrodek wczasowy Gracja. Był honorowym mieszkańcem Firleja, wszyscy tam go znali i szanowali. To miejsce to w zasadzie mój drugi dom. Kiedy w 1982 roku w wakacje puszczali w radiu „Fatamorganę” i byłam jeszcze tajemniczą Urszulą, o której nikt nie wiedział, jak wygląda, tańczyłam sobie na tarasie z całą paczką znajomych — nikt nie wiedział, że to ja śpiewam. Myślałam, że z jednej strony to fajnie, ale z drugiej — trochę już chciałam, żeby wiedzieli.
 
— Ten pierwszy dom znalazła pani w równie spokojnym Józefowie. Ma pani mnóstwo muzycznych sąsiadów.
— Jest ich sporo. Paru się przeniosło, Gawlińscy jeszcze tutaj mieszkają, jest mnóstwo muzyków-instrumentalistów, mniej znanych… Jest oczywiście Grzesio Markowski, no i Patrycja. Pamiętam, że kiedyś w tutejszej podstawówce startowała w konkursie muzycznym. My ze Stasiem siedzieliśmy w jury i wybraliśmy oczywiście ją (śmiech). Nie, nie dlatego, że ją znaliśmy, po prostu już wtedy się wyróżniała — zbuntowana, zachowywała się dokładnie jak ojciec. Dziś często zapraszamy się wzajemnie na koncerty… Takie muzyczne mieszanie krwi jest dobre. Kiedyś Opole było takim miejscem, gdzie można było wymieniać się doświadczeniami. A teraz? Byłam kilka lat temu, godzina 10 — barek zamknięty, wszyscy śpią w pokojach.
 
— Może Józefów powinien być taką stolicą polskich muzyków? Tradycje są piękne, bo przecież dla każdego rockowego muzyka w dobrym tonie było odwiedzić Tadeusza Nalepę, który tam mieszkał.
— Bywaliśmy u siebie, cudowny człowiek. A to miejsce, gdzie mieszkamy, pokazał nam Grzegorz Ciechowski, który mieszkał niedaleko — w Radości. Kiedy przyjechałam, pomyślałam: „Boże, Firlej!”, bo tu jest trochę jak nad jeziorem, doskonałe powietrze, sosny i piach — jak na wakacjach.

— Żyć nie umierać.
— Jak rzucę palenie, będzie świetnie. Ale Olsztyn też jest cudo. Mam piękne wspomnienia z kilku wakacji spędzonych nad jeziorem Ukiel razem z przyjaciółmi mojego ówczesnego chłopaka — Pawła Markowskiego z Maanamu. Wolne dni pomiędzy wakacyjnymi koncertami spędzaliśmy właśnie tam. Pamiętam, że kiedyś był tam też cały Maanam i Kora — taka nieosiągalna gwiazda. Słuchaliśmy Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego i nagle... "Dmuchawce" na pierwszym miejscu! Nie potrafiła ukryć irytacji, że wyprzedziły jej piosenkę na liście. Fajna jest świadomość, że mam przyjaciół w Olsztynie — pozdrawiam gorąco Alę i Jurka Hatowskich, muszę się kiedyś do was wybrać!


Urszula Kasprzak, urodziła się 7 lutego 1960 roku w Lublinie; wokalistka rockowa znana z takich hitów, jak „Malinowy król”, „Dmuchawce, latawce, wiatr”, „Na sen” czy „Konik na biegunach”. Początki jej działalności to współpraca z Budką Suflera, z którą zaistniała na polskim rynku muzycznym. W zespole poznała także gitarzystę Stanisława Zybowskiego, który stał się jej głównym kompozytorem, partnerem, a z czasem także mężem. W 1990 wspólnie wyemigrowali na cztery lata do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie nagrali przełomową dla artystki, hardrockową, płytę „Biała droga”, która stanowiła muzyczny owoc ich związku i sprzedała się w liczbie 800 tys. egzemplarzy. Zybowski zmarł po ciężkiej chorobie w 2001 roku. W listopadzie ukazało się nagranie live „Białej drogi”, zarejestrowane na Przystanku Woodstock 2015.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB