To była biegowa rzeź. Przeżyli?

2018-06-10 06:57:29(ost. akt: 2018-06-10 07:00:58)

Autor zdjęcia: FB/KarolinaKrawczykFotografia

BIEGANIE/// Reprezentacje naszego powiatu znów pokonały setki kilometrów! Stumilak, Rzeźnik... To ledwie część długodystansowej ofensywy, którą przeprowadzili w miniony weekend nasi biegacze! Czy jest szansa, że na tym poprzestaną?
Nie. Takich cudów nie ma. A w szczególności trudno byłoby sobie wyobrazić, by "dość" powiedział sobie Rafał Kot. Popularny "Góral z Mazur, którego w ostatnich dniach można było podziwiać jako "kropkę na ekranie" (organizatorzy Stumilaka zapewnili kibicom możliwość śledzenia postępów swych ulubieńców), biegając po szczytach górskich pogranicza polsko-słowackiego nie tylko pokonał 180 km (przy 9500 m przewyższenia!) w ciągu 43 godzin, ale i niemal wszystkich rywali. Niemal, bo tym razem w udziale przypadło mu srebro (złoto zgarnął znany w całej biegowej Europie Gniewomir Skrzyński). — Ten człowiek jest niesamowity — komentują z niedowierzaniem wyczyny Rafała Kota jego znajomi z klubu Jurund Szczytno.


Bieganie ich łączy, nie dzieli
Potężną dawkę emocji zafundowali miłośnikom sportu z powiatu szczycieńskiego także Michał Piotrowski i Józef Zdunek, którzy zmierzyli się ze słynnym Biegiem Rzeźnika. Duet Jurunda Szczytno uplasował się na 129. lokacie (na blisko 700) z wynikiem 13 godzin, 51 minut i 40 sekund. Po pokonaniu przez nich trudnej, ok. 82-kilometrowej trasy, mieliśmy okazję zapytać o wrażenia Michała Piotrowskiego.

— O Rzeźniku mówi się w Polsce od lat. Mieliście z nim już wcześniej do czynienia?
— Nie, zarówno dla mnie, jak i dla Józka, był to pierwszy start w tej imprezie. Obaj możemy jednak stwierdzić, że choć w całej Polsce są biegi znacznie trudniejsze, to i tak nazwa "Rzeźnik" jest jak najbardziej adekwatna. Przy takim dystansie i sumie przewyższeń (82 km i przeszło 4000 m - przyp. K.K.) to już nie jest zabawa. Nie da się tam pobiec rekreacyjnie czy towarzysko. Za rączkę nikt nie prowadzi.

— Wielu się o tym przekonało, dość dotkliwie.
— Dokładnie, prawie połowa zespołów, 49 procent, nie dotarła do mety. To o czymś świadczy. Trzeba było być naprawdę przygotowanym kondycyjnie, a najlepiej zaliczyć też przynajmniej jeden lub dwa biegi górskie na dystansie nie krótszym niż 20 km. Takie doświadczenie się bardzo przydaje.

— Czyli nazwa "Rzeźnik" to nie jedynie chwyt marketingowy?

— Myślę, że jest w niej mimo wszystko sporo marketingu. Czy to źle? Dla niektórych pewnie tak. Z drugiej strony trzeba uczciwie przyznać, że to jeden z pierwszych w Polsce biegów tego typu. Jeśli ktoś przecierał szlaki, by takie imprezy stały się w naszym kraju popularne, to właśnie oni. Rzeźnik to pewnego rodzaju legenda i - jak wszystko - ma przez to swoje plusy i minusy.

Obrazek w tresci

— Organizatorzy przewidzieli 16-godzinny limit na pokonanie trasy. Po jakim czasie stawiliście się na mecie?
— Gdy organizatorzy zobaczyli, że z 679 dwuosobowych zespołów ukończyło bieg niewiele ponad 400, zmienili nieco limit ostatniego (zresztą bardzo trudnego) odcinka. Dzięki temu wyzwanie ukończyło dodatkowych 150 ekip. Nam jednak nie było to potrzebne, ponieważ wypracowaliśmy czas 13 godzin, 51 minut i 40 sekund, co dało nam 129. miejsce w klasyfikacji OPEN.

— To dobry wynik? Czy jednak niezbyt was satysfakcjonuje?
— Biorąc poprawkę na to, że zwycięzcy ukończyli bieg po 8 godzinach i 56 minutach, a tylko 5 zespołom w całej stawce udało się zejść poniżej 10 godzin, z takiego debiutu jesteśmy bardzo zadowoleni. Cały czas napieraliśmy. Nie było chwil zwątpienia i niekontrolowanych odpoczynków. Walczyliśmy do końca. Co najważniejsze jednak.... Nie pokłóciliśmy się i do domu wróciliśmy razem jako przyjaciele.

— Inni mieli z tym problem?
— Zdecydowanie tak. Przy dużym zmęczeniu czasem trudno niektórym było powstrzymać emocje, często te negatywne. W duetach dochodziło do spięć. W przypadku wielu drużyn kontynuowanie po Rzeźniku koleżeńskich relacji nie wydawało się zbyt oczywiste. Po drodze widzieliśmy wiele niezbyt miłych sytuacji. Najwyraźniej nie każdemu pasuje bieganie w parze. Ale nie ma sensu tego drążyć, bo nas to nie dotyczyło.

— Co, poza trzymaniem nerwów na wodzy, było najtrudniejsze?
— Najtrudniejszym momentem była sama końcówka, gdzie organizator zafundował dwa bardzo mocne podejścia i strome zbiegi. Po przebiegnięciu 70 km, gdy jest ogromne zmęczenie, kostki nie trzymają już tak jak trzeba, a kolana proszą o litość. Zwłaszcza w takim terenie.

— Mało kto narzekał jednak na piękno okolicy...
— Otoczenie, w jakim przyszło nam biec, ładna pogoda i super widoki na trasie, a także fantastyczna, przyjacielska atmosfera wśród biegaczy... To wszystko spowodowało, że jest to bieg, który zapadnie nam w pamięci na długo. Najmilej zaskoczyło nas jednak co innego...

— Tzn?
— Wielokrotnie pozdrawiano nas na całej trasie. Czy inni zawodnicy, czy wolontariusze i kibice... Co chwilę słyszeliśmy motywujące okrzyki w stylu: "Brawo Szczytno!", Jurund dajecie!" itp. Świadczy to o tym, że jako klub stajemy się coraz bardziej rozpoznawalni w polskim światku biegowym. To naprawdę dodawało nam sił i otuchy na trasie.

— Gdzie, jako Jurund, będzie można was zobaczyć w najbliższych tygodniach?
— Na pewno podczas IV Festiwalu Biegów Jurunda, który odbędzie się 17 czerwca w Lipniku. Wraz z Joanną Paczkowską planujemy wystartować 30 czerwca w Ultramaratonie Karkonoskim, a dzień później również w biegu "towarzyszącym" na 21 km. Większą ekipę Jurundów kibice będą mogli zobaczyć również podczas III Biegu o Babę Dźwierzucką i na trasie Triathlonu Szczytno. Najbardziej "efektowny" wyjazd klubowy szykuje się nam jednak od 19 do 22 lipca, gdy zmierzymy się z Dolnośląskim Festiwalem Biegów Górskich w Lądku Zdroju. Podczas tego festiwalu nasi będą walczyć na wielu trasach: 10 km, 45 km, 68 km, 110 km i 240 km.

Kamil Kierzkowski
k.kierzkowski@gazetaolsztynska.pl


2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5