Piątek, 26 maja 2017. Imieniny Eweliny, Jana, Pawła

Teraz pomagam innym, bo muszę i chcę odpłacić to, co dostałam

2015-08-31 16:39:05 (ost. akt: 2015-08-31 17:43:18)

Autor zdjęcia: Przemysław Getka

Na scenę wróciła po czterech latach nieobecności. W tym czasie walczyła przy wsparciu lekarzy i przyjaciół o uratowanie poparzonej twarzy. Jej historia to opowieść o waleczności i smakowaniu życia. Z Alicją Kochańską, aktorką Teatru im. Jaracza w Olsztynie rozmawia Ewa Mazgal
.

— Gra pani w sztuce pod tytułem „Dziwka z Ohio” Hanocha Levina...

— Niektórym widzom tytuł ten nie przechodzi przez usta, więc proszą o bilet na tę pan z Ohio albo o bilet na „Prostytutkę z Oklahomy”.


— Czy jest to sztuka kontrowersyjna?

— Kiedy dowiedziałam się, że „Dziwkę” reżyseruje Adam Sroka, uspokoiłam się, bo pracowaliśmy już wcześniej i znamy się. Wiem, że jest to reżyser dobry i szlachetny, który nie pozwoli skrzywdzić aktora. Od początku mówił, że w spektaklu nie będzie obsceniczności, że nie będzie to spektakl kontrowersyjny. Chciał pokazać ludzi z poczuciem humoru i fantazją. Chciał, by widz czuł do bohaterów „Dziwki” sympatię, choć są strasznie pokręceni. Nie są szlachetni ani dobrze urodzeni.


— Jest to też sztuka o marzeniach. Każdy z bohaterów chce jeszcze w życiu coś przeżyć.

— Każdy tęskni za miłością i bezpieczeństwem. Nie udaje im się, ale nie będziemy zdradzać szczegółów tej historii.


— Pani gra kobietę uprawiającą najstarszy zawód świata, której motywy jednak rozumiemy.

— Gram kobietę pracującą, która musi o siebie zadbać, bo nikt inny tego nie zrobi. Jest sprytna i nie pozbawiona wdzięku.


— Wymyśliła ją pani sama, korzystając z przykładów literackich czy filmowych?

— Nie. Rozmawialiśmy dużo z reżyserem na temat tej postaci i dwóch innych postaci. Analizowaliśmy scenę po scenie. Jako aktorzy czuliśmy się zaopiekowani i bezpieczni.


— A bywa teatrze niebezpiecznie?

— Bywa. Jeżeli się trafi na reżysera, który jest niepewny i nieprzygotowany i dopiero próbuje różnych rozwiązań. To też jest fajne, bo możemy brać udział w procesie twórczym, ale bywa, że nie czujemy się wówczas komfortowo. Reżyser musi wiedzieć, dokąd podąża. Po premierze dowiedziałam się, że Adam Sroka dwa lata czekał na mnie, bym mogła zagrać w „Dziwce”. Miałam długą czteroletnia przerwę w pracy i w tym czasie Adam wynalazł sztukę Levina, zgłosił się z nią do dyrektora. Janusz Kijowski powiedział wtedy, że jestem jeszcze na zwolnieniu. Adam Sroka odparł, że poczeka.


— Wśród pani ról sprzed lat jest m.in. świetna Balladyna. Ale na początku pani kariery jest też Ania z Zielonego Wzgórza, bohaterka mojej ulubionej książki.

— Ojej, to było wiele lat temu! Ten spektakl wyreżyserował Henryk Adamek w Bielsku-Białej. Była to bardzo ciekawa realizacja, opowiadająca o... kręceniu filmu „Ania z Zielonego Wzgórza”. Graliśmy na scenie, ale nagrywaliśmy też na oczach widza dialogi do filmu, kręconego w plenerze. Po 10 latach Henio Adamek przywiózł mi do Olsztyna „Czarującą szewcową”.


— Za rolę tytułową w tym spektaklu, podobnie jak za Balladynę, dostała pani Teatralną Kreację Roku. Reżyserzy panią lubią.

— A to różnie bywa! Z Adamem Hanuszkiewiczem na początku jego pracy nad „Dulską” było ostro. Ja grałam w tym spektaklu Hesię.


— Byłam na próbie i pamiętam, że Hanuszkiewicz na was pokrzykiwał.


— Oj, tak! Z jednej strony był dżentelmenem, ale temperament go ponosił. Jednak zależało mu na jakości spektaklu. Z „Dulskiej” był zadowolony. W naszym teatrze zrobił jeszcze „Wesele” i „Kordiana”, a „Dulską” powtórzył w Warszawie.


— Co zdecydowało o tym, że wybrała pani aktorstwo?
— Może moja wrodzona empatia? Zawsze potrafiłam obserwować, słuchać ludzi, zawsze mnie fascynował człowiek. Zanim pomyślałam o szkole teatralnej zastanawiałam się nad studiowaniem psychologii. I do dzisiaj człowiek mnie ciekawi. A jeżeli chodzi o wybór aktorstwa? Lubiłam zawsze śpiewać, brałam udział w szkolnych przedstawieniach.


— Co w aktorstwie jest najlepsze? Kiedy patrzy się z zewnątrz wydaje się, że wszystko.

— Oj, nie. Każdemu, kto zdaje do szkoły teatralnej, wydaje się, że będzie tylko pięknie i że będą same sukcesy. A ja myślę, że jest to zwód dla specyficznych ludzi. Takich, którzy mają ducha sportowego i którzy są odporni psychicznie. Proszę zobaczyć, ile osób nie wytrzymuje w tym zawodzie, jeżeli przychodzi sukces, jeżeli przychodzi porażka albo jeżeli nic nie przychodzi. A tu trzeba myśleć pozytywnie, traktować ten zawód jako pasję i nie czekać bez przerwy na sukces. Bo prostu trzeba grać najlepiej, jak się potrafi, bawić się tą pracą, korzystać ze spotkań z ludźmi. Ja zawsze cieszę się przed nowym spektaklem, bo wiem, że czeka mnie kolejna przygoda i zawsze jestem ciekawa nowych ludzi. Ktoś mnie kiedyś zapytał, kiedy miałam tę dłuższą przerwę w pracy, jak poradzę sobie po powrocie, kiedy będę wszystko zaczynać od nowa. Odpowiedziałam, że to nieprawda. Przerwa, jeżeli w jej trakcie pokonuje się siebie i pracuje się na sobą, to tylko kolejny etap życia. Kiedy się wraca trzeba po prostu opanować tremę i oswoić się z publicznością.


— Trzeba być człowiekiem walecznym, jak pani.

— Trzeba być waleczny i silnym psychicznym.


— Pani nie było na scenie cztery lata. W tym czasie leczyła pani twarz po oparzeniu. Proszę opowiedzieć o tym wypadku.

— Pojechałam do Ameryki, miałam piękne wakacje. Zwiedzałam kraj i było cudownie. Ale zdarzył się wypadek. Ponieważ ogień wybuchł mi w twarz, uszkodził komórki wewnątrz skóry. Dlatego proces leczenia, który miał trwać rok, wydłużał się. I gdyby nie rodzina, przyjaciele i znajomi, nie wiem, jakbym sobie poradziła. Jestem silna, ale miałam momenty załamania. Wylałam morze łez. Wszyscy mówili: Na pewno wrócisz!, ale to były tylko słowa. Nikt mi nie umiał powiedzieć, jak i kiedy zakończy się leczenie. A dotarłam do najlepszych lekarzy w Polsce w Siemianowcach, Zabrzu i Warszawie, gdzie tylko się dało, do wszystkich sław od poparzeń. Oni rozkładali ręce i mówili, że potrzebna jest cierpliwość, czas i moja praca. Musiałam blizny ugniatać, przyciskać, nawet nosić specjalna maskę. Przeszłam operację nosa. Jedni proponowali mi przeszczep skóry, inni odradzali. Przeżywałam stres, strach i niepewność. To jest jednak twarz. Jeszcze dzisiaj jest mi trudno o tym mówić.


— Wcale się nie dziwię.

— Ale nie chodzi mi o sam wypadek tylko o pomoc ludzi. To było coś niebywałego. Dostałam od nich nieprawdopodobną siłę! Na początku wszystkich unikałam, chowałam się, próbowałam walczyć w samotności, a oni ciągle przychodzili.


— To byli ludzie z teatru?

— Tak. Od początku towarzyszyła mi Irena Telesz, ale pomagali mi nie tylko koledzy aktorzy, także dyrektor teatru i Beata Ochmańska. Mówili, że czeka na mnie mnie miejsce w garderobie i na scenie. Koledzy organizowali akcje charytatywne, podczas których zbierali pieniądze, bym miała na wyjazdy i na zabiegi. Pomagali mi też olsztyńscy lekarze. Dawali mi kontakty do profesorów. Nawiązałam też nowe przyjaźnie, poza naszym teatralnym środowiskiem i do dzisiaj z tymi ludźmi łączy nas silna więź. Może dlatego, że spotkaliśmy się w takim trudnym momencie? Ja płakałam, oni płakali i razem dźwigaliśmy moje nieszczęście. Dzisiaj mam tyle energii, że jeżeli jest taka potrzeba, pomagam innym. Już wzięłam udział w dwóch akcjach charytatywnych. Muszę teraz odpłacić to wszystko, co dostałam.


— Pani przypadek jest dowodem na to, że nikt nie jest samotną wyspą. Nie jest prawą, że dzisiaj liczą się tylko pieniądze i własne przyjemności.

— Ciągle byłam zadziwiona tą solidarnością. Kiedy coś dostawałam, płakałam, bo przyjmować jest ciężko. Łatwiej jest dawać. I ja na nowo pokochałam Warmię.
 O Warmio moja miła, cóżeś ze mnie uczyniła na nowo?! Moja mama pytała: Skąd ty masz tam takich niesamowitych ludzi?


— To bardzo optymistyczna historia dająca nadzieję. Bo boimy się, że gdy coś się z nami stanie, zostaniemy sami.

— Okazuje się, że ludzie są.


— Ma pani też dwie córki. Co robią?

— Moje córki to moja miłość i moja duma. One ciągle mnie zaskakują. Ania w tym roku skończyła szkołę teatralno-filmową w Londynie. Ma już swojego agenta i czeka na propozycje ról.


— Czyli jest angielską aktorką bez akcentu i tak dalej?!

— Tak. Zdała egzamin państwowy. Nad językiem pracowała cały czas. Teraz nie można poznać, że nie jest z wysp. Sama się utrzymuje. Jest naprawdę dzielna. I ze swoim chłopakiem Szkotem jedzie do Hongkongu, Malezji i Tajwanu. Natomiast Marysia pisze teraz pracę magisterską z kulturoznawstwa. Ale sama nauczyła się grafiki komputerowej i ma różne zlecenia. Robi znaki graficzne firmom, strony internetowe i w ten sposób zarabia na życie. Wie, że po tych cudownych, humanistycznych studiach pracy nie znajdzie. Planuje wyjazd do Stanów Zjednoczonych na półroczne stypendium. Moje dziewczyny są światowe. Patrzę na nie i oczom nie wierzę.


— Rozumiem, że po wypadku panią wspierały?

— Niebywale. W trudnych momentach były dojrzalsze ode mnie. Kiedy dzisiaj patrzę na to wszystko, zdałam sobie sprawę, że przez wypadek nie zauważyłam, kiedy one wyszły z domu. A ja tak bałam się tego momentu!


— Jak zapowiada się nowy sezon, który rozpocznie się lada moment w teatrze? Teraz oprócz „Dziwki” gra pani w spektaklu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”.

— Warto przypomnieć, że „Wojna” wzięła udział w projekcie Teatr Polska. Z 90 spektakli wybrano 10, w tym nasz, i będą one pokazywane w miejscach, gdzie teatr nie dociera. My będziemy jeździć z „Wojną” po naszym regionie we wrześniu, październiku i listopadzie. Ja się z tego cieszę, bo coś dzieje. Będę też brała udział w nagrywaniu audiodeskrypcji do teatralnych spektakli. Wystąpię też w filmie. Na Warmii Filip Bajon będzie kręcił film „Kamerdyner”. Jest to opowieść o losach mieszkańców Kaszub, ale skorzysta z olsztyńskich aktorów. Byłam w lipcu na spotkaniu z Filipem Bajonem i zostałam zaangażowana. Wiec fajna przygoda przede mną.


— Na stronie teatru przeczytałam, że pani pasje to podróże, fotografia i Paryż. To prawda?

— Kocham podróże małe i duże i zazdroszczę moim córkom możliwości, jakie mają. Ale Ania zafundowała mi wyjazd do Londynu i nie tak dawno zwiedziłam Anglię. Byłam i w Kanadzie i w Stanach, ale jak zdarzają się mniejsze podróże, to też bardzo się cieszę. Uwielbiam kosztować kuchnie świata i poznawać nowych ludzi.


— A jak było z Paryżem?

— Jeździłam tam często, bo w Paryżu mieszkała moja siostra, której mąż był konsulem. We Francji delektowałam się życiem, a Paryż kocham bardzo. Dużo też fotografuję. Koledzy śmieją się, że drugi mój zawód to reporter. Wszędzie gdzie idę, idę z aparatem i robię dużo zdjęć. Fotografuję i przyrodę, i sztukę, i architekturę, i ludzi, i zwierzęta. Kiedy moje córki gdzieś jadą, mówię im: „Tylko róbcie dużo zdjęć!”. Potem oglądamy je razem i w ten sposób też podróżuję.



Ewa Mazgal

Alicja Kochańska jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, Filii we Wrocławiu. Pracowała w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej oraz w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Od 1988 roku jest w zespole Teatru Jaracza w Olsztynie. Na scenie można ją oglądać w spektaklach "Dziwka z Ohio" oraz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety".




PODPIS PO ZDJECIE
Alicja Kochańska: Każdemu, kto zdaje do szkoły teatralnej, wydaje się, że będzie tylko pięknie. A ja myślę, że to zawód dla ludzi, którzy mają ducha sportowego i są odporni psychicznie
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

zobacz informacje z ostatnich 24h

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB