Wtorek, 17 października 2017. Imieniny Antonii, Ignacego, Wiktora

Tęsknię za dużym ekranem

2014-05-10 16:39:56 (ost. akt: 2014-05-10 15:40:41)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

— W Polsce kultura teatralna traktowana jest po macoszemu, panuje krótkowzroczne myślenie. Nie będę tego komentował, bo szkoda o tym gadać — mówi Waldemar Obłoza, aktor znany widzom przede wszystkim z roli Romana w serialu "Na Wspólnej".

— Panie Waldemarze, co u pana słychać? Dużo pan pracuje?
— Wie pan, jest takie powiedzenie: głupiego robota lubi. Ja po prostu nigdy nie mam dość. Kiedy mam wolny czas, to natychmiast pojawiają się nowe rzeczy. Jeżeli nie jestem na planie serialu „Na Wspólnej”, to jestem w teatrze albo prowadzę warsztaty teatralne z młodzieżą. Ostatnio graliśmy „Iwonę, księżniczkę Burgundę”, w której gram króla w parze z moją bardzo utalentowaną żoną (Dorotą Zielińską — red). Graliśmy w teatrze w Siedlcach, gdzie panuje zjawisko odwrotne do tendencji. Otóż przed wojną siedlecki teatr był prężny, ale po wojnie nie kontynuowano tej tradycji. Teraz ta idea się odnawia. A tendencja jest taka, że w miastach, w których funkcjonowały teatry miejskie, dzisiaj jest ich coraz mniej albo są zaniedbywane finansowo. A Siedlce, chyba jako jedyne w tej chwili miasto w kraju, wiedzą, że kultura się opłaca. Wyobraża pan to sobie? To jest rzadko spotykane, ale za to perspektywiczne. Z tym miastem czuję spójność mentalną, a mieszkańcy to moi ziomale.

— Urodził się pan w Jeleniej Górze...

— To jest przekłamanie! Ktoś kiedyś napisał w internecie, że Waldemar Obłoza urodził się w Jeleniej Górze. A to nieprawda. Ja urodziłem się tam teatralnie. Zaraz po studiach trafiłem pod skrzydła Aliny Obidniak, wybitnej dyrektorki. Natomiast w Jeleniej Górze urodziły się moje dzieci.

— To gdzie się pan w takim razie urodził?

— W małej wiosce na Mazowszu, która nazywa się Gołełąki, w powiecie mińskim. Tam było moje dzieciństwo. Wioska nad wijącą się rzeką, gdzie się biegało w majtkach, tzw. atramentach. Pan nie wie, o jakie chodzi. To były szorty dostępne w sklepach geesowskich. Eleganckie, klasa. Porządna, komunistyczna robota! Było fantastycznie. Ale oczywiście Jelenia Góra jest dla mnie serdecznym miastem, w którym nabrałem przestrzeni twórczej. A Alina Obidniak na tamte czasy była mistrzynią, chociażby poprzez organizowanie festiwalu teatrów ulicznych. Miasto wtedy pulsowało kulturalnie.

— A jakim pan był dzieckiem?
— Byłem najmłodszy z pięciorga rodzeństwa. Wychowaliśmy w warunkach dosyć surowych. Wieś w tamtych czasach nie opływała w dobrobyt. Utrzymywaliśmy się z tego, co się wyprodukowało na roli. Bieda aż piszczała, ale było cudownie. To znaczy do czasu, kiedy zmarła mama, a później ojciec. Przerwaliśmy gospodarstwo, bo nie było komu uprawiać.

— Jak sobie radziliście?
— Mama zmarła, kiedy miałem 6 lat. A tata nie radził sobie z taką chmarą dzieci. Ja ze starszym o dwa lata bratem wylądowaliśmy w domu dziecka w Płocku. Brat spędził tam półtora roku, ja trzy lata. To był gorszy okres w moim życiu, ale tego nie żałuję. To była lekcja pokory. Miałem szczęście lub nieszczęście poznać i przebywać wśród młodych ludzi, którzy dali mi porządną szkołę życia.

— Ukończył pan Liceum Zawodowe przy Zakładach Mechanicznych Ursus.

— A skąd pan to wie?

— Internet mi doniósł.

— O, proszę. To liceum wiąże się z domem dziecka. Byłem ambitnym dzieckiem, mimo że poziom nauczania nie był wysoki. Szybko nadrobiłem zaległości w domu dziecka. A dyrekcja w nagrodę za moją pilność wysłała mnie do szkoły, która kończyła się maturą. Marzyło mi się liceum ogólnokształcące, ale to nie było proste. Chodziło o to, żeby takiego delikwenta szybko się pozbyć. Poszedłem do liceum zawodowego. Matura, zawód, a dodatkowo szkoła przy Ursusie.

— No właśnie. W tamtych czasach praca w Ursusie to była świetna fucha.

— W latach 70. zakłady mechaniczne były w rozkwicie i przyjmowano każdego, kto chciał pracować. No, ale nikt się nie spodziewał, że w tym liceum zawodowym spotkam fenomenalną polonistkę, która odkryła we mnie talenty, zaszczepiła miłość do teatru i chęć do uprawiania tego zawodu.

— Nikt nie odciągał pana od teatru?
— Zdawałem do szkoły teatralnej kilka razy. Stale miałem braki, np. dykcyjne. I dopiero kiedy trafiłem do ogniska teatralnego państwa Machulskich przy warszawskim Teatrze Ochota, błyskawiczne zmieniłem swoje myślenie o pewnych rzeczach. I zdałem do szkoły teatralnej. A w ogóle to po maturze poszedłem do studium przy Ursusie o kierunku mechanizacja rolnictwa. Chciałem mieć zawód, a nowe technologie mnie kręciły. W szkole poznałem świetnego inżyniera, który pokazał mi osiągnięcia technologii ciągnikowych. Opracowana była cała seria ciągników, która miała wejść do produkcji. Niestety ktoś kupił massey'a fergusona. A nasza produkcja została, delikatnie mówiąc, upupiona.

— Na studia do PWST pojechał pan do Wrocławia. Dlaczego nie Warszawa?

— Musiałem wybrać, bo nie można było składać do każdej. Byłem ukierunkowany na Łódź, bo mnie od zawsze kręciła kamera. Zdawałem tam dwa razy, jednego roku byłem drugi pod kreską. Dowiedziałem się, że szkoła we Wrocławiu, która była młoda, bo byłem dopiero trzecim rocznikiem tej szkoły, jest liberalna. I nie patrzy na to, że jeżeli ktoś już gdzie indziej był, to u nas nie może. Zaryzykowałem, spotkałem się z dziekanem. I się dostałem.

— Po studiach również pan dużo jeździł. Przez dwa lata pracował pan w teatrze w Jeleniej Górze, później we Wrocławiu, po roku Warszawa i znowu Jelenia Góra. Następnie Poznań i znowu Warszawa. Szukał pan dla siebie miejsca?

— Ja miałem przydomek włóczykija teatralnego. W pierwszych latach po studiach aktor powinien liznąć, że tak powiem, wielu środowisk. I zgadł pan, szukałem. Jednak nie wiem, czy miejsca. Raczej inspiracji do rozwoju. Szkoda mi było marnować czasu na jeden teatr. Profesor Teresa Sawicka powiedziała do mnie, że w pierwszych 10 latach pracy powinniśmy zachwycać się, a później możemy powoli się rozsiadać. W Jeleniej Górze byłem przecież dwa razy i dzieci mi się tam urodziły. A że były to bliźniaki, łatwiej było dostać mieszkanie służbowe. Ale natura włóczykija wzięła oczywiście górę i po trzech sezonach pojechałem do Poznania. Stamtąd ściągnął mnie Piotrek Cieplak do Teatru Rozmaitości w Warszawie. Później dostałem propozycję podpisania wiążącego kontaktu z serialem „Na Wspólnej”. Te ponad 11 lat pracy to niekończąca się przygoda, a przy tym wiele się nauczyłem. I gra w serialu wciąż sprawia mi satysfakcję. A teatr jest, robię sobie coś od czasu do czasu dla higieny. Jednak pod względem energetycznym trzymają mnie warsztaty teatralne z młodzieżą, które prowadzę od lat.

— I ta młodzież w komentarzach w internecie ciepło się o panu wypowiada.

— To się cieszę. Wie pan, nie zaglądam do internetu, nie wczytuję się w różne fora. Więc nie wiem, co o mnie piszą. Nie ma mnie też na Facebooku. Ale fajnie, że młodzież to odnotowuje, że jakoś to na nich działa.

— Skoro pan nie zagląda do internetu, to jedn komentarz o panu przytoczę: Bardzo dobry aktor, niedoceniony w polskim kinie.

— Nawet nie wiem, jak zareagować. Bo mówiąc: ma rację, byłoby mało skromne. Natomiast uważam, że polskie kino tak naprawdę się budzi po długim marazmie. Ale coś w życiu trzeba robić. Ja mogę być oczywiście ambitnym człowiekiem. Ale co dalej, zęby w stół? Nie mam wyboru. Na szczęście mam ogromną satysfakcję z tego, co robię. Pewnie, że tęsknię za dużym ekranem, ale jest tak, jak jest. Może ten młody człowiek, autor komentarza, ma rację. Chociaż ja nie czuję się niedoceniony. Po prostu taka jest dzisiaj sytuacja. Może to się zmieni? A ja mam przede wszystkim — bez względu na to, czy występuję w teatrze czy serialu — dbać o zawód i wykonywać go na najwyższym poziomie. I jeszcze więcej się uczyć i jeszcze więcej siebie zaskakiwać. A, i jeszcze jedno, ten komentarz o mnie jest przyjemny (śmiech).

— A pana syn Igor z zapałem do aktorstwa podchodzi?
— Igor jest świetny, to dla mnie wzór niedościgniony, jeżeli chodzi o sposób myślenia o pracy. Ale, niestety, jest w tym pokoleniu młodych, którzy mają mniejsze szanse pokazania siebie. W Polsce kultura teatralna traktowana jest po macoszemu, panuje krótkowzroczne myślenie. Nie będę tego komentował, bo szkoda o tym gadać. Syn jest w Warszawie, robi bardzo dużo autorskich rzeczy, gra w musicalu i jest szczęśliwy. Ale nie miał takiej odwagi jak ojciec, żeby pojechać na prowincję. Uważam, że ma przeczucie, że spełni się w dużym mieście. Ja w niego wierzę, a Igor musi dojrzeć. Kiedyś Adam Hanuszkiewicz powiedział, że facet w teatrze jako takim aktorem staje się dopiero po trzydziestce, a aktorem po czterdziestce. Czyli do 30 roku życia jest chłystkiem, który może grać sobie amantów. Ja byłem od razu charakterystyczny, Igor jest przystojny. I przede wszystkim ma w sobie spokój.

— Strzałeczka, sąsiady kochane! Pamięta pan jeszcze to stwierdzenie?
— Ooo, moje uwielbione „Miodowe lata” (m.in. Cezary Żak jako Karol Krawczyk, Artur Barciś w roli Tadeusza Norka, Waldemar Obłoza jako Roman Kurski — red.)! Kurski to była charakterystyczna postać z zasadami: swoich nie leję, piję tylko za swoje i pożyczone, nigdy za kradzione. Praca w tym serialu zaczęła się dla mnie przypadkowo. Zostałem poproszony o zagranie w jednym odcinku. I miał być koniec. Miałem być sąsiadem, który przychodzi z pretensjami do chłopaków, którzy ćwiczyli coś do konkursu. Sąsiadem w garniturze. Zaproponowałem reżyserowi Maćkowi Wojtyszce mój punkt widzenia na tę postać. Przyniosłem pomarańczowy podkoszulek, zaproponowałem tatuaże. Maciek jest słuchającym reżyserem i przyjacielem aktorów, a moja propozycja była kompletnie od czapy. Producenci stwierdzili jednak, że brakuje im takiej postaci z klatki i zaczęli pisać dla mnie teksty. Do jednego odcinka sam napisałem także tzw. linię podstawową, do którego scenarzyści napisali dialogi. A z Czarkiem Żakiem byliśmy na jednym roku, a na trzecim roku graliśmy razem w „Trzech siostrach” Antoniego Czechowa.

— Jak spędza pan wolny czas?
— Ten wolny czas, tak jak panu powiedziałem, wypełniam pracą. Ale na szczęście są wakacje, kiedy rzadko prowadzę warsztaty z młodzieżą. Nadchodzi wtedy wymuszony czas odpoczynku. Wyjeżdżamy sobie z żoną to tu, to tam. Jak żyła moja ukochana kotka, to jeździła z nami. A niedawno odeszła, po 13 latach. Przeżywaliśmy czarną rozpacz, bo jak tu jechać gdzieś bez ukochanej koteczki, która chodziła ze mną również na spacery nocne, jak piesek. Co do wolnego czasu, to jestem aktywny. Chodzę na basen, jogę, biegam...

— I trenuje pan tai chi.
— Zaczynałem od tai chi, ale joga bardziej mi się spodobała. Można wybrać sobie kilka postaw i ćwiczyć w domu. Pod czujnym okiem żony.

— Co pan jeszcze robi w wakacje?
— Ten wolny czas jest wyliczony. Zostajemy na trochę w Warszawie, bo nie ma wtedy korków i jest przyjemnie. I a to przyjedzie do nas mama żony ze swoim ukochanym, a to dzieciaki mnie odwiedzą, bo córka studiuje kolejny kierunek i pracuje w Krakowie. I wyjeżdżamy nad morze do miejscowości Piaski. Zaprzyjaźniłem się z miejscowymi i traktują mnie jak swojego. Nie jestem dla nich żadnym zaskoczeniem. I to mnie cieszy, bo mogę odpocząć. My mamy trochę przekichane. Ta popularność serialowa ma przyjemne i nieprzyjemne strony. Jest ona intensywna.

— I pewnie jeszcze do Jeleniej Góry pan jeździ. Stamtąd pochodzi pana żona.

— Jeździmy. Tak się składa, że obydwie moje żony pochodzą z Jeleniej Góry. Nie jestem oczywiście poligamistą. Z pierwszą żoną, z którą mam cudowne dzieci, małżeństwo nam nie wyszło. Ale przyjaźń została. Odwiedzam przy okazji moją byłą teściową, z którą bardzo się lubimy. I chodzimy po Karkonoszach.

— A na Warmię i Mazury czasem pan przyjeżdża?
— Kiedyś często jeździłem pod Sorkwity do małej miejscowości Młynik. Jest tam bardzo przyjemnie. Bardzo lubię tę przestrzeń warmińsko-mazurską. I wie pan co, w tym roku będę miał dłuższe wakacje i na pewno wybierzemy się do was z żoną. W Olsztynie grałem też spektakle i bardzo przyjemnie wspominam ten czas. Publiczność olsztyńska jest fajna, świadoma i wykształcona. Ale w końcu Olsztyn to porządne miasto z tradycjami. W dużym mieście powinien być stadion i teatr.

— Teatr niedawno został wyremontowany. Gorzej jest ze stadionem.

— Mam nadzieję, że niedługo dorobicie się także stadionu.



O nim

Waldemar Obłoza urodził się w 1959 roku. Aktor telewizyjny i teatralny, znany głównie z seriali "Na Wspólnej" i "Miodowe lata". Ukończył Liceum Zawodowe przy Zakładach Mechanicznych Ursus, a w 1985 roku PWST we Wrocławiu. Pracował w teatrach: Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, Teatrze Kalambur we Wrocławiu, Teatrze Komedia, Teatrze Polskim w Poznaniu, Teatrze Rozmaitości w Warszawie. Na szklanym ekranie po raz pierwszy pojawił się w serialu "W labiryncie". Jego druga żona, Dorota Zielińska, jest również aktorką.

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

zobacz informacje z ostatnich 24h

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB