Poniedziałek, 19 listopada 2018. Imieniny Elżbiety, Faustyny, Pawła

Pewnych siebie kobiet boją się chłopcy, a nie prawdziwi mężczyźni

2015-05-02 20:30:00 (ost. akt: 2015-05-02 20:26:20)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Swoja bloga zaczęła pisać z pasji do ubrań. Z czasem zaczęły go czytać tysiące osób. W 2012 roku jej blog został uznany Blogiem Modowym Roku. Macademian Girl, czyli 24-letnia Tamara Gonzalez Perea opowiada o tym, jak została blogerka modową, ojcu strojnisiu i mamie, jej najwierniejszej fance.

— Zaczynałaś jak większość blogerek modowych: pisałaś po prostu o tym, co cię interesowało. Z czasem twoją stronę zaczęły odwiedzać tysiące osób, a roku twój blog został dwukrotnie uznany Blogiem Modowym Roku. Było zaskoczenie?
— Wszystko to to efekt bardzo długiej, mozolnej i sumiennej pracy. Bardzo angażowałam się w to, co robiłam. Zresztą po dziś dzień bardzo mocno się angażuję. Ale mimo wszystko zaskoczenie było. Przede wszystkim dlatego, że w pewnym momencie zaczęło to nabierać nisamowitego tempa. Mam ogromny dług wdzięczności wobec ludzi, którzy czytali mojego bloga i tych, którzy dopingowali mnie w życiu prywatnym. To niezwykłe uczucie: zacząć od pasji i przekształcić to w pracę, która sprawia mi przyjemność i którą zajmuję się na co dzień.

Jako dziecko byłam prześladowana: zaczynając od naprawdę brzydkich wyzwisk, których aż się nie chce powtarzać, do tego, że ktoś np. napluł mi na plecy na korytarzu, czy próbował pobić. Po prostu spotkałam się z rasizmem. W Polsce to wciąż bardzo poważny problem
— W Polsce bycie blogerką modową wciąż jednak jest krytykowane...
— Blogerka modowa niestety nie kojarzy się w Polsce z niczym dobrym. Choć na pewno brzmi lepiej niż szafiarka, bo ja sama na szafiarkę reaguję alergicznie. Ja się szafarką nigdy nie czułam. Dla mnie określenie blogerka modowa jest pozytywne w tym pierwotnym znaczeniu: zainteresowania szeroko pojętą modą, a nie tylko tym, w co się dziś ubrać i co zjeść. A dyskusję o tym, czy praca blogerki modowej jest pracą, zakończyłam już dawno.

— Kto namówił cię na prowadzenie bloga?
— Nikt mnie nie musiał do tego namawiać, sama miałam taką chęć, żeby zająć się blogowaniem. Natomiast bardzo zachęcała mnie moja mama, która miała dość słuchania o kolejnych ubraniach i kolejnych blogach, które ja czytam (śmiech). Stwierdziła, żebym ja już założyła tego swojego bloga i przestała jej to wszystko opowiadać. To była spora motywacja do tego, żebym poszła właśnie w tym kierunku. Potem wszystko potoczyło się samo, bo bardzo mi się to spodobało i czułam, że rozwijam się w dobrym kierunku.

— Kolorowy ptak polskiej mody — w mediach to już właściwie twoje drugie imię.
— Ale niejedyne, bo to nierealne, żeby ktoś taki jak ja miał tylko jedno określenie. Takich określeń, które mnie opisują, jest bardzo wiele. Między innymi właśnie kolorowy czy rajski ptak polskiej mody. Jest jeszcze oczywiście mój nick blogowy: Macademian Girl.

— Skąd pomysł na tę nazwę?
— Od orzechów makadamia, które uwielbiam. Mam także taką śniadą, orzechową karnację, więc określenie jest idealne.

— Swoją orientalną urodę odziedziczyłaś po tacie, który pochodzi z Panamy. Słyszałam, że miałaś przez nią sporo problemów.
— To prawda, miałam z tym wiele problemów. Spokojnie można powiedzieć, że jako dziecko byłam prześladowana: zaczynając od naprawdę brzydkich wyzwisk, których aż się nie chce powtarzać, do tego, że ktoś np. napluł mi na plecy na korytarzu, czy próbował pobić. Po prostu spotkałam się z rasizmem. Może dla wielu jest to abstrakcyjne, ale w Polsce to wciąż bardzo poważny problem. Szczególnie wśród dzieci, bo nie ma w nich strachu przed konsekwencjami ani wyczucia, co jest właściwe, a co nie. Uważam, że trzeba mówić o tolerancji. Tutaj nie ma żartów, bo jeszcze niejeden dzieciak wróci do domu z podbitym okiem.

— Jak sobie radziłaś z tymi atakami?
— Tutaj panuje prosta zasada: kiedy można, to trzeba uciekać, a jak już nie można, to trzeba walczyć. Fakt, że bardzo mnie to wszystko wzmocniło.

