Sobota, 20 lipca 2019. Imieniny Fryderyka, Małgorzaty, Seweryny

Bitwa w Karbali: Jak każdy małolat latałem 
i krzyczałem: tra ta ta ta!

2015-09-20 09:40:00 (ost. akt: 2015-09-20 09:39:32)
Kadr z filmu "Karbala" o bohaterskiej bitwie polskich i bułgarskich żołnierzy w Iraku

Kadr z filmu "Karbala" o bohaterskiej bitwie polskich i bułgarskich żołnierzy w Iraku

Autor zdjęcia: Materiały prasowe

Popularność zyskał grając w "Na Wspólnej" i w "Prawie Agaty", ale coraz częściej spogląda na nas z wielkiego ekranu. Tym razem zagrał kaprala Maleńczuka w głośnym filmie "Karbala". 
Z Leszkiem Lichotą rozmawia Rafał Bieńkowski.

Chociaż byliśmy z ekipą ubezpieczeni, to sam też dodatkowo ubezpieczyłem się na życie wliczając w to... działania wojenne i ataki terrorystyczne. To może wydawać się śmieszne z perspektywy tego, jak teraz sobie tutaj siedzimy, ale śledząc doniesienia medialne czuliśmy, że taki wyjazd może wiązać się z pewnym ryzykiem. Zdrowy rozsądek nakazywał mi przynajmniej zabezpieczyć swoich bliskich


— Po obejrzeniu „Karbali” zacznę od pytania: czy jest pan cały?

— Dobre pytanie, chociaż trochę czasu już minęło od zakończenia zdjęć, zdążyliśmy wylizać rany. W tak dużej ekipie byli oczywiście ludzie dbający o nasze bezpieczeństwo, bo na planie takiego filmu jest bardzo ważne. To także znaczy, że bardzo realistycznie oddaliśmy sceny batalistyczne. Wokół nas świszczały kule — chociaż nieprawdziwe, tylko specjalnie spreparowane. Były wybuchy, co dobrze widać na ekranie, więc na swój sposób przeżyliśmy to podobnie jak żołnierze biorący udział w tamtej bitwie.



— To była dla pana najtrudniejsza rola?

— Myślę, że „Wataha” była nawet trudniejsza, bo i okres zdjęciowym był dłuższy. Przy tym serialu naprawdę trzeba było naganiać się po górach. Generalnie jednak były to podobne wyzwania.



— W dzieciństwie bawił się pan w wojnę?

— Chyba nie odbiegam od normy i jak każdy małolat w latach 80. latałem z patykiem po podwórku krzycząc: tra ta ta ta ta! (śmiech)



— W „Karbali” jest niezwykle wymowna scena, w której dowódca grany przez Bartłomieja Topę rozmawia z żoną przez telefon. Ona zamartwia się, żeby nie przepłacić za farbę do malowania ścian, on odpowiada, żeby nie się przejmowała, bo w Iraku żołnierze giną od min, których przygotowanie kosztuje 35 dolarów. Czy po tym filmie pan też przewartościował sobie pewne rzeczy?
— Nie potrzebowałem filmu, żeby dojść do pewnych wniosków. Mój sposób postrzegania świata od lat jest taki, że staram się odsiewać rzeczy błahe od tych istotnych. Potrafię znaleźć odpowiednią perspektywę patrzenia. A tamta scena też jest zależna od spojrzenia. W tym przypadku z perspektywy bohatera, który siedzi w samym środku wojny, wie że będzie pod obstrzałem, że będzie ciężko. A żona siedzi sobie w bezpiecznym kraju i ma swoje — dla niej ważne — dylematy. Ale w kontekście jego problemów okazuje się to niczym. To scena powstała trochę po to, żeby kobiety, które czekają na swoich facetów będących na misjach, też zrozumiały ich punkt widzenia.

— Pana żona też bała się, kiedy wyjechał pan na plan tego filmu?

