Nie zobaczyłam swoich dzieci

2021-10-15 09:40:00 (ost. akt: 2021-10-14 23:34:39)

Autor zdjęcia: pixabay.com

Upragnione dwie kreski na teście ciążowym są dla niektórych kobiet zaskoczeniem i wielkim szczęściem. W przypadku pani Moniki okazało się, że to ciąża bliźniacza. Szczęście i oczekiwanie. Niestety, radość w 6 miesiącu ciąży zmieniła się w koszmar... 15 pażdziernika obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego.
Pobrali się w 2017 roku. Byli ze sobą już ponad 5 lat i zdecydowali, że czas zalegalizować związek i zacząć starać się o dzieci. Oboje pragną je mieć — przynajmniej trójkę. Mieli dom, pracę, dobre warunki i ogrom miłości, żeby obdarzyć nią swoje dzieci. Małżonkowie wierzyli, że w końcu zostaną rodzicami. Cała rodzina ich wspierała i gorliwie modliła się, by im się udało. Po dwóch latach pani Monika zobaczyła upragnione dwie kreski na teście. Ogromna radość, potwierdzenie lekarza, że wszystko przebiega prawidłowo. I jeszcze niespodzianka — okazuje się, że to ciąża bliźniacza!
— To był najpiękniejszy moment, spełnienie najskrytszego marzenia — opowiada. — W jednej chwili nasze życie obróciło się o 180 stopni, wszystko podporządkowane było tym malutkim istotkom, które rosły we mnie. Zaczęliśmy planować urządzenie pokoju dziecięcego, oglądaliśmy w internecie meble, wózki i łóżeczka. W ciągu kilku dni odwiedziłam też sklepy z ubrankami dziecięcymi. Ich kupowanie dawało mi tyle radości. I choć to był początek ciąży, to już rozmawiałam z rosnącymi we mnie dzieciaczkami. Nie umiem nawet słowami opisać, jak byłam szczęśliwa, wiedząc, że za kilka miesięcy na świecie pojawią się nasze maleństwa.

Pani Monika regularnie chodziła na wizyty, wykonywała wszystkie badania zlecone przez lekarza. Dbała o siebie, uważała na to co je, nie dźwigała, oszczędzała się. Mąż nie pozwalał jej nic robić w domu, robił zakupy, sprzątał. A ona czuła się bardzo dobrze. Na wizytach jak zaczarowana patrzyła na rosnące w niej dzieci. Niestety, podczas ostatniej mina lekarza nie wróżyła niczego dobrego.
Powiedział, że serca dzieci nie biją. Dał skierowanie do szpitala. Tu kolejny lekarz badał mnie, ale też potwierdził diagnozę poprzednika — wspomina. — Do tej pory, jak o tym myślę, to nie umiem powstrzymać łez. Ta informacja była jak cios nożem. Nie wiem, jak dotarłam na salę i co potem się działo. Nie pamiętam niczego. To tak bolało, bo o dzidziusia staraliśmy się już kilka lat i jak już udało mi się zajść w ciąże, to ją właśnie straciłam. Miałam żal do całego świata.
— Szpital pamiętam jak przez mgłę. Cały czas płakałam, pielęgniarki podtykały mi dokumenty, pytały, wszystko wykonywałam mechanicznie. Kazano mi czekać. Skierowano mnie do kilkuosobowej sali, w której inne matki oczekiwały na dziecko. Patrzyłam na ich duże brzuchy i ryczałam w poduszkę. W końcu wezwano mnie bym rodziła. Powiedziano, że to byli chłopcy. Nie pokazano mi dzieci. Wtedy dotarło do mojej świadomości, że moje dzieci nie żyją, że to wszystko to nie był sen... Rano obudził mnie odgłos robionego przyszłym mamom badania KTG. To dopiero był szok, Inne kobiety słyszą bicie serca swojego dziecka, a ja wyję w poduszkę, bo nigdy go nie usłyszę! Bo moich dzieci już nie ma! Pozostało mi tylko płakać ze smutku, z bezradności, z bezsilności, z tęsknoty, z frustracji, ze złości, z beznadziei, z rozpaczy, z niespełnionego jeszcze pragnienia, bo utrata dziecka to najgorsze, co może spotkać kogoś, kto pragnie zostać rodzicem.

Według naszej bohaterki o ludzkich uczuciach nikt niestety w szpitalu nie pamięta. Czas w nim spędzony pani Monika chce wymazać z pamięci. Nie było wsparcia psychologa ani dowodów współczucia. Mąż załatwił sam wszystkie formalności związane z pogrzebem. Ona sama nie pamięta jak to wszystko przetrwała. Otumaniona lekami, wspierana przez najbliższych jakoś się trzymała. Dopiero cisza w domu uświadomiła jej co się stało.
Najgorszy w tej stracie jest fakt, że nikt nie porozmawiał ze mną po porodzie o moich dzieciach. Nie pozwolono mi ich zobaczyć i się z nimi pożegnać — tłumaczy. — Lekarze chyba nie zdają sobie sprawy z psychicznego stanu mamy rodzącej martwe dzieci. Przecież ja w tym momencie nie wiedziałam, co mam robić. Nawet teraz, po dwóch latach mam żal do siebie, że nie walczyłam, żeby zobaczyć dzieci i się z nimi pożegnać. Byłam bardzo słaba psychicznie. Pamiętam białe trumienki i białe róże na grobie... Mąż nazwał chłopców Adaś i Staś... Przez pierwszy tydzień pobytu w domu nie byłam w stanie jeść, rozmawiać, myć się. Wszystko robił mąż i mama. Ja chciałam tylko spać i móc płakać. Po kilku dniach pojechałam na cmentarz. Siedziałam godzinami nad grobem naszych maluszków. Wtedy też zobaczyłam, ile nieszczęśliwych kobiet chodzi po tym świecie. Po trzech miesiącach wróciłam do pracy. Musiałam, inaczej bym zwariowała.

Mimo iż minęły już dwa lata, pani Monika wciąż jest pod opieką psychologa. Boi się też kolejnej ciąży, bo obawia się, że sytuacja mogłaby się powtórzyć. Lekarze twierdzą, że wszystko jest w porządku i nie ma żadnych przeciwskazań. Jednak lęk jest silniejszy.
Ból fizyczny mija, jednak psychiczny trwa długo. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie — mówi pani Monika. — Wciąż pytam Boga dlaczego moje dzieci musiały odejść? Nie znajduję na nie odpowiedzi. Boję się, że kolejna ciąża mogłaby się też skończyć taką tragedią, a tego bym nie zniosła. Bardzo pragniemy mieć dzieci, jednak obawy blokują mnie. 15 października pójdę na cmentarz, zapalę znicze, postawię kwiaty. Tyle tylko mogę zrobić dla swoich maleństw. Nie mogę ich przytulić, nie zobaczę jak stawiają pierwsze kroki. Dzień Dziecka utraconego, dzień moich dzieci, moich aniołków...

Joanna Karzyńska



2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5