Staramy się być o krok przed śmiercią i ją wyprzedzić...

2021-09-26 10:57:53 (ost. akt: 2021-09-26 11:51:54)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Każda tragedia ludzka pozostawia piętno w naszej psychice. Zawód ratownika medycznego to praca trudna, szczególnie kiedy człowiek czasem jest bezradny. — Nie wstydzimy się, że zdarza nam się "mieć mokre oczy" z powodu śmierci pacjenta... — mówi Grzegorz Achremczyk, ratownik medyczny z 18-letnim stażem.
Wielu ratowników medycznych głośno mówi o tym, że ratownictwo jest ich pasją. Pogotowie i karetka to jest ich miejsce na tej ziemi. Wymarzona praca, praca z powołania, z pasją. Nie wyobrażają sobie wykonywania innego zawodu lub tego samego, ale w innym miejscu. To ich świat i misja... Takim człowiekiem jest Grzegorz Achremczyk, który ratownikiem medycznym jest od 18 lat. Jako młody człowiek nie myślał o tym, że będzie pracował w tym zawodzie. Uczył się w Technikum Mechanicznym, po jego ukończeniu planował studia w tym właśnie kierunku na UWM w Olsztynie. Znajoma jednak doradziła mu, by złożył dokumenty do olsztyńskiego "Medyka". Już w trakcie pierwszego roku nauki dziennej zaczął pracować jako wolontariusz w szczycieńskim pogotowiu. Po pierwszym roku pracował już na umowę-zlecenie. Od 2003 roku jest pracownikiem Pogotowia Ratunkowego w Szczytnie. Ukończył Akademię Medyczną w Gdańsku. Pracował i uczył się, miał dyżury w karetce.
— Od czasu kiedy zacząłem się uczyć w "medyku" wiedziałem, że chcę pracować w przyszłości w zawodzie ratownika medycznego — mówi. — I mam tak do dziś. Nie wyobrażam sobie innej pracy niż ta. Bywają momenty trudne, jednak to jest to, co chcę robić. Ta praca to nie tylko wyuczony zawód, ale moja misja.
Obrazek w tresci

Daje z siebie wszystko
Praca jest motorem napędowym pana Grzegorza. Zawsze daje z siebie 100 proc., zarówno podczas dyżurów jak i zajęć, które prowadzi. Kiedy tylko może doskonali się zawodowo, uczestnicząc w kursach, spotkaniach i konferencjach o tematyce ratunkowej. Działa w Grupie Ratowniczej Autrimpus Szczytno, która została powołana w 2013 roku jako organ wspomagający działania Fundacji Autrimpus. Grupę współtworzą członkowie Fundacji Autrimpus, jak też i osoby spoza tej organizacji. Są to specjaliści związani ze służbami i instytucjami, które na co dzień dbają o bezpieczeństwo i zdrowie mieszkańców Powiatu Szczytno. Prywatnie jest tatą 10-letniego Bartka i od 2008 roku mężem pani Katarzyny, która jest farmaceutką. Jest też fanem piłki nożnej. Kiedy tylko może wyjeżdża na mecze, również za granicę, kibicować. To jest jego "odskocznia" od rzeczywistości. Dzięki temu ma też okazję podróżować, zwiedzać inne kraje, poznawać ich kulturę i mentalność.
Obrazek w tresci

— Teoria i cała wiedza medyczna to solidny i konieczny fundament każdego ratownika, lecz trzeba mieć w sobie też pewnego ducha, taką jakby iskrę do tego by działać. Działać szybko, zdecydowanie, w trudnych warunkach, często pod ogromną presją. To wszystko właśnie po to by dołożyć wszelkich starań by wygrać ten najważniejszy wyścig — wyścig ze śmiercią — tłumaczy. — Wymagania, jakie każdy z nas musi przed sobą postawić, decydując się na pracę ratownika medycznego, to otwartość, zaangażowanie, chęć do ciągłego zdobywania wiedzy, umiejętność pracy w zespole, empatia i komunikatywność. Nie można także zapomnieć o odporności na sytuacje stresowe. Naszym głównym zadaniem jest zabezpieczenie i ustabilizowanie stanu pacjenta, którego życie lub zdrowie jest zagrożone, następnie transport tego pacjenta do odpowiedniego ośrodka. Oczywiście nie jeździmy tylko do stanów nagłych. Powszechnie wiadomo, że liczba wezwań do stanów niezagrażających życiu stale rośnie. Wtedy nasza praca polega na zbadaniu pacjenta, postawieniu wstępnej diagnozy i skierowaniu pacjenta do lekarza pierwszego kontaktu, bądź na wsparciu psychologicznym.
W ratowaniu życia to oprócz teorii i wiedzy medycznej również predyspozycje psycho-fizyczne, tj. sprawność fizyczna by ewakuować pacjentów lub wbiegać na czwarte piętro z pełnym sprzętem: plecak ratowniczy, torbę tlenową, kardiomonitor etc. Dodatkowo odporność na stres. W ratowaniu życia ważną rolę odgrywa czas.
— Kiedy dostajemy wezwanie wyjeżdżamy natychmiast. Każda sekunda jest bardzo ważna — opowiada. — Dostajemy wezwanie z opisem tego, co prawdopodobnie zastaniemy na miejscu zdarzenia. Po dojechaniu rozpoczyna się moment oceny tego co się stało. W części akcji ratunkowych współpracujemy z innymi służbami, takimi jak policja czy straż pożarna, wtedy potrzebne informacje możemy uzyskać bezpośrednio od nich. Po ustabilizowaniu stanu pacjenta na miejscu zdarzenia, następuje decyzja o transporcie. W zależności od stanu poszkodowanego, transportowany jest on do najbliższego Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, bądź bezpośrednio do ośrodka specjalistycznego. Do transportu możemy wykorzystać też Zespół Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, co w niektórych przypadkach znacznie skraca czas dotarcia pacjenta do szpitala.
Obrazek w tresci


Pomoc to satysfakcja
Praca ratownika medycznego to pewien rodzaj misji, którą pan Grzegorz wypełnia najlepiej jak potrafi. Najważniejszy jest dla niego człowiek, który potrzebuje pomocy.
— Pomoc drugiemu człowiekowi daje niesamowitą satysfakcję — mówi. — Myślę, że to najważniejsza kwestia. Drugim aspektem jest różnorodność tej pracy. Pracujemy w terenie, w różnych warunkach, jeździmy do różnych pacjentów. Kolejnym plusem są ludzie pracujący w tym zawodzie. Są otwarci, pomocni, pozytywni. Pozytywnym aspektem tej pracy jest też wdzięczność ludzi za naszą pracę. Zdarza się, że ludzie widząc nas na ulicy czy jakiś spotkaniach poznają nas, dziękują, powiedzą "dzień dobry". Czasami ktoś po latach nas poznaje. Miałem przypadek, że wieźliśmy dziecko do szpitala w Olsztynie i mama nas poznała. Okazało się, że 9 lat wcześniej też transportowaliśmy karetką jej inne dziecko, które połamało ręce. Radosnym aspektem naszej pracy są też porody domowe lub te w karetce. Podczas moich dyżurów zdarzyło mi się kilka porodów. Pierwszy odbył się w Radostowie. Potem było jeszcze kilka porodów. Miłe uczucie, kiedy ratownik podpisuje zamiast lekarza metryczkę urodzenia. Choć nie zawsze przy tych porodach było łatwo, bo zdarzało się, że dziecko zatrzymało się w kanale rodnym lub owinięte było pępowiną. Bywało, że nogi się uginały ze zdenerwowania, ale na szczęście dzieci rodziły się zdrowe.
Obrazek w tresci