— Wyróżniasz się nie tylko karnacją, ale także ogromnym zamiłowaniem do kolorów, które wyróżniają cię z tłumu. Co to mówi o tobie?
— Moje zamiłowanie do kolorów przekazuje innym, żeby zawsze byli sobą i nie dali się wbić w szereg — albo szary szereg, jeśli chodzi o ubrania. A tak naprawdę chodzi o taką mentalną ciasnotę, o to, żeby nie myśleć stereotypowo, żeby walczyć o siebie i swoje wybory, o to, co wydaje nam się właściwe. Chodzi też o to, żeby być tolerancyjnym, bo nie każdy musi być taki jak my i nie każdy powinien taki być. A przede wszystkim chodzi też o to, żeby mieć pozytywne podejście do życia. Bo nie dość, że optymiści żyją dłużej, to ludzie znacznie chętniej wokół nich się gromadzą.

— Podobno swoje wyczucie stylu także odziedziczyłaś po tacie.
— Chyba coś jest na rzeczy. Choć mój tata był zupełnie niezwiązany z modą, bo był inżynierem, to z tego, co wiem, był takim strojnisiem (śmiech). I to w sensie bardzo „tamtejszym”: przykładał ogromną wagę do tego, żeby mieć dobrze skrojony garnitur, wyprasowaną koszulę, żeby to wszystko razem fajnie wyglądało. Do tego miał jeszcze awangardowy styl — potrafił w środku zimy wyjść w słomkowym kapeluszu, bo tak czuł i już. Nie dał się wbić w ówczesną PRL-owską mentalność.

— Kiedy zaczęłaś interesować się modą?
— Na początku, jak zawsze podkreślam, było to zainteresowanie ubraniami. Kiedy zaczynałam pisać bloga, po prostu interesowały mnie ubrania, lubiłam zakupy i strojenie się. Natomiast to, co robię teraz, to już jest moda. Chodzę na pokazy, interesuje mnie to, czym moda jest. A ona opisuje dzisiejszy świat: doskonale oddaje nastroje społeczne i jest taką dziedziną sztuki, która nie dość, że jest użytkowa, to jeszcze jest najbliżej człowieka. Nawet architektura nie jest tak blisko — zawsze najpierw ubieramy siebie, dopiero później patrzymy na nasz dom. I nawet zwykła, czarna koszulka i dżinsy to już jest jakiś wybór modowy, który coś o nas mówi. No, nago nikt po ulicy nie biega (śmiech).

— Nie boisz się wyróżniać z tłumu, jesteś pewną siebie kobietą. Podobno to onieśmiela mężczyzn?
— Kiedyś myślałam, że mężczyźni boją się pewnych siebie kobiet. Teraz wiem, że ci, którzy się boją to nie są mężczyźni, tylko chłopcy. Prawdziwi mężczyźni nie mają z tym problemu! Ja naprawdę nie narzekam na brak powodzenia: raz, że jestem osobą publiczną, dwa, że jestem bardzo kolorowa. Wokół mnie jest wielu fajnych facetów, którzy potrafią docenić takie kobiety. To po prostu kwestia wieku. Inaczej myślą chłopcy, a inaczej mężczyźni, którzy szukają w życiu partnerki. Teraz nie jest źle, ale np. w liceum, gdzie także byłam pewna siebie, chłopców to onieśmielało. To znaczy, nie byłam zarozumiała, po prostu nie byłam taką trzpiotką, której można było wcisnąć garnek na głowę i chłopcy się tego bali, nie bardzo wiedzieli, jak się do tego odnieść. Wtedy nosiłam spodnie bardziej niż oni (śmiech).

— A jak na twój kolorowy styl reagują twoi najbliżsi?
— Czasem przyzwyczajenie się do czegoś wymaga czasu. Coś wydaje się nam dziwne, patrzymy na to pół roku i już takie dziwne nie jest. Moja rodzina reaguje bardzo pozytywnie. Wszyscy mnie wspierają, szczególnie mama, która jest chyba moją najwierniejszą fanką. I może na początku dziwnie było im na to patrzeć, choć nie mówię tu o tym, jak się ubieram, bo mniej lub bardziej właśnie tak się ubierałam zawsze. Po prostu dziwnie jest czasem widzieć, jaką siłą oddziaływania na innych ludzi ma mój strój. Moje stylizacje przerodziły się w coś publicznego, co naprawdę przyciąga uwagę. I naprawdę cieszy mnie ten oddźwięk.

Rozmawiała Ewelina Zdancewicz

Tamara Gonzalez Perea jest autorka jednego z najpopularniejszych blogów modowych w Polsce — Macademian Girl. Mieszka w Warszawie, a modą zajmuje się od kilku lat. Ze względu na swój wyrazisty styl jest nazywana kolorowym ptakiem polskiej mody. W 2012 jej blog dwukrotnie został uznany Blogiem Modowym Roku: przez „Fashion Magazine” oraz miesięcznik „Press”.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB