Pokochałem lasy i łowiectwo dzięki tacie [WYWIAD]

2021-03-19 10:00:00 (ost. akt: 2021-03-19 09:18:10)
Gdy o myślistwie rozmawia się rzeczowo, "hejterom" bardzo szybko kończą się argumenty —  przekonuje Hubert Pieklik

Gdy o myślistwie rozmawia się rzeczowo, "hejterom" bardzo szybko kończą się argumenty — przekonuje Hubert Pieklik

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

ROZMOWA || Wielu młodych wydaje się nie wiedzieć skąd pochodzi mięso. Przez to też go nie szanują, tak jakby rosło w każdej sklepowej lodówce — mówi Hubert Pieklik. 20-letni myśliwy ma na koncie wiele sukcesów strzeleckich: i tych w łowiectwie, i tych w sporcie.
— Skąd w tegorocznym maturzyście tak wielka pasja do łowiectwa i lasu?
— Interesowałem się tym odkąd pamiętam, lecz na dobre zaraził mnie tą pasją mój tata. To on, jako pierwszy w naszej rodzinie, został myśliwym. Zabierał mnie ze sobą do lasu, gdzie uczestniczyłem w pracach na rzecz łowiska (np. dokarmianie zwierzyny w okresie zimowym i budowa urządzeń łowieckich). Pokazywał mi zwierzynę, opowiadał o niej. Wtedy jeszcze nie było mowy o polowaniu, bo nie towarzyszyła nam broń. Pokochałem ten świat, chciałem wiedzieć jeszcze więcej. Zacząłem marzyć o pracy w Lasach Państwowych, tak też trafiłem do Technikum Leśnego w Rucianem-Nidzie.

— Z perspektywy tych kilku lat, był to dobry wybór?
— Tak. Gdybym miał wybierać jeszcze raz, podjąłbym tę samą decyzję. Szkoła ta ma wiele atutów, ale jednym z głównych jest możliwość uczestniczenia w naprawdę wielu kursach, co przekłada się na umiejętności i certyfikaty. Zdobywaną wiedzę teoretyczną od razu uczymy się wykorzystywać w praktyce. To dobre miejsce, by poznać jak naprawdę wygląda praca leśnika.

— Chwilę po 18. urodzinach oficjalnie stałeś się myśliwym. Nie za wcześnie?
— Nie, prawdę mówiąc najchętniej zostałbym nim już wcześniej. W mojej ocenie już od 16. roku życia można byłoby zaczynać polować (pod okiem przeszkolonego opiekuna). Wymagana jest jednak pełnoletność.

— Z bronią palną miałeś do czynienia jednak już znacznie wcześniej.
— Bo miałem świetnego nauczyciela. Tata był dobrym strzelcem sportowym już w szkole średniej, a przez kolejne lata znacznie to zamiłowanie rozwinął. Często zabierał mnie ze sobą na treningi strzeleckie, zawody... Dzięki niemu sam pokochałem ten sport.

— Zapytam pod włos. Zacząłeś strzelać bo chciałeś Ty, czy dlatego, że chciał Twój tata?

— Zdecydowanie to pierwsze. Tata zaznajomił mnie z tym światem dlatego, że go o to poprosiłem. Przy okazji — nie ukrywam — fajnie było móc spędzać z nim więcej czasu. Nie wpajał mi tego zainteresowania na siłę. Gdyby tak było, to podejrzewam, że przyniosłoby to odwrotny efekt.

— Niepełnoletni nie mogą brać udziału w polowaniach. Jak oceniasz tę decyzję polityków?

— Moim zdaniem nie jest to decyzja trafiona. Tym aktem prawnym narzuca się rodzicom to, w jaki sposób mają wychowywać swoje dzieci. A kto inny, jeśli nie rodzice, ma wiedzieć najlepiej, co jest dobre dla ich dziecka? Młodzi uczestniczyli w polowaniach od dawnych czasów. Rozmawiałem o tym z wieloma myśliwymi "starej daty". Żaden z nich nie ma z tych polowań wspomnień, które skrzywiłyby ich psychicznie. Wręcz przeciwnie. Wszyscy wspominają o zawiązanych przyjaźniach, spotkaniach rodzinnych oraz wpojonym wówczas szacunku do zwierząt i samej magii przyrody.

Obrazek w tresci

Hubert będzie reprezentował okręg olsztyński na mistrzostwach Polski; fot. archiwum prywatne

— Prawo to weszło w życie 3 lata temu. Prawie ci się upiekło.
— Faktycznie, odczułem to tylko przez rok. Znam jednak wielu, którzy będą musieli czekać latami, by wybrać się na polowanie z rodzicami. To błąd. Zwłaszcza w obecnym świecie, w którym sporo młodych wydaje się nie wiedzieć skąd bierze się mięso. Przez to też go nie szanują, tak jakby rosło w każdej sklepowej lodówce.

— A jednak to Was, myśliwych, wielu krytykuje. Są ku temu podstawy?
— Od razu chcę zaznaczyć, że jeśli gdziekolwiek któryś myśliwy złamał prawo, to powinien być bezwzględnie ukarany. Leży to i w interesie zwierząt, i samych myśliwych. Boli jednak to, gdy jacyś pseudoekolodzy z marginalnych, pojedynczych przypadków rozciągają odpowiedzialność na całe środowisko. A robią to głośno. W mediach są na topie, krzyczą, poniżają nas...

