Czwartek, 29 września 2016. Imieniny Michaliny, Michała, Rafała

Solidarni siedzieli w Barczewie

2015-08-22 12:00:00 (ost. akt: 2015-08-22 12:09:51)
Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki byli w Barczewie trzy lata temu przy okazji 200-lecia więzienia. Jak podkreślali, obecnych warunków nie da się porównać do tego, w jakich ich trzymano.

Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki byli w Barczewie trzy lata temu przy okazji 200-lecia więzienia. Jak podkreślali, obecnych warunków nie da się porównać do tego, w jakich ich trzymano.

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

Wkrótce będziemy obchodzili rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Wielu z zasłużonych działaczy Solidarności wspomnienia sprzed 35 lat kieruje przede wszystkim w stronę więzienia w Barczewie, gdzie zamknęła ich bezpieka.

Trudno powiedzieć, jak wyglądałaby dziś Polska, gdyby nie Solidarność. Niezależnie od tego, jak ocenia się osiągnięcia Okrągłego Stołu, polski ruch opozycyjny lat 80. może, a nawet musi imponować swoimi działaniami. Niejednokrotnie działacze „S” przypłacali strajki i inne akcje protestacyjne zdrowiem i życiem.

Także nasz teren zapisał się w pamięci wielu z nich. Na początku lat 80. więzienie w Barczewie dla wielu z nich stało się przymusowym drugim domem. W jednym czasie na oddziale nr 14 znaleźli się: Edmund Bałuka, działacz związkowy jeszcze z grudnia 1970 r. (5 lat więzienia), Piotr Bednarz, zastępca przewodniczącego regionu Dolny Śląsk NSZZ Solidarność (4 lata), Władysław Frasyniuk, przewodniczący regionu Dolny Śląsk (6 lat), Patrycjusz Kosmowski, przew. regionu Podbeskidzie (6 lat), Jerzy Kropiwnicki, zastępca przew. regionu Ziemia Łódzka (6 lat), Andrzej Słowik, przew. regionu Ziemia Łódzka (6 lat) i liderzy KPN: Leszek Moczulski (7 lat), Tadeusz Stański (5 lat), Romuald Szeremietiew (5 lat). – Dziwiło nas, że trafiliśmy do jednego więzienia — mówi Tadeusz Stański.

— Nas z KPN, mnie, Szeremietiewa i Moczulskiego, wrzucili do wspólnej celi nr 18. Może liczyli, że się skłócimy? W ciągu dwóch miesięcy dorzucili jeszcze Słowika, Kropiwnickiego, Patryk Kosmowskiego, Edmunda Bałukę, Piotrka Bednarza, potem także Władysława Frasyniuka. Ten ostatni trafił na normalny oddział. Poszliśmy z Szeremietiewem do naczelnika Lutrzykowskiego, a on na to, że przecież Frasyniuk jest grypsujący. Ale udało nam się go wziąć do siebie.

Jak wyglądał oddział? — Na górze oddział zakaźny dla chorych z żółtaczką, na dole oddział izolacyjny, dla skazanych wyrokiem sądu za przestępstwa popełnione w więzieniu... — wspomina Andrzej Słowik, a Romuald Szeremietiew dodaje: — Cele zagrzybione, deski na gruncie.

Wody nie ma, kanalizacji nie ma, do tego towarzystwo nazisty Ericha Kocha. Uwłaczające dla opozycjonistów walczących o wolność. — Wykorzystywaliśmy to, na ile się dało — wspomina Słowik. — No bo jak to, zbrodniarz wojenny przebywa w takich samych warunkach, jak my? Kiedyś wymknąłem się oddziałowemu i zamiast wrócić do celi, wyjrzałem na spacerniak podczas spaceru Kocha, ale on reagował alergicznie na widok każdego obcego. Zatrzymał się, z daleka odpowiedział „Dżen dobry” i to wszystko. Bał się o swoje życie. Dla kryminalistów, którzy byli tam osadzeni, zarezać Kocha to byłby wielki honor.

— Mój profesor, u którego pisałem doktorat, specjalista od spraw niemieckich, dostał ataku szału, gdy się o tym Kochu dowiedział — wspomina Szeremietiew.
Mimo niesprzyjających warunków opozycjoniści zaczęli walczyć o swoje. Kropiwnicki i Słowik podjęli głodówkę. — Trwało to 63 dni — mówi Słowik. — Dzięki zainteresowaniu episkopatu i środowisk opozycyjnych przez nasze rodziny i znajomych, wróciliśmy do jako takich warunków. Zyskaliśmy przemieszczanie się pomiędzy celami, przychodził do nas kapelan, nawet nauka była możliwa. Z kapitanem Lutrzykowskim mieliśmy przeprawę... Później, po wyjściu latach 90., znalazłem się w Olsztynie z okazji kolarskiego Wyścigu Solidarności i z przewodniczącym regionu pojechaliśmy odwiedzić Barczewo. Rozmawiamy z nowym naczelnikiem, w nowym gabinecie i wchodzi pani z zamówioną dla nas kawą: filiżanki, cukiernice, łyżeczki dzwonią, ręce jej się trzęsą... I okazało się, że to była żona naczelnika, z którym mieliśmy tyle kłopotów.

Inni więźniowie odnosili się do nich z szacunkiem. — Mówiąc językiem dzisiejszej młodzieży – był dla nas pełen szacun — mówi Słowik. — Rozmawiali z nami, podawali rękę, traktowali nas mówiąc językiem grypsery więziennej jak ludzi, nie jak frajerów.

Co innego strażnicy. — Jedyny, który zachowywał cechy człowieczeństwa i warty jest wspominania, nazywał się Słoń — mówi Słowik, a jego wersję potwierdza Szeremietiew. — Reszta? Skoda gadać...

Frasyniuk, Bednarz, Patrycjusz Kosmowski i Szeremietiew, czyli KPN i Solidarność, połączyli siły w buncie. — My nie chcieliśmy głodować, chcieliśmy mieć siły — mówi Tadeusz Stański. — Więc często w nocy krzyczeliśmy „pogotowie!”, „alarm!”, waliliśmy miskami po rurach. Oni przybiegali i nas skuwali. Najpierw kajdankami. Potem Frasyniuk, który był z Krzyków, a jego koledzy, jak mówił, siedzieli, siedzą lub będą siedzieć, popisał się przed strażnikami, że umie je rozkuwać i zmienili nam kajdanki na zaciskowe pasy. Wymęczyliśmy ich, ale ponieśliśmy też straty. Szeremietiew dostał choroby wieńcowej, Bednarz próbował popełnić samobójstwo, rozcinając się nożem.
— Przychodzili do mnie z tym pasem w trakcie głodówki — mówi Słowik. — Najpierw krępowali ręce a potem otwierali usta. Antoś Pyton był specjalistą od nazwijmy to barczewskiej akupresury i wiedział, jak do tego doprowadzić.

Była także termosuwa, czyli specjalna klatka w celi. — Po wsadzeniu skrępowanego człowieka do środka po 20 minutach brakowało tlenu — mówi Szeremietiew. — Mnie wkładano w kaftan bezpieczeństwa i wieszano na haku za ręce.

Ale więźniowie sobie radzili, mimo represji. Były więzienne tajne komplety, prawie jak w „Skazanych na Shawshank”. — Kropiwnicki uczył mnie języka angielskiego i francuskiego — wspomina Słowik. — Miał podręczniki, kserował nam skrypty. Dla mnie indywidualnie była także ekonomia, prawdziwa, nie ta socjalistyczna — wykresy współczynnika elastyczności cenowej popytu, podaży, prawa Kaynesa... I to wszystko po angielsku. To też była katorga!

Czy było warto odsiadywać w tych więzieniach za walkę z komuną? — Było trzeba, nie można było inaczej — mówi Słowik. — To podobna kwestia jak z powstaniem warszawskim. Trzeba było, dla pokazania poziomu własnej godności i obrony ideałów. Nikt do więzienia nie idzie z własnego wyboru, ale walczyliśmy o swoje i o to, żeby żaden prymitywny typ nie wlazł nam na głowę. Czas pokazał, że racja była po naszej stronie. Byłem w Barczewie trzy lata temu przy okazji 200-lecia więzienia. Oddział przebudowany, inna kadra. Nie chcę powiedzieć, że życzyłbym sobie takich warunków, bo żadnych bym sobie nie życzył, ale nie da się tego porównać. No i nie ma już więźniów politycznych.

Łukasz Wieliczko
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB