Szachy rozwijają umysł i przynoszą duchowy relaks

2016-10-22 09:10:00 (ost. akt: 2016-10-22 13:27:54)

Autor zdjęcia: Archiwum klubu

Gambity, obrony, roszady, analizy...- gra w szachy to dla wielu przysłowiowa, niezbadana "czarna magia", a także... synonim nudy. Alfred Sobolewski udowadnia jednak, że tego typu opinie nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Jeden z najbardziej doświadczonych szachistów w naszym regionie przekonuje - w rozmowie z Kamilem Kierzkowskim - że dyscyplina ta nie tylko rozwija umysł, ale także potrafi bawić w równym stopniu i seniorów, i najmłodszych.
— Szczytno może kojarzyć się w Polsce z różnymi rzeczami, lecz niekoniecznie z szachami. Jakie tradycje ma nasze miasto na tej płaszczyźnie?
— Z tego co wiem, to pierwsze inicjatywy szachowe powstawały w Szczytnie już w latach 50-tych, przy ówczesnym Domu Nauczyciela. Spotkania miały wtedy jednak charakter typowo towarzyski. Widoczny rozwój szachów w naszym regionie przypada jednak na okolice lat 70-tych, gdy rozwijały się zakłady przemysłowe, do pracy w których przyjeżdżali uzdolnieni technicy i inżynierowie. Właśnie przy Lenpolu (Północne Zakłady Przemysłu Lniarskiego - przyp. red) powstał pierwszy szczycieński klub szachowy z prawdziwego zdarzenia. I miejscowym szachistom nie szło najgorzej, bo byli m.in. na podium mistrzostw wojewódzkich, dawali radę w walce z reprezentantami znacznie starszych i bogatszych klubów...

— Nie dali rady natomiast przetrwać zmian ustrojowych z 1989 roku.
— Tak. Zmieniało się wówczas bardzo dużo. Gdy upadł zakład, będący głównym fundamentem i głównym sponsorem klubu, wszystko się rozsypało. Jednak nie na długo. Szachiści wciąż chcieli się rozwijać i grać, więc we wrześniu 1991 roku powołany został klub szachowy Odrodzenie (nazwa wzięła się od miejscowej spółdzielni mieszkaniowej, w której znajduje się siedziba klubu - przyp. red.). Ogromną zasługę miał w tym Wacław Sudak, który wziął wówczas na siebie główny ciężar organizacyjny, dzięki czemu - już na starcie - dysponowaliśmy pokaźną liczbą zawodników, bo niemal 30.

—Wspomniał pan wcześniej o Domu Nauczyciela. Muszę więc zapytać: czy szachy powinny trafić do szkół? Np. w Rosji przynosi to świetne efekty...
— O wprowadzeniu szachów do szkół mówiły chyba wszystkie partie, które dochodziły do władzy w naszym kraju. Niestety - w zasadzie na mówieniu się i zaczynało, i kończyło. A szkoda, bo to naprawdę wspaniałe rozwiązanie. Lokalnymi siłami udało nam się coś takiego wprowadzić w Szkole Podstawowej nr 6, gdzie od 2010 roku funkcjonuje koło szachowe. Podczas zajęć prowadzonych przez panią Danutę Muraszko, dzieci nie tylko mogą nauczyć się zasad, podstaw, ale i świetnie się przy tym bawić.

— Jak z frekwencją na zajęciach? Młodym nie jest bliżej do tego, by kopać piłkę, niż siedzieć przy szachownicy?
— Jedno i drugie można pięknie połączyć. Przez progi koła szachowego przewinęło się w ciągu 5 lat ok. 100 dzieci. Jest wśród nich ogromna chęć sportowej rywalizacji. W turniejach, które przeprowadzaliśmy, młodzi... nie godzą się na remisy i walczą, nim nie zgaśnie ostatnia iskierka nadziei na zwycięstwo. Mają chęci, by trenować szachy. Co dziwne jednak - nie zawsze mają możliwości. Jakby przejść się tak po świetlicach, to w mało której znalazłby się pewnie jakikolwiek komplet szachów. Dzieci zamiast tego tracą czas patrząc w telewizor... A mogłyby się świetnie bawić i rozwijać przy warcabach czy szachach.

— Z tego co wiem: również i pan występuje w roli "trenera" koła szachowego.
— Staram się wspierać tę inicjatywę jak tylko mogę. Czasem pomagam wyjaśniać najmłodszym jakieś bardziej złożone kombinacje... Naturalnie nie tak bezinteresownie: już teraz mogę powiedzieć, że w Szczytnie rośnie pokolenie naprawdę świetnych szachistów, którzy - mam nadzieję - wzmocnią swym umysłem nasz klub szachowy. Bardzo mi na tym zależy. Przykłady? Chociażby 15-letni Hubert Kwiatkowski, który już teraz jest poważnym zagrożeniem dla wielu doświadczonych seniorów. Podobnie 12-letnia Weronika Radawiec czy 9-letnia Magda Dymerska... Jeśli tylko dalej będą się tak rozwijać szachowo, jak teraz, to lada moment - jako seniorzy - będziemy się musieli naprawdę natrudzić, by dać im radę.

— Wyniki ostatnich turniejów wskazują na to, że "zmiana warty" przy szachownicy jeszcze nie nastąpiła w pełni. Nie schodził pan z 1. miejsca.
— W ostatnim czasie chyba faktycznie idzie mi najlepiej, przynajmniej w mojej kategorii wiekowej. Nie lubię jednak takich porównań. To w końcu szachy: często wystarczy krótka chwila dekoncentracji, by przegrać.

— Kto i kiedy "zaraził" pana w ogóle tą grą?
— W 2. klasie podstawówki nauczyciel przyniósł na lekcję swój prywatny komplet i rozłożył go na ławce. Było to dla nas coś nowego i coś, co nas bardzo zainteresowało. I chyba właśnie tak to powinno wyglądać: szkoła powinna być miejscem, które budzi zamiłowanie do tego typu "zdrowych" zainteresowań. Gdy zacząłem grać, miałem 8 lat. Przez kolejnych sześćdziesiąt moje zainteresowanie tą dyscypliną wyłącznie rosło.

— Jak wygląda trening szachisty?
— U każdego pewnie inaczej. Ja preferuję analizowanie partii dużo lepszych szachistów. Opierałem się głównie o warsztat świetnego Dawida Bronsteina, z którego stylu starałem się coś dla siebie zaczerpnąć. Takich nazwisk jest mnóstwo: od Kubańczyka Raula Capablanki aż po naszego Ksawerego Tartakowera. Zwłaszcza ten ostatni miał niesamowity styl: nieprzewidywalny, niezwykle ekspresyjny. Potrafił "oddać" kilka figur, a następnie dzięki uzyskanej pozycji momentalnie matować przeciwnika.

— Jeśliby miał pan wskazać zwycięstwo, które sprawiło panu najwięcej radości... Co by to było?
— Będąc przez lata żołnierzem zawodowym, startowałem m.in. w mistrzostwach 12. Dywizji Zmechanizowanej czy mistrzostwach w Wyższej Szkole Oficerskiej w Jeleniej Górze. Oba turnieje zwyciężyłem. W środowisku wojskowym było to jedno z najwyższych wyróżnień szachowych. Chętnie wracam myślami do tamtych wydarzeń.

— Co dają panu szachy?
— Myślę, że swego rodzaju relaks duchowy. Mogę się wyłączyć z całego świata wokół i skupić na kombinacjach na szachownicy. Pobudzają szare komórki, pomagają zachować solidną sprawność umysłową. Pomagają w konstruktywnym myśleniu, a bez niego - nawet grając w zwykłego "chińczyka" - zawsze się przegrywa. Poza wszystkim są również świetną okazją do poznawania ciekawych, inteligentnych ludzi, a także niezwykle owocną formą rozrywki.

— Jak, patrząc przez pryzmat szachownicy, wygląda obecna sytuacja w powiecie?
— Klubów nie brakuje: prężnie działają szachiści zwłaszcza w Jedwabnie, Wielbarku i Rozogach. Do niedawna podobnie było i w Pasymiu, choć - przyznam szczerze - nie mam pojęcia, jak to teraz u nich wygląda. Najwięcej dzieje się jednak u nas w Szczytnie...

—...kiedy zatem będziecie mieć kolejną okazję do spróbowania swych sił w jakimś turnieju?
— Jeden turniej w zasadzie trwa nieprzerwanie od 6 października, bo nie poprzestajemy tylko na wydarzeniach jednodniowych. Będą to więc dość długie rozgrywki, bez żadnych ograniczeń wiekowych, partie w limicie do 60 minut. Koniec planujemy - oczywiście wstępnie - na początek grudnia. W najbliższym czasie będą jednak dwa dodatkowe turnieje, organizowane przez naszego klubowego kolegę - Krzysztofa Łuszczyka. Dzięki niemu odbędą się niebawem Otwarte Mistrzostwa Powiatu (29.10) oraz Mistrzostwa Powiatu Dzieci i Młodzieży (30.10). Naturalnie - wszystkich gorąco zapraszamy do wzięcia udziału.


Czytaj e-wydanie

Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. Swoją stronę założysz klikając " Tutaj ". Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: Podziel się informacją:

">kliknij

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5