Kompleksy rujnują nam życie

2021-10-10 13:08:03 (ost. akt: 2021-10-10 13:16:48)

Autor zdjęcia: pixabay.com

Jestem za gruba, mam duży nos, jestem brzydka, piegowata, nikt mnie nie lubi. Kompleksy. To one wpływają na poczucie własnej wartości. Są filtrem przez który oglądamy świat. Czasami potrafią zabić radość życia.
Aneta, l. 21:
Kompleksy. Potwór, który zatruwa mi życie. Zdaję sobie sprawę, że prawie każda kobieta je posiada, ale nie u każdej przybierają one formę obsesji. Może od początku. Problem pojawił się już w podstawówce - dzieci, zwłaszcza chłopcy nie dawali mi spokoju, ciągłe wyzwiska pod moim adresem "szkielet", "kostucha", "szczur" itp. Czułam się okropnie... W gimnazjum miałam włosy do pasa, związane gumką - dwaj "przemili" chłopcy na zajęciach plastycznych, korzystając z tego, że akurat mieli w ręku nożyczki, ucięli mi je na długości szyi. Potem nabijali się z tego wszystkiego jeszcze bardziej. Skupiłam się na nauce. W liceum problem powrócił ze zdwojoną siłą - nerwica, nieprzespane noce, myśli samobójcze, w rezultacie: depresja. Podjęłam leczenie i chwilowo wróciłam do formy. Studniówka to chyba jeden z największych koszmarów w moim życiu, czułam się jak potwór, znowu najbrzydsza, bez partnera, ubrana tragicznie ze względu na brak pieniędzy. Złośliwe komentarze na ulicy - "pasztet", "ale ryj", "zgrabna, ale z ryjem coś nie tak" - swoją drogą zawsze myślałam, że człowiek ma twarz, ale szybko uświadomiono mi, że ja przecież nie jestem człowiekiem, mam ryj jak zwierzę i do tego szpetny.
Aneta cały czas jest pod opieką psychologa. Nie potraf odnaleźć się w środowisku rówieśników. Nigdy nie miała chłopaka, nie jest zapraszana do znajomych, jest traktowana jak odludek. Rozpoczęła studia dzienne, jednak jest jej bardzo trudno, bo wciąż powracają stany depresyjne.
—Teraz jestem na studiach, z dnia na dzień jest coraz gorzej, powracają myśli samobójcze, wstawianie z łóżka sprawia mi ogromne cierpienie, patrzenie w lustro jest jak podróż do piekła, nie mam przyjaciół, nie mam chłopaka, niebo spada mi na głowę i chyba już nie udźwignę tego ciężaru, moja brzydota mnie paraliżuje, zabija wszystkie marzenia — mówi ze smutkiem. — Złe myśli przysłaniają mi cały świat chciałabym umrzeć, mam dość, zbyt często dawno mi do zrozumienia, że jestem tylko imitacją człowieka, kobiety, że nic nie znaczę. Przykre przeżycia sprzed lat nie dają o sobie zapomnieć i właściwie nie potrafię już wchodzić w bliższe relacje z ludźmi, zachowuję dystans, wręcz bywam czasem zarozumiała w obawie przed tym, że znowu zostanę zraniona. Bardzo chciałabym coś zmienić w swoim życiu, jednak nie potrafię, nienawidzę ludzi, bo to oni nauczyli mnie nienawiści. Wokół mnie jest tylko smutek i myśli o śmierci. Żadne leki nie pomagają, a lekarze rozkładają bezradnie ręce...

Katarzyna, l. 40:
Od wielu lat zmagała się z nadwagą. Już w szkole podstawowej była z tego powodu szykanowana. Koledzy i koleżanki ze szkoły i podwórka nazywali ją "skwarką", "tłuściochem", "wielorybem" czy "grubą świnią".
— Przychodziłam ze szkoły, zamykałam się w pokoju i zajadałam problemy — wspomina. — Chciałam być jak inne dzieci. W domu nikt nie mówił, że jestem za gruba. Mama i babcia zachęcały mnie żebym jadła. I jadłam tłuste kotlety, rosół ze swojskich kur. W szkole wstydziłam się swojego wyglądu i tego, że na zajęciach wychowania fizycznego nie potrafiłam przebiec kilkunastu metrów bez zadyszki. Rodzice załatwili mi zwolnienie z lekcji, kiedy się poskarżyłam, że dzieci się ze mnie śmieją. Na podwórko przed blokiem też nie wychodziłam, bo tam dzieciaki też się ze mnie wyśmiewały.
Kompleksy sprawiły, że Kasia była zamknięta w sobie i nie miała zbyt wielu przyjaciół. W szkole średniej dziewczyna zawzięła się i postanowiła zadbać o sylwetkę. Dieta nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, więc postanowiła z niej zrezygnować i wrócić do starych przyzwyczajeń.
— Po pierwszej ciąży ważyłam ponad 100 kilogramów. Przez kilka lat nie ważyłam się, żeby nie wiedzieć ile ważę. Po drugiej ciąży waga wskazała 124 kilogramy — opowiada. — Popadłam w depresję. Nic mnie nie cieszyło, przestałam dbać o siebie i dom. Nie pracowałam, więc każdą wolną chwilę poświęcałam na gotowanie i pieczenie ciast. Wiele razy próbowałam podjąć walkę z nadwagą, jednak po kilku dniach wracałam do starych nawyków. Wstydziłam się swojego wyglądu, tego, że nie mogłam kupić sobie ubrań, bo nie było takiego dużego rozmiaru. Mąż widział, że dzieje się ze mną coś niedobrego, dlatego zasponsorował mi wczasy odchudzające. W ciągu 3 tygodni schudłam 8 kilo, niestety po powrocie do domu szybko przybyło mi jeszcze więcej.
Kasia załamała się. Próbowała popełnić samobójstwo. Trafiła na kilka tygodni do szpitala. Cały czas znajduje się pod opieką lekarzy. Regularnie przyjmuje leki, ma ustaloną dietę.
— Wciąż w mojej głowie słyszę ironiczne głosy, które śmieją się z mojej wagi — mówi. — Wiem, że muszę z tym walczyć, bo mam dla kogo żyć. Mąż i dzieci to moja największa motywacja, by walczyć o siebie.
Obrazek w tresci

Magdalena, l. 32:
Od dziecka zmaga się z kompleksem krzywego, dużego nosa. Nie stać jej na operację plastyczną. — Pierwszy raz usłyszałam coś na temat mojego nosa w wieku 7 lat od mojej ciotki — opowiada. — To była zwykła informacja, że mam podobny nos do mojej babci, taki "orli". Choć nie widziałam nosa z profilu to właśnie wtedy po raz pierwszy zrobiło mi się przykro. Tym bardziej, że moje rodzeństwo zaczęło się z tego powodu ze mnie naśmiewać. Mój profil nosa zobaczyłam dopiero na zdjęciu, które zrobiono nam w szkole, miałam wtedy jakieś 10 lat. Widząc go doznałam szoku. Mimo to, nie myślałam o tym. Horror zaczął się później, tak gdzieś w 6 klasie, kiedy rówieśnicy zaczęli się z mojego nosa śmiać. Nikt w oczy mi tego nie powiedział, ale wiedziałam, że jestem obiektem plotek i naśmiewania. I właśnie wtedy zaczęłam się sobie przyglądać. Codziennie oglądałam swój profil, modliłam się, żeby stał się cud i nos się zmniejszył. Oczywiście bez skutku. To trwało do końca liceum. Potem chyba mi przeszło, bo zaczęłam czesać się w taki sposób, żeby nos nie rzucał się w oczy. Miałam wrażenie, że ludzie też przestali zwracać na niego uwagę. Mimo wszystko zawsze miałam go na uwadze i teraz znów odczuwam jego istnienie.
Magda zaczęła unikać ludzi, podjęła pracę zdalną, bo dzięki temu nie musi spotykać się z innymi. Unika też spotkań rodzinnych, bo obawia się, że ktoś zapyta ją "dlaczego nie ma chłopaka" lub wspomni o jej kompleksie.
— Ilekroć ktoś na mnie spojrzy myślę tylko o tym, czy zauważył mój okropny profil nosa. Od jakiegoś czasu uczęszczam na pewien kurs. Odnoszę wrażenie, że mój nauczyciel patrząc na mnie i widząc mnie z boku śmieje się w głębi siebie. Jest miły, ale ja jednak mam wrażenie, że zwrócił uwagę na mój nos. Takie życie jest okropne, nigdy nie będę sobą, zawsze myślę o swoim nosie. Uciekam od ludzi, nie potrafię z nikim nawiązać kontaktu, nigdy nie miałam chłopaka. A przez to, że unikam ludzi, praktycznie nie rozmawiam z nikim. I kiedy jestem zmuszona coś powiedzieć brakuje mi słów, nie kończę zdań, mowie niewyraźnie, ogarnia mnie przeogromny stres, ręce drżą a oczy patrzą w podłogę.
Obrazek w tresci

Krystian, l. 28:
Największym kompleksem Krystiana jest trądzik. Problem zaczął się już w 13 roku życia. Początkowo rodzice, ani sam Krystian, nie przejmował pojedynczymi wypryskami na twarzy. Niestety, z biegiem lat problem narastał. Dziś Krystian ma już 28 lat, jest zamkniętym w sobie mężczyzną, któremu kompleksy nie pozwalają normalnie żyć.
— Pryszcze niszczą mi życie — opowiada. — Nigdy nie miałem dziewczyny, myślałem nad rzuceniem szkoły średniej, nie poszedłem na studia. Rano nie chce mi się wstać z łóżka, nie chce mi się żyć. Byłem u niejednego dermatologa, próbowałem różnych diet, leków, toników, żelów, ziół - wszystkiego. Na twarzy mam wulkany, prosaki, zaczerwienienia, zwykle pryszcze, wągry. Mimo że wewnątrz jestem normalnym człowiekiem to z zewnątrz każdy patrzy na mnie jak na jakiegoś kosmitę. Najchętniej zamknąłbym się w domu na zawsze. Nie oczekuje współczucia, musiałem się tylko wygadać, bo oczywiście przez pryszcze nie mam nawet przyjaciół.
Krystian wstydzi się tak bardzo swojej dolegliwości, że nie poszedł na studia, choć uczył się bardzo dobrze i marzył, że kiedyś zostanie lekarzem weterynarii. Niestety, nie zdecydował się na studia. Tylko dzięki rodzicom i namowom nauczycieli skończył średnią szkołę, bo ją również chciał przerwać. Wizyty u różnych lekarzy, w poradniach i różnego rodzaju specyfiki, nie dały żadnego rezultatu. Chłopak pracuje jako kierowca, jeździ ciężarówkami po kraju i za granicą. Choć nie jest to wymarzona praca, to jednak pozwala mu na unikanie kontaktów z ludźmi.
— Ta praca pozwala mi ukrywać swoją twarz — tłumaczy. — Po co ktoś ma na mnie patrzeć, skoro ja sam nie mogę znieść swojego widoku. I chyba nic na to nie mogę poradzić, bo lekarze też bezradnie rozkładają ręce. Najgorzej jest na policzkach. Na prawym mam taką ropiejącą plamę i ogólnie z 50 pryszczy na lewym i prawym razem. Dla kogoś kto nie walczy z tym problemem to może śmieszne, a zarazem obrzydliwe. Nie mam nawet 30 lat a już zakończyłem swoje życie. Jeśli kiedykolwiek ten problem mnie opuści to do takiego stanu psychicznego jak sprzed problemu już nie wrócę. Jestem tak zmęczony psychicznie, że czuję się jak stary człowiek. Nie widzę dla siebie przyszłości, nie mam marzeń, żyję z dnia na dzień.

Joanna Karzyńska

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5