Sobota, 24 sierpnia 2019. Imieniny Bartosza, Jerzego, Maliny

Moja twórczość to mutant, miks i koktajl

2015-03-21 17:00:20 (ost. akt: 2015-03-25 14:11:11)

Buntowała się i poszukiwała. Do Boga dochodziła prawie cztery lata. Teraz ewangelizuje poprzez sztukę. Nie ucieka jednak od kontrowersji. „Jaraj się Marią” to tytuł jednej z jej piosenek. Ada Karczmarczyk, artystka, vlogerka i piosenkarka, łączy katolickie przesłanie ze sztuką pop.

— To cytat z twojego bloga: „prawdziwa królowa popu jest tylko jedna”. Ada Karczmarczyk?
— Mam wrażenie, że sztuka pop jest nadal mało eksplorowana. Innej królowej nie widzę.

— Z tym, że twoja sztuka to sztuka pop, jestem wstanie się zgodzić. Ale twoja muzyka nie jest ani lekka, ani łatwa, ani przyjemna.
— Jeśli chodzi o treść, odbiega od standardowych produkcji popowych, bo jest mocno osadzona w teologii chrześcijańskiej. Ale ubranej w barwną formę. Zależało mi na tym, żeby utrzymać łączność z odbiorcą kultury popularnej. Kieruję to do internautów, do ludzi raczej młodych.

— Jesteś absolwentką ASP, śpiewasz, robisz performerce, piszesz i prowadzisz vloga...
— Jestem wszystkim. Jestem wielozadaniowa. Przede wszystkim jestem artystką, którą interesuje i która zajmuje się sztuką nowoczesną. Żeby przekazać swoje myśli, używam różnych narzędzi: video art, performance, muzykę, którą sama komponuję, jest też poezja, grafika.

— A jak ci się podoba określenie sacro pop albo polska Lady Gaga?
— Lubię być porównywana do największych światowych gwiazd, lubię się z nimi mierzyć. To miłe. Jednak trzeba pamiętać, że moja muzyka na tym etapie rozwoju twórczego przede wszystkim jest zakorzeniona w katolicyzmie. Te treści chcę przemycać, ale bez prawienia kazań. W sposób rozrywkowy.

— A mieszanie kiczu, takiego jak wszechobecny róż czy plastikowe zabawki, z trudniejszym przekazem? To chwyta?
— Balansowanie wychodzi mi w sposób naturalny. Ludzie często mają potrzebę, żeby to, co robię, zaszufladkować. Oczekują, że albo to będzie zrobione super i profesjonaline jak teledyski Lady Gagi, a przecież zdarza się, że mi się głos rozjedzie. Odbiorcy bardziej awangardowi twierdzą z kolei, że moja twórczość jest zbyt ułożona, zbyt prosta, bo jest tam bit popowy. Niektórzy krytykujący sami jednak mają jakieś poważne braki. Są też pozytywne głosy, na przykład, gdy ktoś mówi, że moja muzyka „trzaska banię” (śmiech).

— Trzeba uciekać od szufladkowania?
— Nie da się, bo moja twórczość to mutant, miks i koktajl. Sztuka pop, którą się zajmuję, nigdy nie będzie jednoznaczna. Ma skłaniać do myślenia, ma przenosić życiodajną energię. Nie chcę podstawiać komuś odpowiedzi pod nos, tylko zachęcać do własnych poszukiwań, zastanawiania się.

— Aż tak delikatnie to nie wygląda. Zdarzają się mocne określenia, a nawet wulgaryzmy. „Idź do światła i nie pie...l”...
— To stwierdzenie jest mocne, ale dla młodzieży to zwykły język. Myślę, że w taki sposób łatwiej można do niej dotrzeć niż poprzez określenia standardowe czy te wypowiedziane językiem kościelnym. Szczególnie do osób bardziej zbuntowanych.

— Atrakcyjna forma ma pokazać surowe katolickie zasady jako coś bardziej strawnego?
— Nie ukrywam, że trochę o to mi chodzi, choć nie koncentruję się na zasadach ale raczej na wartościach. Żeby to była nowa ewangelizacja. I to działa, bo ludzie się nawracają. Piszą, że to, co robię, wciąga ich i zostają przy tym.

— Porozmawiajmy więc o  twoim nawróceniu.
— Kilka lat temu przechodziłam depresję. Brakowało mi pomysłu na siebie i swoje życie. W moich filmach zaczęłam tworzyć własny, kreskówkowy świat. W międzyczasie zaczęły dziać się rzeczy, które skłoniły mnie do zastanawiania się, czy jest jakiś inny świat niż materialny.

— Jakie to rzeczy?
— Dziwne. Podczas kręcenia jednego z filmów głowa utknęła mi w dziupli. To było przerażające, pewnie bez pomocy kolegi sama bym się nie uwolniła. Podczas innego nagrania, gdy spadały na mnie z drzewa kwiaty, podeszła do mnie jakaś starsza kobieta i dała mi obrazek Jezusa. Takich  sytuacji było więcej.

— Jak w tamtym czasie odnosiłaś się do spraw metafizycznych?
— Wierzyłam tylko w to, że istnieje świat materialny. Resztę uważałam za wymysły rodem ze średniowiecza. Byłam wychowana w katolickiej rodzinie, ale odeszłam od tego. Potem kręciłam serię filmów w Nowym Jorku, gdzie również działy się niecodzienne rzeczy. Czułam, że robienie filmów to za mało, że potrzebuję czegoś więcej. Zaczęłam poszukiwać duchowości. Zainteresowałam się ezoteryką, New Age, kabałą. Chodziłam na medytacje. To był ciekawy okres. Powstała wtedy wystawa „Ezo popart”. Chciałam do popu dodać duchowość.

— Ale nie był to koniec poszukiwań?
— Zainteresowało mnie chrześcijaństwo. Na samym końcu, jako najmniej atrakcyjne. Większość ludzi, którzy mnie otaczali, nie chcieli mieć z tym nic wspólnego. W środowisku artystycznym jest wielu ludzi antyreligijnych. Pomyślałam, że ja w ten świat wejdę i sama zobaczę, ocenię, o co tam chodzi. Zaczęłam czytać filozofów chrześcijańskich. Wtedy powstała wystawa „Świadectwo”. Próbowałam przełożyć główne wartości chrześcijańskie na język sztuki pop. To były kolorowe plakaty, film przedstawiający kolorową mszę. Zainteresowanie było spore. Cały proces poszukiwania trwał 3-4 lata.

— Co kobieta i artystka żyjąca w XXI wieku może znaleźć ciekawego w katolicyzmie?
— To się ciągle zmienia. Wiara ułożyła mi wiele w głowie, ale bez przerwy wchodzi u mnie w inne etapy. Katolicyzm to wyzwanie. Kręciło mnie to, że mogę próbować takie trudne i z pozoru nieatrakcyjne rzeczy przekładać na język sztuki. Potem przyszła chęć, żeby pokazać to szerszej publiczności. Chciałam stworzyć coś, co będzie totalnie odjechane, a zarazem nasączone ważnymi refleksjami. Jeśli chodzi o sam kościół, widzę dużą nadzieję w papieżu Franciszku. Mam nadzieję na kościół otwarty i tolerancyjny.

— „Embriony na trony” to jeden z tytułów twoich utworów.
— Oprócz tego „Jaraj się Marią”, „Bit z Serca Jezusa”... Chciałam znaleźć konkretnego Boga. Ci z innych religii byli enigmatyczni, rozmyci. Zastanawiałam się, czy to ten właściwy, czy jest dobry czy zły... W katolicyźmie otrzymałam konkretną odpowiedź... przez Jezusa.

— Zło jest atrakcyjne?
— Jest. Ale być może musi funkcjonować, żebyśmy mogli zauważać i lepiej doceniać to, co jest dobre. Wcześniej nie wierzyłam w zło. Im bardziej zaczynałam wierzyć, tym od zła chciałam być dalej.

— Co na to twoje otoczenie?
— Moi znajomi uznali, że zwariowałam. Niektórzy podejrzewali, że to nie jest na serio, że to jakiś rodzaj kreacji. Jednak im lepiej mnie poznają, tym bardziej rozumieją. Ja też dochodziłam do tego krętą drogą. Buntowałam się, poszukiwałam. W sztuce jest więcej kreacji opartych na krytycznym podejściu do religii. Ci z przeciwnej strony są mniej atrakcyjni dla mediów. Moją działką jest głoszenie postawy proreligijnej w sposób bardzo wyrazisty. To trudne. Trzeba uważać, żeby nie zniekształcić przekazu.

— Zdarzają się głosy oburzenia ze strony katolików?
— Spotykam się z wieloma reakcjami. Od posądzeń o bluźnierstwa, straszenia ze strony internautów po entuzjazm. Wiem też, że są osoby, które nie komentują, a obserwują, sprawdzając: „przegnie czy nie?”. Z uwagi na to, że chcę, aby była to nadal dobra sztuka, pewna niejednoznaczność jest tu ważna. Nie chcę być w mojej twórczości płaska, jednowymiarowa. Inaczej stałoby się to propagandą, indoktrynacją, a nie o to przecież mi chodzi.

— Chcesz zmieniać świat?
— Chcę. Staram się łączyć twórczość misyjną i artystyczną. Moje kawałki mają fabułę, dlatego trzeba je oglądać w całości. Tak jak w „Co Ty wiesz o Marii”, gdzie naklejam na bliznę na obrazie serduszka. Potem serduszka znikają, a razem z nimi blizna. Tak samo jest w przypadku „Embriony na trony”, gdzie embrion wygrywa z starciu z trupią czaszką.

— Podobno zrobiłaś figurkę embriona oblepionego cyrkoniami?
— To nawiązanie do czaszki z diamentami Damiena Hirsta, jednego z najbardziej znanych dzieł sztuki na świecie. Embrion stał się  częścią wystawy „Świadectwo”. Chciałam stworzyć rewers, twórczość, która aprobowałaby życie. To moja odpowiedź na ciągłą fascynację śmiercią w świecie sztuki. Mały embrion jako początek nowej ery. To cały czas ma być ewangelizacja przez sztukę. Pobudzenie do myślenia. To jest najważniejsze.

Rozmawiała: Katarzyna Guzewicz

Ada Karczmarczyk (rocznik 1985) jest artystką multimedialną, performerką, blogerką, piosenkarką i kompozytorką. W 2009 Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu na Wydziale Komunikacji Multimedialnej (specjalizacja: intermedia), została doceniona w licznych konkursach artystycznych i uczestniczyła w wielu prestiżowych wystawach w Polsce i za granicą. W swojej twórczości stara się łączyć trzy walczące ze sobą i nierozumiejące się światy: sztuki, popkultury i duchowości. Swoją działalność artystyczną traktuje jako utrzymaną w awangardowej konwencji misję, której głównym narzędziem do docierania do odbiorcy jest internet. Mieszka i tworzy w Warszawie.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także