Niedziela, 23 lutego 2020. Imieniny Damiana, Romana, Romany

Przez podłe i gangsterskie role można uciec od sztancy amanta

2015-11-03 07:20:00 (ost. akt: 2015-11-02 16:10:41)
"Ciągle mi się marzy taka emerytura, żeby móc pojeździć trochę po świecie i sobie pomalować. Wciąż mam jednak satysfakcję z aktorskiej roboty."

"Ciągle mi się marzy taka emerytura, żeby móc pojeździć trochę po świecie i sobie pomalować. Wciąż mam jednak satysfakcję z aktorskiej roboty."

Autor zdjęcia: mat. promocyjne

Na egzaminy do szkoły aktorskiej poszedł na luzie, bo wiedział, że w razie porażki dostanie się na inne studia. Do dzisiaj ciepło wspomina Wojciecha Hasa i Jonasza Koftę. Obecnie przymierza się do namalowania portretu Kazimierza Dejmka. Z Markiem Barbasiewiczem, aktorem, rozmawia Mateusz Przyborowski

— Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, mówił pan, że ma próby w Teatrze Narodowym w Warszawie.
— Przygotowujemy się do „Kordiana” w reżyserii Jana Englerta. To jubileuszowe przedstawienie na 250-lecie Teatru Narodowego, w którym bierze udział cały nasz zespół. Premiera odbędzie się 19 listopada, czyli w dniu utworzenia teatru.

— Kogo pan gra?
— Oj, to się pan zdziwi. „Kordian” jest przecież specyficzny. Gram ministra spraw zagranicznych Józefa Becka i kardynała. To godne role, a w wieku 70 lat tylko takie się gra (śmiech).

— To te wcześniejsze były niegodne?
— Nie, te wcześniejsze również były godne, tyle że inaczej.

— Pewnie nie potrafi pan zliczyć, który raz współpracuje z Janem Englertem?
— Przez kilkanaście lat byliśmy w Teatrze Polskim i od ponad 16 lat pracujemy wspólnie w Teatrze Narodowym. Rzeczywiście było tego sporo. Bardzo sobie chwalę tę obecność u dyrektora Englerta, ponieważ jest to dobry okres tego teatru i uczestniczenie w nim jest satysfakcjonujące.

— To były szalone lata, akademiki… Wyjazdy do Warszawy do przyjaciół i krewnych. A przede wszystkim studia w bardzo fajnej szkole. Pałac Poznańskiego, który nazywany jest łódzkim Luwrem. I ja, chłopak z PGR-u. Na pierwszym roku studiów dane mi było poznać argentyńską pianistkę Martę Argerich, która do nas przyjechała w odwiedziny. Na początku trochę byłem spięty, bo byłem prawie ze wsi, a w szkole byli synowie aktorów i tak dalej. Ciśnienia różne były, ale, dzięki Bogu, jakoś się przetrzymało te trudne okresy.


— Nie narzeka pan na nudę.
— Na szczęście, bo nie tylko w teatrze się pracuje. Jak się nudzą deski, to są różnego rodzaju odskocznie i punkty zarabiania, ponieważ trzeba jeszcze i od tej strony to rozpatrywać.

— Trochę pana rozsiewało po Polsce.
— Od urodzenia.

— Zacznijmy właśnie od tego, że urodził się pan w Przeworsku na Podkarpaciu. To tam była m.in. ordynacja Lubomirskich.
— Do dzisiaj jest przepiękny pałac, w dodatku odnowiony. O ile pamiętam, swoją siedzibę ma w nim dom kultury. To zacna miejscowość. Przeworsk liczy dzisiaj około 15 tysięcy mieszkańców, jednak jest duży swoją dumą. Powiem panu jeszcze, że jedną z tamtejszych ulic nazwano imieniem mojego wujka Tadeusza Henryka Rolskiego. Był pułkownikiem pilotem Wojska Polskiego, brał udział w drugiej wojnie światowej, bitwie o Anglię i działaniach wojennych w Afryce.
Wracając, w Przeworsku mieszkaliśmy bardzo krótko, ponieważ rodzice postanowili zobaczyć ziemie odzyskane. Pojechaliśmy, znowu na krótko, do Zgorzelca, następnie do Wrocławia. W dzielnicy Oporów mój ojciec został dyrektorem warzywnego PGR-u. Tam mieszkaliśmy do 1954 roku, skończyłem pierwsze klasy szkoły podstawowej.

— I przeprowadziliście się do Fromborka.
— To był piękny kawałek mojego dzieciństwa.

— Piękny dlatego, że wtedy zaczął pan rysować węglem z ogniska na workach papierowych po cukrze?
— O, proszę, jak się pan dobrze przygotował!

— Ponoć rysował pan barkasy?
— Tak, dokładnie! Była to przede wszystkim zasługa kierownika mojej szkoły Jana Króla, który był fenomenalnym pedagogiem i potrafił rozbudzić zainteresowania dzieci. W moim przypadku była to plastyka. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, ponieważ szalenie mnie to ukierunkowało i dało mi cały życiorys. Ciągle o nim pamiętam. Podobno pan Król jeszcze żyje, więc jeśli będzie czytał naszą rozmowę, to pragnę serdecznie go pozdrowić. Tak więc Frombork wspominam z rozczuleniem (śmiech). I szkołę, i miasto. Powiem jeszcze raz: to był najpiękniejszy kawałek mojego dzieciństwa.

— Po Fromborku przyszedł czas na średnią szkołę plastyczną w Poznaniu.
— Ojciec szukał dla mnie najlepszej szkoły i uznał, że poznańska jest najlepsza. Tam niejaki Jonasz Kofta skierował mnie na inne tory. Jednak o malarstwie nie zapomniałem, podszedłem do egzaminu przed ministerialną komisją i otrzymałem uprawnienia. Tak więc mam dwa zawody!

— Te uprawnienia uzyskał pan w 1987 roku.
— Tak jest. Wszystko pan wie.

— Do malarstwa przejdziemy za chwilę. Zatrzymajmy się na Jonaszu Kofcie. Brał pan udział w kabaretach, śpiewał piosenki i otrzymał wyróżnienie w konkursie recytatorskim we Wrocławiu, który…
— …wygrał wówczas Janusz Gajos. Później z tego konkursu wynikały różne prace recytatorskie pod kierownictwem Marka Okopińskiego, dyrektora Teatru Polskiego w Poznaniu. Swoją drogą dyrektor wykatapultował mnie na studia aktorskie. Jonasz to poparł i tak to się wszystko poskręcało jedno z drugim i do dzisiaj się skręca.

— Miał pan zapewne dylemat: malarstwo czy aktorstwo?
— Rozdarty nie byłem, ponieważ i jedno, i drugie mnie cieszyło. Pomyślałem sobie, że zdawanie na rzeźbę do Warszawy, bo taki miałem zamiar, można jeszcze na chwilę odłożyć i sprawdzić ten drugi trop. Jak się uda, to się uda, jak nie, to wrócę na rzeźbę. Udało mi się dostać do szkoły aktorskiej za pierwszym razem, w co nie mogłem uwierzyć przez dłuższy czas. Nigdy nie wiadomo, na czym to wszystko polega. Jeśli chodzi o mnie, to pewnie na tym luzie, który miałem, bo miałem opcję powrotu.

— I w ten sposób trafił pan do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi.
— To były szalone lata, akademiki… Wyjazdy do Warszawy do przyjaciół i krewnych. A przede wszystkim studia w bardzo fajnej szkole. Pałac Poznańskiego, który nazywany jest łódzkim Luwrem. I ja, chłopak z PGR-u. Na pierwszym roku studiów dane mi było poznać argentyńską pianistkę Martę Argerich, która do nas przyjechała w odwiedziny. Na początku trochę byłem spięty, bo byłem prawie ze wsi, a w szkole byli synowie aktorów i tak dalej. Ciśnienia różne były, ale, dzięki Bogu, jakoś się przetrzymało te trudne okresy.

— Szkołę aktorską skończył pan w 1968 roku, a w którym miesiącu uzyskał pan dyplom?
— Ja tylko ukończyłem szkołę, pracy nie napisałem.

— Zmierzam do wydarzeń marcowych 1968 roku.
— Szkołę ukończyłem na początku czerwca. A cały marzec przesiedziałem w szkole i w Warszawie pod Politechniką. Dojeżdżaliśmy tam, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nie dało się za blisko podejść. Pamiętam, że staliśmy m.in. w klatce schodowej i piliśmy piwo. Byliśmy też zdezorientowani, ponieważ nagle wywalili naszego rektora, profesorów. Nie sposób było się połapać, kto, co i dlaczego. Nikt nam tego nie tłumaczył, byliśmy w zawieszeniu. Wie pan, w tej chwili ten obraz jest trochę mozaikowy, ale napięcie tamtych czasów pamiętam doskonale.

— W 1968 roku był pan „świeżo upieczonym” aktorem, ale nie były to łatwe czasy.
— Ponownie jednak mi się udało, ponieważ otrzymałem propozycję od Janusza Kłosińskiego, dyrektora Teatru Nowego w Łodzi. Zaangażowałem się w teatrze we wrześniu 1968 roku. Wszedłem od razu w „Rewizora” w reżyserii Witolda Zatorskiego. I… na próbie generalnej z publicznością zapomniałem jedynego zdania, jakie miałem wypowiedzieć. Zaczęło się od katastrofy, ale później jakoś się to wszystko pozbierało na nowo (śmiech).

— Pamięta pan swój debiut kinowy?
— Oczywiście, to był film „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Hasa. Wcześniej miałem debiut telewizyjny u Jerzego Hoffmana w filmie „Ojciec”. No, nie muszę chyba panu mówić, jaki byłem spięty i stremowany u Jerzego Hasa.

— Przeciwnie, proszę opowiedzieć.
— Has strasznie krótko trzymał ten ogromny zespół aktorski i scenograficzny. A tam były hale przepełnione wspaniałą, porażająco piękną scenografią. Wszyscy się tego Hasa bali (śmiech). W „Sanatorium…” zagrałem epizod, ale za to ze wspaniałymi partnerami: Tadeuszem Kondratem, stryjem Marka, Gustawem Holoubkiem, Jankiem Nowickim, z którym przyjaźnię się do dzisiaj. A miło było, jak już się skończyło, ponieważ w trakcie kręcenia filmu panowało olbrzymie napięcie. I trema, że człowiek uczestniczy w czymś tak doniosłym. Ten epizod dał mi później drugą rolę u Hasa w „Niezwykłej podróży Baltazara Kobera”, polsko-francuskiej produkcji. Z sentymentem wspominam współpracę z Hasem i było mi bardzo przykro, że odszedł tak wcześnie (Wojciech Has żył w latach 1925-2000 — red.). Bywam często w Łodzi na jego grobie.

— Tych ról namnożyło się panu sporo. Głównie gra pan amantów i czarne charaktery.
— Bardzo lubię te drugie postaci, ponieważ przez podłe, gangsterskie i wściekłe role można uciec od sztancy amantowskiej. Zdarzało mi się, że podchodzili do mnie ludzie na ulicy, ale nie twierdzili, że Marek Barbasiewicz jest złym człowiekiem, bo taka jest grana przez niego postać. Nie było agresji, nawet padały słowa, typu: „Pan jest za łagodny do grania takich ról”. Muszę też panu powiedzieć, że przy amantach niejednokrotnie się męczyłem, bo co nowego można jeszcze wymyślić? Trzeba być ciągle ładnym, grzecznym, podskakującym, miłym. Taka jest jednak prawidłowość, że jak aktor wygląda na tzw. ładnego, to zdecydowanie lepiej wychodzą mu role wredne, czarne, żużlowe i chropowate.

— Przed naszą rozmową obejrzałem film „Zabij mnie, glino” Jacka Bromskiego z 1988 roku. To, moim zdaniem, jeden z lepszych polskich filmów sensacyjnych i gangsterskich. Zagrał w nim pan bardzo dobrze Donalda z bandy Stawskiego. I ta scena, kiedy mówi pan do pobitego Zbigniewa Zamachowskiego: „Gnojku, możemy cię zatłuc. Powiesić, wykastrować, zarżnąć. Dla nas to drobiazg”. Ciarki na plechach gwarantowane.
— Jeśli tak to działa, to znaczy, że odniosłem sukces. To dowód na to, że te role mi leżą i mogę się przy nich wyżyć. Co do Zbyszka, to jesteśmy w świetnym koleżeństwie. Niedługo po tym filmie był kolejny film albo spektakl w teatrze, już nie pamiętam, gdzie Zbyszek mi się odwdzięczył i mną poniewierał. Długo śmieliśmy się z tego, że role się odwróciły.

— Teraz mieszka pan w Warszawie.
— Nad Jeziorem Kamionkowskim i jest mi bardzo dobrze.

— To co z tym malarstwem? Nadal pan maluje?
— No właśnie, i to jest problem. Ciągle mi się marzy taka emerytura, żeby móc pojeździć trochę po świecie i sobie pomalować. Wciąż mam jednak satysfakcję z aktorskiej roboty. Oczywiście równolegle coś tam sobie tworzę. W tej chwili czaję się do portretu Kazimierza Dejmka, który sobie obiecałem dość dawno temu. To mój mistrz podstawowy, przyjaciel. Chociaż jako dyrektor był czasem potworem.

— To znaczy?
— (śmiech) Traktował zespół jako masę plastyczną, którą się kształtuje. Nie zawsze się hamował, ale był bardzo prawym i sprawiedliwym człowiekiem. Tak więc robię teraz szkice i zanoszę ludziom, którzy go znali, żeby omówić tzw. psychologię i podobieństwo. Oprócz tego w wolnych chwilach cały czas coś dłubię. Tylko że jest to strasznie długi proces. Najlepiej, żebym miał do dyspozycji co najmniej kilka dni, a nawet nocy, bo wtedy najlepiej mi się maluje. Dobrze się wtedy czuję, takie jest moje ustrojstwo.

— To w ogóle pan nie sypia?!
— Oczywiście, że śpię. A jak w dzień mam próbę w teatrze, to zasypiam, biorąc czasem proszek. W moim wieku muszę się szanować.

Marek Barbasiewicz urodził się w 1945 roku w Przeworsku. W 1964 roku ukończył średnią Szkołę Plastyczną w Poznaniu, a w roku 1968 Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną im. Leona Schillera w Łodzi. Obecnie jest aktorem Teatru Narodowego w Warszawie, pracował też w teatrach: Nowym w Łodzi, im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Scenie na Piętrze w Poznaniu oraz warszawskich Ateneum, Polskim, Powszechnym i Komedia.
Źródło: Filmpolski.pl
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także