Są różne sytuacje
Niestety, nie zawsze uda się przywrócić czynności życiowe. Medycy muszą do traumatycznych widoków i pewnych typów zdarzeń przywyknąć by, po ludzku, nie zwariować. Nie oznacza to, że wszyscy wyzbywają się uczuć. Często są one jednak skrzętnie ukryte głęboko w sobie, przykryte skorupą profesjonalizmu, nierzadko odbieranego przez osoby postronne jako zobojętnienie czy brak empatii.
— Osoby pracujące w ratownictwie medycznym muszą prezentować pewne cechy charakteru, by być w stanie sprawnie udzielić potrzebującemu człowiekowi pomocy. Niestety, czasem pomimo usilnych starań, nie udaje nam się uratować człowieka — mówi. — Sytuacje są różne, zachowanie ludzi też. Gdy nie da się kogoś uratować, a rodzina jest tuż obok, emocje są wtedy ogromne i dość nieprzewidywalne. Nierzadko jest to duża presja i odpowiedzialność za słowa podczas takich sytuacji. Należy podchodzić do tego na chłodno i profesjonalnie, by po prostu nie zwariować od natłoku emocji, myśli. Choć są też i takie sytuacje, które nosi się w sobie cały czas i każdy ratownik o takowych mógłby opowiedzieć. Najtrudniej jest powiedzieć o śmierci dziecka. Sam jestem rodzicem i mogę sobie tylko wyobrazić, jaki to ból. Pamiętam, jak kilka lat temu do stawu wpadł 2-letni chłopiec. Pomimo naszej długiej reanimacji nie udało się przywrócić czynności życiowych. Musiałem powiedzieć jego mamie, że jej syn nie żyje. Było też zdarzenie, kiedy 13-letnia dziewczynka zatruła się czadem. Reanimowaliśmy ją, jednak bezskutecznie. Musiałem powiedzieć rodzicom o jej śmierci. Nie są to łatwe sytuacje, niektóre na długo zapadają w pamięci.
Najtrudniejsze w tej pracy są wyjazdy do wypadków ludzi młodych, śmierci dzieci lub też osób bliskich, znajomych.
Obrazek w tresci

— Są takie dni, kiedy podczas jednego dyżuru człowiek jest świadkiem największych radości, jakim są narodziny człowieka i za chwilę największej tragedii, jaką jest śmierć człowieka — tłumaczy pan Grzegorz. — To wszystko jest skumulowane tak blisko siebie. To na pewno zostawia we mnie ślad. Najtrudniejsze są wyjazdy do rodziny, znajomych. Nie życzę żadnemu ratownikowi takich wyjazdów. Jest to ogromna presja... Nie oswoiłem się ze śmiercią i prawdopodobnie nigdy tak się nie stanie. Podchodzę do zawodu profesjonalnie, a w trakcie działania nie mam czasu na przejmowanie się drastycznymi widokami, które mnie otaczają.
Każdy dzień pracy ratownika to potencjalna walka ze „złem tego świata”.
— Zawsze tam, gdzie jest taka konieczność, staramy się być o krok przed śmiercią i ją wyprzedzić… Czasem się nam to nawet udaje… I wtedy naprawdę czujemy radość i mamy poczucie, że nasza praca ma sens — podsumowuje pan Grzegorz. — Przede wszystkim przyjemnie jest uratować kogoś od bólu, wygrać wyścig ze śmiercią, czy przywitać nowe życie. Jak się kogoś dowiezie do szpitala, jak się go uratuje, a później się go spotka na ulicy, że idzie zdrowy i uśmiechnięty, jak to dziecko się urodzi bez komplikacji, to są wielkie sprawy, które również zostają w człowieku i ubogacają. Otrzymując podziękowanie od pacjenta, serce wtedy rośnie i myślę sobie „lubię tę robotę”. Nie zamieniłbym jej na żadną inną! Choć czasem pomimo całej mojej twardości i opanowania, zdarza się, że oczy mokre się robią i wzruszenie człowieka ogarnia.

Joanna Karzyńska

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5