— Jaki mają w tym cel?
— Bywają pewnie różne, ale nie brak przypadków, w których chodziło o zwykłe zaciemnienie ludziom obrazu. Na tyle, by dało się później wyciągnąć od nich pieniądze. Fundacje "ekologiczne" często inicjują pewne "zdarzenia", by było głośno. Sam miałem okazję być w sytuacji, gdy takie osoby pojawiły się na polowaniu. Na początku zachowywały się biernie. Ruszały z "działaniem" dopiero wtedy, gdy pojawiały się kamery telewizyjne. Pod swoim opisem takich "akcji" bardzo często wpisują od razu numer swojego konta bankowego.

— Zmierzmy się z kilkoma przykładowymi zarzutami. Ponoć myśliwi "dorabiają" się na polowaniach.
— Bzdura. W żaden sposób nie zarabiamy na łowiectwie. Szkoda, że te osoby nie wspominają o tym, że jako myśliwy — za własne pieniądze — np. dokarmiamy zwierzęta , dołączamy się do różnych imprez ekologicznych, współpracujemy z mniejszymi szkołami, organizujemy różne ścieżki edukacyjne... Wiele osób uważa, że jeżeli myśliwy strzela, to upolowane zwierzę jest jego.

— Nie jest tak?
— Nie. Choć może tak być, ale tylko wtedy, gdy myśliwy za tę zwierzynę zapłaci. Zwierzę w stanie wolnym jest własnością Skarbu Państwa, a dopiero pozyskana zwierzyna staje się własnością dzierżawcy, czyli Koła Łowieckiego. Wtedy są dwie opcje. Pierwsza: tuszę dostarczamy do punktu skupu, gdzie jest ważona i określana jest jej jakość, a następnie jest sprzedawana firmie skupowej. Druga płacimy za nią i zabieramy na tzw. użytek własny.

— Kolejny slogan: "bezmyślne zabijanie". Co byś odpowiedział?
— Tego typu słowa najczęściej mówią osoby, które nie mają o łowiectwie zielonego pojęcia. To nie jest tak, że myśliwy idąc do lasu może pozyskać to, co akurat zobaczy. Obowiązują nas przepisy, są terminy polowań na dany gatunek zwierzyny, określona jest liczba zwierząt do ostrzału...

— Jak się ją określa?
— Dany teren ma określoną "pojemność" zwierząt, jakie się w nim mieszczą. Przekroczenie dopuszczalnej pojemności przekłada się na liczne szkody, np. w uprawach rolniczych czy leśnych. W skrajnym przypadku może dojść do sytuacji, w której zbyt duża populacja zwierząt zwyczajnie nie będzie w stanie znaleźć odpowiedniej ilości pożywienia. To kończy się tzw. upadkami wśród wygłodniałych zwierząt. Poza tym i tak obowiązują nas "zasady selekcji".

— Tzn?
— Wskazują one dokładnie co możemy pozyskać. Najczęściej pozyskuje się najsłabsze sztuki. Lub najmłodsze, bo w tych grupach wiekowych dochodzi do największej liczby upadków z przyczyn naturalnych. Tak naprawdę średnio ledwie jedno na kilkanaście wyjść do łowiska kończy się strzałem. Choć prawie zawsze spotykamy zwierzynę, na którą w danym okresie można polować. Dobry myśliwy zawsze zadaje sobie pytanie czy odstrzał danego osobnika na pewno jest słuszny. Bo nawet jeśli samo zwierzę mogłoby być pozyskane, to trzeba wziąć pod uwagę wiele innych czynników (np. zwierzyna stoi zbyt blisko zabudowań albo żeruje na terenie, z którego trudno byłoby ją później zabrać).

— Często spotykasz się z bezpośrednim "hejtem"?
— Niestety dość często. Zawsze staram się jednak nawiązać spokojną rozmowę z autorem takowego "hejtu". Gdy o myślistwie rozmawia się rzeczowo, "hejterom" bardzo szybko kończą się argumenty. Mam kilku znajomych, których właśnie w ten sposób poznałem. Wcześniej krytykowali, a teraz... jeżdżą ze mną na polowania. I widzą jak to wszystko wygląda naprawdę. Po czasie przyznali mi rację.

— Zostawmy już te kontrowersje. Pamiętasz swój pierwszy okaz?

— I to doskonale. Pierwszą pozyskaną przeze mnie zwierzyną był lis. Poranne polowanie, z tzw. podchodu, w okolicach Jonkowa. O tym grasującym lisie powiedział mi miejscowy rolnik. Skarżył się, że wciąż wybiera mu kury z kurnika. Po udanym polowaniu problem znikł. Takich przygód każdy z myśliwych ma wiele. Mile wspominam też upolowanie odyńca, którego oręż został wyceniony na srebrny medal.

— Skoro medale, to przejdźmy do sportu. Która z konkurencji w strzelectwie sprawia Ci najwięcej frajdy?
— Myślę, że tzw. skeet. Jest to konkurencja bardzo dynamiczna. Strzelać można albo do pojedynczych rzutek, albo do tzw. dubletów (cele wyrzucane jednocześnie przez dwie maszyny). Strzela się śrutem z broni gładkolufowej. Wielu uznaje to za najtrudniejszą z konkurencji śrutowych. I faktycznie, zawodnicy właśnie na niej najczęściej "gubią" najwięcej punktów.

— Sukcesów Ci nie brakuje. Dzięki nim będziesz reprezentował okręg olsztyński na najbliższych mistrzostwach Polski. Kiedy się odbędą? Będzie medal?
— Prawdę mówiąc... nie wiem. Przez obecną sytuację związaną z wirusem wszystko stoi pod znakiem zapytania. Wierzę jednak, że wreszcie szansa się pojawi i impreza się odbędzie. Dużo pewności siebie dodało mi zwycięstwo w zawodach okręgowych (w klasie C) w Olsztynie. Jak potoczą się kolejne? To wie tylko św. Hubert. Ja dowiem się wszystkiego w swoim czasie.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5