— Proszę pana, nie tylko ona, sam też się bałem. Jeżeli jedzie się na zdjęcia do kraju arabskiego — mimo, że Jordania jest najspokojniejszych krajem w regionie i Amerykanie dbają, żeby było to państwo w miarę neutralne — to jednak jest otoczony przez Irak czy Syrię, gdzie co chwila wybuchają przecież konflikty. Chociaż byliśmy z ekipą ubezpieczeni, to sam też dodatkowo ubezpieczyłem się na życie wliczając w to... działania wojenne i ataki terrorystyczne. To może wydawać się śmieszne z perspektywy tego, jak teraz sobie tutaj siedzimy, ale śledząc doniesienia medialne czuliśmy, że taki wyjazd może wiązać się z pewnym ryzykiem. Zdrowy rozsądek nakazywał mi przynajmniej zabezpieczyć swoich bliskich.



— Jak miejscowa ludność reagowała na widok broni i mundurów?

— Mieliśmy mnóstwo przygód. Zaczęło się od tego, że na kilka dni zablokowano nasze wozy grające pojazdy wojskowe. Reżyser, operator, produkcja musieli szybko wymyślić, co możemy zrobić bez wozów, a przecież pojechaliśmy tam głównie po to, żeby kręcić sceny z nimi. Ale na szczęście było jeszcze trochę innego materiału do zrobienia. Codziennie dostawaliśmy tylko informacje, że „dziś jeszcze nie”. Skończyło się na trzech dniach, ale równie dobrze mogło to potrwać tydzień. Na szczęście w końcu nasze wozy przepuszczono przez granicę. A już tam, na miejscu, bywało bardzo różnie. Kręciliśmy na przykład sceny w dzielnicach palestyńskich, gdzie na widok naszych wozów opancerzonych i mundurów sił koalicyjnych nie było gestów przyjaźni. Efekt był taki, że musieliśmy się uwijać w ekspresowym tempie.



— Bitwa o City Hall, która nazywana jest największą polską bitwą od czasów drugiej wojny światowej, przez lata nie była znana opinii publicznej. Kiedy dowiedział się pan o wydarzeniach z Karbali?

— Jak większość z nas dopiero, kiedy dostałem scenariusz do ręki, kiedy Krzysiek Łukaszewicz zaczął nas wtajemniczać w ten temat. Wcześniej — tak jak większość ludzi w tym kraju — nie miałem zielonego pojęcia o takiej akcji. Pamiętajmy jednak, że przez długie lat była ona objęta klauzulą milczenia. Dopiero później pojawiła się wzmianka w jakimś artykule, a Krzysiek swoim czujnym okiem to wyłowił. I to zainspirowało go do napisania scenariusza. Ale mimo to w dalszym ciągu nie była to wiedza dostępna dla masowego odbiorcy.



— Czy kiedy rozmawialiście z prawdziwymi żołnierzami z City Hall, byli rozgoryczeni, że tak ważne wydarzenie z ich życia zostało im skradzione? Bo Polaków oficjalnie tam przecież nie było, ordery dostali inni.

— Uczucie rozgoryczenia może towarzyszyć jakiemuś młodemu żołnierzowi, który nie ma jeszcze doświadczenia i wyrósł na pięknych polskich legendach wojennych. Bo tak doświadczeni żołnierze, którzy to przeżyli — a minęło od tamtego czasu już 10 lat — wiedzą, na czym to polega. Wojsko to sfera życia, z którą wiążą się pewne tajemnice. Rozkaz trzeba wykonać, a skoro o tej akcji się nie mówi, to nikt z tym nie dyskutuje. Natomiast na pewno czuli zbliżającą się pewnego rodzaju sprawiedliwość dziejową, która w końcu opowie o tych wydarzeniach. Bo to było dla nich bardzo traumatyczne przeżycie. Oni z tymi rzeczami żyją do dzisiaj.



— „Karbala” nie była pierwszym filmem, na planie którego współpracował pan z reżyserem Krzysztofem Łukaszewiczem. W 2010 roku zagrał pan w filmie „Lincz”, który powstał na podstawie prawdziwej historii z podolsztyńskiego Włodowa. Jak wspomina pan pracę przy filmie mówiącym o wydarzeniach, które tak naprawdę nie mieszczą się w głowie?

— Historię z „Linczu” ludzie doskonale znali z gazet, było o tym bardzo głośno. Takie trudne i prawdziwe historie są w pewnym sensie specjalizacją Krzyśka jako scenarzysty i reżysera. To nie są rzeczy wyssane z palca, nikt tutaj nie fantazjował. Krzysiek uznaje, że życie przynosi tyle ważnych tematów, że gdyby je wszystkie opisać, że nie wystarczyłoby życia jednego reżysera. „Lincz” — który kręciliśmy także w Olsztynie — był mocny, o czym świadczy chociażby to, że Krzysiek za swój debiut otrzymał „Wielkiego Jantara” na Festiwalu Debiutów Filmowych w Koszalinie, gdzie ja również dostałem nagrodę. Podczas pracy nad filmem poznaliśmy pierwowzory naszych bohaterów. To była trudna sprawa, która wiele ich kosztowała. Ta historia do dzisiaj budzi kontrowersje, bo trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czy ich czyn był dopuszczalny, czy nie. Wciąż można zadawać sobie pytanie, co my byśmy zrobili, gdyby ktoś w naszym domu, na naszym podwórku zaczął nas atakować. Czy mamy prawo w obronie koniecznej sięgnąć po aż tak drastyczne środki? Odpowiedź nie jest łatwa i w nich też to siedziało. Zaraz po skończeniu filmu ci ludzie zostali ułaskawieni, więc sprawiedliwość została im oddana, prawo stanęło po ich stronie, ale nie rozwiązuje to problemu, to wciąż w tych ludziach jest. Tutaj nie można powiedzieć „dobra, było minęło”. Po premierze widziałem łzy w oczach tych ludzi, to rzeczy nie do opisania.
Podobnie było przy „Karbali”, którą oglądali żołnierze. Oni zupełnie inaczej dobierali ten film niż widz, czy nawet aktor, bo dla mnie to była co najwyżej przygoda. Dla nich to coś więcej niż film, to oddanie im hołdu.



— Przebył pan ciekawą drogę aktorską. Od trochę miśkowatego Grzegorza Zięby w serialu na „Na Wspólnej”, poprzez rolę adwokata w „Prawie Agaty”, do trudnych postaci w „Watasze” czy „Karbali”.

— Człowiek ewoluuje. Kim innym byłem na scenie 15 lat temu, kim innym 10 lat temu, a jeszcze inny jestem teraz. Na pewno mam większe doświadczenie, ale czy przez to potrafię więcej? Wątpię, raczej wiem jak ukryć pewne swoje niedoskonałości (śmiech). Wydaje mi się, że z wiekiem pewne rzeczy się tarci, często bezpowrotnie, a inne się zyskuje. Zawsze jest coś za coś.



— Pochodzi pan z Wałbrzycha, więc na koniec muszę zapytać o...

— ...Oczywiście o złoty pociąg?

— Tak jest. Zagrałby pan w filmie o nim? Przecież to świetny materiał na scenariusz. Mimo wszystko.

— Przede wszystkim jako aktor cały czas czekam, żeby zagrać w filmie, którego akcja albo toczy się w Wałbrzychu, albo mówi o samym mieście. Czekam na to w zasadzie od czasów studiów.
A co do samego pociągu? Nie wiem, skoro wszyscy wierzą w Boga, którego nikt nie widział, to dlaczego pociąg — którego też nikt nie widział — miałby nie istnieć? Jeżeli istnieje w świadomości ludzi, to już jest to w jakiś sposób zaznaczone. A czy on się odnajdzie lub nie? Na pewno jest to jakaś wakacyjna atrakcja, na pewno Wałbrzych na tym zyskuje i to nie tylko w skali kraju, ale i całego świata. Parę dni temu dostałem telefon z zamku Książ, żebym wsparł ich akcję odkrywania Wałbrzycha. Otrzymałem od nich m.in. koszulki na których jest zamek, kopalnia i piękny złoty pociąg wyjeżdżający z tunelu. No i super.



Rozmawiał Rafał Bieńkowski

Leszek Lichota urodził się 17 sierpnia 1977 roku w Wałbrzychu. Aktor filmowy i teatralny znany przede wszystkim z roli Grzegorza Zięby w serialu „Na Wspólnej” oraz Marka Dębskiego w „Prawie Agaty”. Niedawno zagrał główną rolę w opowiadającym historię straży granicznej serialu „Wataha”. Obecnie w kinach można go oglądać w filmie wojennym „Karbala” przedstawiającym bohaterską bitwę polskich i bułgarskich żołnierzy w Iraku, którzy w 2004 roku przez cztery dni skutecznie bronili przed irackimi rebeliantami budynku ratusza w Karbali, nazywanym potocznie City Hall.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB