Sobota, 7 grudnia 2019. Imieniny Agaty, Dalii, Sobiesława

Tyle w moim życiu było zwrotów akcji

2014-10-29 14:00:00 (ost. akt: 2014-10-29 13:56:01)
Sebastian Fabijański jako aspirant Wojciech Marzec w filmie "Jeziorak"

Sebastian Fabijański jako aspirant Wojciech Marzec w filmie "Jeziorak"

Autor zdjęcia: Materiały prasowe

— Marzę o rolach, po których będą podchodzić do mnie ludzie i mówić: „Wie pan co, dzięki pana roli to ja zmieniłem swoje życie”. To jest największa nagroda, którą można dostać — mówi Sebastian Fabijański, którego możemy oglądać w kinie w kryminale „Jeziorak”. Za rolę aspiranta Wojciecha Marca w tym filmie dostał nagrodę „Złote Lwy”.

— Od kilku dni możemy pana oglądać w kinach w filmie „Jeziorak”, gdzie gra Pan jedną z głównych ról. Świetnie zagrał pan policjanta, pokazując, że nie jest jedynie funkcjonariuszem, ale również człowiekiem.
— Bardzo mi miło, że pani to zauważyła. Wojciech Marzec jest młodym policjantem, dla którego spotkanie z filmową Izą Dereń jest kolejnym etapem w karierze zawodowej. Skupiłem się w pracy nad tą rolą właśnie na ludzkiej stronie policjanta i nad relacją z Izą. Chciałem, żeby ta relacja była pełna, żeby widzowie mieli możliwość zainteresowania się nie tylko dochodzeniem i zagadką morderstwa, ale także tymi bohaterami od strony ludzkich konfliktów, sympatii czy sprzeczności. „Jeziorak” nauczył mnie bardzo wiele, jak każdy projekt, w którym biorę udział, obojętnie czy to są doświadczenia trudne czy przyjemne.

— Twierdzi pan, że aktorstwo jest misją. Co dokładnie nią jest?
— Spotkanie. Możliwość ofiarowania siebie ludziom i wiara w to, że jestem w stanie dać widzom coś, co zostanie z nimi na długo. Mówię tu o fascynacji, nienawiści, współczuciu.

Od dziecka w moim życiu ważna była piłka nożna, Warszawa i Legia. Niech tak zostanie. To jest część mojego życia i część mnie.
— Dlatego wybrał pan ten zawód?
— Wolałbym nie uprawiać tego zawodu, tkwiąc w trybie udowadniania sobie, że jestem w stanie zagrać tak czy inaczej. To jest egoistyczne. Przypominam sobie taki cytat „Aktor jest tylko wtedy skuteczny, kiedy nie jest skupiony na sobie i swojej roli, tylko w 100 procentach na obecności z drugim człowiekiem”.

— Powiedział pan, że serial nie daje możliwości realizacji mechanizmów twórczych, ale pan występuje w serialach.
— Wolę nie generalizować słowa „serial”. Ja po prostu staram się nie brać udziału w czymś, co nie jest w zgodzie ze mną i gdzie, według mojej subiektywnej oceny, nie jestem w stanie siebie w całości zaoferować. Jestem wdzięczny, że moja droga układa się tak, że mogę brać udział w projektach, do których bije mi serducho.

— Podobno kiedy po raz pierwszy próbował pan dostać się do szkoły teatralnej, przyszedł pan na egzamin, żując gumę. Pamięta to pan?
— Nie ma o czym mówić. Proszę sobie wyobrazić człowieka przed komisją, składającą się z wybitnych aktorów i reżyserów, żującego gumę. Było do przewidzenia, jak to się skończy. Wykazałem najwyższy rodzaj nonszalancji i braku szacunku, niezbyt to chwalebne…

— Ale próbował pan później jeszcze kilka razy dostać się do tej szkoły.
— Kiedy za pierwszym razem się nie dostałem, stwierdziłem, że powinienem spróbować bez gumy do żucia… Oczywiście żartuje. To bardzo skomplikowana historia, która opiera się na tym, że w pewnym momencie ze spontanicznego pomysłu urodziło się marzenie, które chciałem po prostu spełnić.

— I za każdym razem była to inna uczelnia...
— To nie jest tak, że ja je zmieniałem. Raczej bym powiedział, że w niektórych szkołach po prostu nie ułożyło się najlepiej, a ja dołożyłem do tego dużo od siebie i koniec końców okazało się, że Akademia Teatralna w Warszawie okazała się miejscem, do którego miałem trafić i spotkać ludzi, którzy mnie zainspirowali do zmian. Mówię tu głównie o Krzysztofie Majchrzaku.

— Marzył pan o tym, żeby kiedyś wyjechać gdzieś na koniec świata i mieć tam swój mały teatr.
— Teraz to się trochę zmieniło. Wyjechałbym na koniec świata, ale to miejsce nie istnieje. Chyba więc moje marzenie się nie spełni...

— Kolejnym pana marzeniem była reżyseria. Nadal pan o tym myśli?
— Tak. Myślę, że to we mnie zostanie, ale nie wiem, czy to marzenie się spełni. Fajnie by było, ale nic na siłę. Tak wiele w moim życiu było zwrotów akcji, że chyba oduczam się planować. Ale marzenia są i pewnie będą.

— Poszedł na casting do serialu „Tancerze”. Co Pana do tego skusiło?
— Mama. Powiedziała, żebym poszedł, bo według niej mam szansę, a ja staram się mamie nie robić przykrości, więc poszedłem.

— Kogo jeszcze chciałby pan zagrać?
— Marzę o rolach, po których będą podchodzić do mnie ludzie i mówić: „Wie pan co, dzięki pana roli to ja zmieniłem swoje życie”. To jest największa nagroda, którą można dostać. Ja dzięki rolom niektórych aktorów zmieniłem swoje życie i nie mam słów, które są w stanie wyrazić wdzięczność.

— Uwielbia pan Legię Warszawa. Skąd ten sentyment?
— Od dziecka w moim życiu ważna była piłka nożna, Warszawa i Legia. Niech tak zostanie. To jest część mojego życia i część mnie.

— Co jeszcze pan sobie ceni?
— Cenię sobie upraszczanie życia, a nie utrudnianie.

— Powiedział pan, że w niektórych wywiadach mówił pan głupoty. Zdradzi pan jakie?
— Staram się raczej nie gadać głupot, ale jakoś zawsze się zdarzy, że coś się wymknie... Muszę się bardziej starać (śmiech).


O nim
Sebastian Fabijański urodził się 14 czerwca 1987 w Warszawie. Studiował w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych w Warszawie, w PWST w Krakowie, w Akademii Teatralnej w Warszawie. Popularność przyniosły mu seriale „Tancerze” i „Misja Afganistan”. Zagrał również młodego inżyniera w filmie „Pod Mocnym Aniołem”. Na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni otrzymał nagrodę za najlepszy debiut aktorski za filmy „Miasto 44” i kryminał „Jeziorak”. Za rolę w tym ostatnim dostał nagrodę ,,Złote Lwy''.

Rozmawiała Weronika Makar
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB