Lubię wracać tam, gdzie rozgrywa się fabuła moich powieści

2021-12-19 16:23:34 (ost. akt: 2021-12-19 16:32:01)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Małgorzata Manelska mieszka w Szczytnie od urodzenia. Mieszka, pracuje i pisze książki. W jej powieściach współczesne Mazury przeplatają się z dramatycznymi wydarzeniami schyłku Prus Wschodnich. Właśnie ukazała się trzecia część „Dotyk Mazur. Żółty kajet”.
— Napisała pani kolejną powieść. To kontynuacja poprzednich?
— Tak. Moim debiutem literackim — dodam nieskromnie: udanym — był „Zapach Mazur”. W 11 miesięcy po nim ukazała się kontynuacja „Barwy Mazur”, a na początku listopada pojawiła się trzecia część sagi „Dotyk Mazur. Żółty kajet”. W styczniu ukaże się ostatnia książka zamykająca sagę barwińską lub mazurską (jak kto woli) — „Dotyk Mazur. Pożegnanie”.

— Skąd bierze pani pomysły na książki? Z podpatrywania rzeczywistości?
— Przede wszystkim sporo czytam — zarówno książek, jak i artykułów prasowych, również w internecie. Poza tym jestem dość uważną słuchaczką i obserwatorką. Czasem wystarczy mi drobna informacja, żeby stała się inspiracją do jakiegoś wątku w książce. Podczas spotkań autorskich nie tylko mówię, ale także słucham, bo często wywiązują się dyskusje i są one chyba najbardziej wartościowe, jeśli chodzi o pisanie. Wiele osób dzieli się swoimi doświadczeniami lub doświadczeniami swoich bliskich.

— A kto wymyśla tytuły powieści?
— Sama je wymyślam i — jak dotąd — są one trafione.

— Czy przywiązuje się pani do bohaterów swoich książek?
— Bardzo! Im bardziej zaawansowane są prace nad książką, tym bardziej przywiązuję się do kreowanych przeze mnie postaci. Przypomnę tylko, że — z małymi wyjątkami — stworzeni przeze mnie bohaterowie to postacie fikcyjne, które mogą mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Te małe wyjątki, o których wspominam, to wątki autobiograficzne w „Zapachu Mazur” i postacie moich dziadków występujących jako robotnicy przymusowi podczas wojny.

— Podsuwa pani fragmenty książek swoim bliskim, żeby wysłuchać ich sugestii, czy też nie pokazuje go pani nikomu aż do ich ukończenia?
— Na początku mojej przygody z pisaniem z tekstem zapoznawał się tylko mój mąż. Obecnie mam więcej tzw. beta readers`ów, królików doświadczalnych, którzy zapoznają się z fabułą i wyrażają swoje opinie. Są to osoby bardzo zaufane, co do których mam pewność, że książka nie wypłynie w świat. To moja siostra, mama i koleżanka.

— Jakie są pani ulubione miejsca w naszym regionie? I czy wpływają one na pani twórczość?
— Mam sporo takich miejsc, ale lubię wracać tam, gdzie rozgrywa się fabuła moich powieści. Do Kobułt, do Małgi, na łąki Dymerskie. Czasem robimy sobie z moim mężem wycieczki objazdowe po okolicznych wsiach, gdzie namiętnie odwiedzam stare, ewangelickie cmentarze. Uważnie studiuję inskrypcje nagrobne, staram się zapamiętywać nazwiska zmarłych. Tuż przed Wszystkimi Świętymi zrobiliśmy sobie objazdówkę po nekropoliach w Lesinach Wielkich, Księżym Lasku, Klonie. To niesamowite, ile tam można znaleźć inspiracji do pisania.
Obrazek w tresci

— W planach są kolejne książki?
— Jak wspomniałam, w styczniu ukaże się ostatnia część sagi z cyklu „Zapach Mazur”. Jesienią w 2022 roku zostanie wydana powieść świąteczna „Srebrny węzełek”, która jest już ukończona i czeka w wydawnictwie. W tej książce nie będzie tła historycznego, ale będą Mazury, mnóstwo emocji i dobrej energii. No i mój ostatni projekt — w ostatnim czasie podpisałam umowę wydawniczą na trzytomową sagę mazursko-kurpiowską o roboczym tytule „Nawłociowe wzgórze”. Chciałabym do czerwca 2022 ukończyć tom pierwszy, a w drugiej połowie roku tom drugi, żeby cały cykl trafił do czytelników w 2023 roku.
Wiem, że to długo, ale pisanie książek to nie to samo, co upieczenie ciasta, musi potrwać. Zapewniam jednak już dziś, że będą emocje, historia i tajemnica rodzinna, a więc to wszystko, co czytelnik ceni sobie najbardziej. Oczywiście mówię tu o moich czytelnikach.

— Interesuje nas pani warsztat pracy. To biurko, na którym znajduje się sterta odręcznych notatek, komputer i kilka kubków po kawie. Jak wygląda pani otoczenie podczas tworzenia, co pani lubi mieć, a co pani przeszkadza?
— Mam małe biurko, na którym ledwie mieści się laptop, więc wiele rzeczy nie może na nim leżeć. Jeden kubek z kawą owszem, ale też nie zawsze, bo nie pijam kawy namiętnie. Wcale nie stawia na nogi, jak czasem mówią inni pisarze. Lubię mieć i mam stały dostęp do internetu. Mam również obok biurka półkę z książkami, które wykorzystuję przy pisaniu, jakieś kserówki, artykuły prasowe, własne notatki, a nawet stare podręczniki do historii, które też lubię przejrzeć. Najważniejsze jednak jest to, że od jakiegoś czasu mam własny gabinecik, który odziedziczyłam, kiedy córka wyprowadziła się w świat.

— Nie jest pani pisarką na pełen etat. Pracuje pani zawodowo, jest żoną, mamą. Co jest dla pani najważniejsze?
— Chyba każdy mój dzień wygląda tak samo. Poranek zaczynam od kawy i tu już nie ma odstępstwa. Potem jest praca zawodowa w szkole — pracuję jako pedagog szkolny w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Szczytnie. Z racji tego, że od 14 lat pełnię funkcję społecznego kuratora sądowego, często po pracy wykonuję czynności kuratorskie, co też jest czasochłonne. Później wspólny obiad z mężem, jakiś relaks, a często musi to być po prostu wyciszenie po dniu pełnym emocji w szkole. Piszę zazwyczaj wieczorem przez trzy, cztery godziny. Nie robię tego w nocy.
Od jakiegoś czasu moja córka mieszka za granicą, więc to bycie mamą jest tylko przez telefon, co nie oznacza, że nie martwię się o Adriannę i jej męża Piotra (od kwietnia młodzi są małżeństwem). Dzwonimy do siebie codziennie, a czasem nawet kilka razy dziennie. Tym bardziej teraz, kiedy na świecie wciąż szaleje covid. Z mężem natomiast od wielu lat gramy jedne skrzypce, nasze zainteresowania są zbieżne. Często dyskutujemy o wątkach, które akurat piszę, radzę się go merytorycznie (jest bardzo oczytany, ma dużą wiedzę historyczną), co do treści, czasem wyszukuje mi jakieś potrzebne materiały. Najważniejsze jest dla mnie to, że z mężem dogadujemy się na każdym — albo prawie każdym — polu, a zawodowo, że prawidłowo i na czas wypełniam swoje obowiązki służbowe.

— Czym dla pani jest szczęście?
— Szczęście to chyba owe chwile, momenty, które się po prostu czuje sercem. Byciu szczęśliwym sprzyja dobra atmosfera w domu, serdeczne kontakty z najbliższymi, wsparcie z ich strony, a także zdrowie i dobre samopoczucie. Resztę można sobie po prostu kupić.

— Czego pani życzyć?
— Przede wszystkim dobrego zdrowia. Wszystko inne wypracuję sobie sama.

Joanna Karzyńska

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Never #3085679 21 gru 2021 19:24

    z artykułu PiSowskiej tuby nic nie wynika ale jutro idę do biblioteki i książkę wypożyczę poza tym +++++ +++

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) odpowiedz na ten komentarz

2001-2022 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5