Trzeba pamiętać, by będąc trenerem pozostać człowiekiem [WYWIAD]

2021-11-20 10:20:00 (ost. akt: 2021-11-21 09:59:27)
– Z jednej strony surowy, z drugiej "do rany przyłóż" – opisują trenera Marka Dancewicza jego podopieczni

– Z jednej strony surowy, z drugiej "do rany przyłóż" – opisują trenera Marka Dancewicza jego podopieczni

Autor zdjęcia: Kamil Kierzkowski

ROZMOWA\\\ Po już niemal 40 latach spędzonych w tych stronach, nie żałuję decyzji o przeprowadzce ze Śląska – mówi Marek Dancewicz. Ze szkoleniowcem celebrującego 25-lecie UKS Jedynka Orzysz rozmawiamy m.in. o "ślónskiej godce", trudnych początkach unihokeja w naszym regionie czy późniejszych sukcesach międzynarodowych. Co ciekawe, okazuje się, że kijem do unihokeja można bronić nie tylko sportowego honoru powiatu, ale i... własnych podopiecznych przed kibolami.
– Nauczyciel. Brzmi pięknie, ale nie jest to lekki zawód. Co pana podkusiło?
– Sam wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie (śmiech). Gdy jeszcze byłem uczniem, mówiłem, że dzieciaki nauczycieli mają przerąbane. Na studia AWF zdecydowałem się na 2 tygodnie przed egzaminami. Pomysłów na siebie miałem kilka, ale zwyciężył sport, który interesował mnie od zawsze. Sprawę ułatwiło to, że jako absolwent Technikum Mechanicznego w Gliwicach mogłem bez egzaminu dostać się na Politechnikę Śląską.

– Mało kto wie, że jest pan rodowitym Ślązakiem. Jak ze „ślónsko godko”?
– To prawda, pochodzę z Gliwic, na Śląsku spędziłem blisko 30 lat. „Godki” jednak już nie mam, zostały mi może pojedyncze słowa. W przeciwieństwie do mojego brata, który wciąż jest w niej dobry, ponieważ wciąż mieszka na Śląsku i ma bezpośredni kontakt z gwarą.

– Co przywiało pana do Orzysza?
– Z reguły ludzi z zewnątrz przyciągało tu albo wojsko, albo… dziewczyny (śmiech). Ja trafiłem tu właśnie w ten drugi sposób. Swoją byłą żonę poznałem podczas ogólnopolskiej akcji studenckiej Chełm-80 (pracowałem wówczas w Akademickim Związku Sportowym w Katowicach). Pracowała w Głoskowie, w Monarze. Jego założyciel, Marek Kotański, zaproponował jej utworzenie kolejnego ośrodka w Gaudynkach. Wspólnie podjęliśmy to wyzwanie. Ja zostałem kierownikiem, żona odpowiadała natomiast za personel merytoryczny.

– Nie bał się pan tej przeprowadzki?

– Pierwszy raz Orzysz widziałem w 1975 roku. Jechaliśmy pociągiem z Katowic do Wilkas na letni, 3-tygodniowy obóz AWF. Przejeżdżając tędy zachodziłem w głowę: „Jak tu można mieszkać?”. Ale teraz, po już niemal 40 spędzonych tu latach, nie żałuję tej decyzji. Mam tu wszystko, czego potrzebuję, na czele z jeziorami, lasami…

– Od jakich dyscyplin pan zaczynał?
– Od lekkoatletyki, koszykówki i piłki ręcznej. Za poważniejszy sport wziąłem się pod okiem trenera Kotowskiego, ówczesnego szkoleniowca Piasta Gliwice. Pamiętam, że ćwiczyliśmy m.in. z Ewą Gryziecką (olimpijka, rekordzistka świata w rzucie oszczepem) czy Beatą Habrzyk (wielokrotna mistrzyni Polski w pchnięciu kulą). Później moim „konikiem” była koszykówka. Na studiach byłem kierownikiem zespołu AZS Katowice, zrobiłem w tym kierunku specjalizację (uprawnienia trenera klasy II).

– Czemu więc w Orzyszu nie ma solidnej sekcji koszykówki?

– Rzeczywistość szybko kazała zmienić mi profesję (śmiech). Gdy zacząłem pracę w szkole, w 84. roku, mieliśmy 2 piłki do koszykówki, a do piłki ręcznej… 40. W tej dyscyplinie placówka miała długie tradycje. Bazą był więc szczypiorniak, przy nim rozwijaliśmy też siatkówkę i lekkoatletykę. Zwłaszcza w tej drugiej mieliśmy sukcesy, m.in. mistrzostwo drużynowe województwa suwalskiego (np. świetny start Joli Biegańskiej na 600 m – 1,43:6, co było rekordem województwa, Agnieszki Antczak – 5,15m w dal czy złoto na 100 m przez płotki Agaty Białobrzeskiej).

– Skąd więc w tym wszystkim unihokej?
– W 1995 roku, orzyska „Dwójka” (w której świetną robotę, jako wuefiści, wykonywali Andrzej Gosk i Jan Szewczyk) dołączyła do akcji znanych działaczy z wybrzeża, państwa Żółtowskich. Szkoły, które postanowiły bawić się unihokejem, otrzymywały gratisowo sprzęt.

– Stąd wzięły się te słynne, toporne, czerwone i żółte kije?
– Dokładnie (śmiech). To był pierwszy typowo widoczny krok dla unihokeja w Orzyszu. Na kolejny złożyły się wiedza i doświadczenie przywiezione tu przez Bogdana i Piotra Kraszewskich, którzy poznali tę dyscyplinę studiując na AWF Biała Podlaska, pod okiem Marii Bilskiej (szkoliła polską kadrę narodową seniorów w unihokeju). Jako dyrektor SP1, pisałem o wsparcie do Polskiej Federacji Unihokeja w Gdyni, ale wtedy jeszcze się nie załapaliśmy. Nie zraziłem się tym, namówiłem Waldemara Śliwińskiego, znanego w Orzyszu przedsiębiorcę, by zasponsorował nam pierwszy komplet sprzętu do unihokeja. Zgodził się, więc mieliśmy już 10 kijów i dwie bramki. Drugi komplet dokupiła niewiele później do szkoły Rada Rodziców, której przewodniczącym był wówczas Marek Wysocki, obecny wicestarosta piski.

– Długo trzeba było czekać na sukcesy?
– Ledwie po kilku miesiącach, w lutym 1996 roku w Suwałkach, wzięliśmy udział w pierwszym, historycznym dla nas turnieju. I nie graliśmy w nim tzw. „ogonów”. Na wyjeździe świetnie wypadliśmy następnie w czerwcowym I Festiwalu Unihokeja w Elblągu. To była i jest największa w Polsce impreza zespołów szkolnych, na 40 drużyn zajęliśmy 4. miejsce (kat. młodzik). Pierwsze wyjazdowe złoto zgarnęliśmy rok później, podczas ogólnopolskich zawodów o Puchar Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy. Do Orzysza przywiózł go Jacek Tomaszewski, kolejna z postaci bardzo mocno zaangażowanych w to, by orzyskie dzieciaki świeciły unihokejową formą.

– Kiedy zadebiutowaliście w roli gospodarzy?

– W marcu 1996 roku, jeszcze na miesiąc przed oficjalnym zarejestrowaniem UKS Jedynka (urodziny przypadają 26 maja; klub powstał przy wsparciu śp. Zbigniewa Piątka, nauczyciela z Dąbrówki).

– Zaplecze mieliście skromne. Jakim cudem się udało?
– Trzeba było kombinować. Nie mieliśmy profesjonalnych band, były zresztą poza naszym zasięgiem finansowym. Kupiliśmy więc płytę stolarsko-meblową w piskiej „Sklejce”, gdzie poprzycinali nam ją od razu na półmetrową wysokość. Orzyski Meprozet z kolei pospawał nam metalowe stojaki. Swoje „trzy grosze” miały i panie z Wojskowego Domu Kultury, które wymalowały na tych bandach emblematy chłopca z kijem do unihokeja oraz loga sponsorów. Oczywiście nie mieliśmy tzw „łuków”, więc graliśmy na kanciatym, prostokątnym boisku.

– Zachowały się gdzieś te bandy?
– Już ich nie ma, a szkoda. Pamiętam, że ich zdjęcia prezentowane były na posiedzeniu Zarządu Głównego Szkolnego Związku Sportowego. Jako przykład tego jak – mając pod górkę – można zrobić „coś z niczego”.

– Jak poszło na turnieju?
– Nie dysponowaliśmy salą odpowiedniej wielkości, więc – dzięki wyrozumiałości dowódcy jednostki – rozegraliśmy go na hali wojskowej. Tak, dokładnie tej, o której „zapachu” krążą legendy (śmiech). Udało nam się ściągnąć na halę przeszło 600 ludzi. Nasze dwa zespoły zajęły dwa pierwsze miejsca. Było to dla nas o tyle ważne, że nagrodami dla najlepszej trójki był – współfinansowany z zewnątrz – sprzęt sportowy.

– Jakim cudem udawało się panu uczyć unihokeja innych? W końcu sam nie miał pan w nim doświadczenia.
– W typowym unihokeju nie, ale w przeszłości miałem zajęcia z tradycyjnego hokeja. Poza tym większość dyscyplin drużynowych opiera się na tym samym: dobre przyjęcie, przemyślane podanie i celny strzał. Zmieniają się tylko boiska i wykorzystywany sprzęt. Pozostało więc „jedynie” nauczyć się współpracy kija z piłką.

– Ilu zawodników wyszło przez te blisko ćwierć wieku spod pana ręki?
– Trudno powiedzieć. Na pewno nie mniej niż tysiąc.

– Kto, z tego tysiąca, był najmocniejszy?
– Mieliśmy dużo świetnych graczy. Na pewno trzeba wspomnieć o tych chłopakach, którzy jeździli reprezentować Polskę na mistrzostwach świata juniorów. A – w różnych latach – byli to np. Filip Tomaszewski, Adam Marcinkiewicz, Mariusz Zadroga, Wojtek Grzywna, Maciej Duda, Piotr Nazaruk czy Czarek Ostrowski. Na międzynarodowej arenie solidnie prezentowali się też np. Paweł Gucwa, Tobiasz Wiśniewski, Mariusz Ostrowski i Adam Dybowski.

– A co z dziewczynami?
– Nie ustępowały w niczym swym kolegom. Co więcej, to one zdołały wywalczyć podczas Pucharu Europy w Göteborgu najwyższe w naszej historii, 5. miejsce (w składzie m.in. Mariola Grzywna, Barbara Pawlik, Anna Serwatko, Ala Żmieńko, Tina Sztachańska i moja córka Agnieszka). Nie brakowało ich i na mistrzostwach świata seniorek, gdzie – np. w Rydze – startowały będąc jeszcze juniorkami. Na MŚ rozgrywanych w Szwajcarii solidnie zaprezentowały się też Magda Ciecierska oraz wspomniane Ala i Agnieszka. Medali młodzieżowych mistrzostw Polski nie liczę, było ich dużo. Dziewczęta, ustępując rywalkom wiekiem, zdobyły zresztą i brąz MP seniorek. Graliśmy ponadto w II lidze seniorów.

– Jedynka, choć skromna, pojeździła trochę po świecie.
– Zdecydowanie. Startowaliśmy też np. na zawodach we Włoszech, w Niemczech, Danii, Czechach, Słowacji… W Szwecji stawiliśmy się nawet trzecioklasistami z podstawówki. I to na turnieju, w którym grało aż 350 drużyn z całego świata. Polskę przejechaliśmy dzięki unihokejowi wzdłuż i wszerz. Myślę, że wciąż mam gdzieś mapę kraju z zaznaczonymi miejscami startów. Niewiele było na niej miejsc, w których nie pojawiła się „Jedynka”.

– Lepiej pracuje się z facetami czy babkami?
– Teoretycznie więcej frajdy powinna dawać gra facetów. Twardsza, szybsza. Praktycznie jednak lepiej pracować z dziewczynami. Bo choć trudno je namówić do rozpoczęcia treningów, to gdy się już zdecydują, są zdecydowanie bardziej systematyczne. No i trzeba przyznać, że w Orzyszu mieliśmy zawsze sporo dziewuch będących typowymi „walczakami”.

– Mieliście w Polsce „odwiecznych rywali”?
– Na pewno Nowy Targ (Victoria oraz Tęcza), Absolwent Siedlec, SKS Mikołajki Pomorskie, Junior Chruściel, Viking Elbląg, Bankówka Zielonka, Iskra/Fenomen Babimost… To była taka „żelazna ekipa”, która zawsze wieszała poprzeczkę wysoko.

– Były między wami negatywne emocje?
– Kiedyś wyglądało to trochę inaczej. Dziś przyjeżdża się na turniej, gra i… od razu wraca do domu. Wcześniej z trenerami innych klubów umawialiśmy i przyjeżdżaliśmy np. dzień wcześniej. Zawodnicy mogli dzięki temu „ograć” dane boiska, a my wymienialiśmy się doświadczeniami dot. treningu czy systemu gry. Gdy dzieciaki widziały, że trenerów łączą koleżeńskie układy, to przenosiły te dobre relacje na własne roczniki. Choć na boisku oczywiście bywało naprawdę ostro.

– Tzn?
– Pierwszy z brzegu, turniej w Nawsiach Brzosteckich. Nasi grali w mikście z góralami (Janosik Nowy Targ), którzy grali bardzo ostro. Gdy, w dość oczywisty sposób, sfaulowana została Kamila Plona, a sędzia po raz kolejny tego nie zauważył, to… nie wytrzymała. Zdzieliła delikwenta kijem przez plecy tak, że aż siadł na parkiecie.

– Nie chcieli się mścić?
– Po końcowym gwizdku nikt nie miał do siebie żalu. Później, gdy jechaliśmy w ich strony na turniej, to dopytywali o „Kamę”. Zapamiętali ją jako charakterną babkę i, z tego co wiem, później się nawet przyjaźnili.

– Dziś coraz trudniej o takie relacje?
– Muszę przyznać, że kiedyś dzieciaki jakby… bardziej trzymały się razem. Podczas jednego z turniejów, gdy – w czasie wolnym – młodzi ganiali się po korytarzach, zbili jedną z szyb. Wina spadła na naszych i woźny kazał nam oddawać kasę. Ostatecznie wyszło na to, że – same z siebie – na pokrycie szkód zrzuciły się wszystkie dzieciaki biorące udział w turnieju. Nawet najbardziej zacięci rywale.

Obrazek w tresci

UKS Jedynka jest od blisko 25 lat unihokejową wizytówką powiatu piskiego

– Nieco obgadałem pana „za plecami” z byłymi podopiecznymi. Przyznawali, że jako trenerzy potrafiliście iść za nimi w ogień. Nawet w starciu z kibolami.
– Dalekie, kilkudniowe wyjazdy przyniosły trochę sytuacji niebezpiecznych. Takich, na które nie mieliśmy wpływu. Wracając kiedyś pociągiem trafiliśmy np. na rzeszę kibiców Lecha Poznań. Na dworcu pełno radiowozów, karetek, broń gazowa, gumowe kule w strzelbach… Ekipę „rozrywkową” mieliśmy i w samym pociągu. Pamiętam, że nawet konduktor uciekł. Myśmy jakoś dali radę, choć było naprawdę mało ciekawie. Robiliśmy co mogliśmy. Taki był nasz obowiązek i tak zachować się po prostu było trzeba.

– Kazali zapytać też o „obronę Częstochowy”.
– Wbrew pozorom miała miejsce w… Suwałkach (śmiech). Naszych chłopaków dopadli starsi, miejscowi „kibice”. Będący wówczas opiekunem Jacek Tomaszewski nie myślał długo. Chwycił za kij do unihokeja i… rozgonił całe towarzystwo. Aż się kurzyło!

– Kończąc temat pociągów. Usłyszałem, że jest pan specem od… hamulca awaryjnego.
– Jechaliśmy do Elbląga. Jeden z naszych chłopaków, nie będę wymieniał z nazwiska, wyrzucił resztki jedzenia za okno. Kazałem mu po nie iść, bo na taką „wizytówkę” Orzysza się nie godzę. Poszedł i… dokładnie w tym samym czasie zamknęły się drzwi, a pociąg ruszył. Zbladł, ja też. Nie było innego wyjścia niż awaryjne hamowanie. Nasi nie byli święci, potrafili odstawiać niezłe numery, ale po latach wspominam to już tylko w pozytywny sposób.

– „Z jednej strony surowy, z drugiej do rany przyłóż”. Jaka jest recepta na to, by usłyszeć po latach takie słowa od podopiecznych?
– Nie wiem. Starałem się być sobą. Dawać jasno do zrozumienia czego oczekuję, egzekwować realizację zleconych zadań. I pamiętać przy tym wszystkim, że jestem nie tylko trenerem, ale i człowiekiem.

– Złotówka zmienia wartość. Ile teraz kosztuje u pana pompka?
– Detalicznie czy hurtowo? (śmiech). To faktycznie u nas pewna „waluta”. Za przeklinanie np. „wisiało się 5 zł”, później płaciło się to w pompkach czy brzuszkach. Zwłaszcza na obozach, z których z „debetem” nie wracał do domu nikt. Dziś wygląda to już jednak trochę inaczej…

– Nie uwierzę, że nie przeklinają. Nie garną się do gry?
– To też. A te, które się garną, zdecydowanie szybciej się zniechęcają. Co smutne, często odpuszczają w najgorszym momencie. Czyli wtedy, gdy powinny zacząć zdobywać medale i odcinać kupony od wszystkich godzin spędzonych wcześniej na treningach. Przy czym odpowiedzialności za to nie składałbym tylko na barki młodych, bo i dorośli, rodzice, mogliby w tym temacie zdziałać dużo dobrego.

– Tzn?
– Bywa, że zagonieni pracą, dla świętego spokoju, by uspokoić sumienie, kupują im nowe telefony, komputery, gry. W efekcie mamy dziś dzieci dużo mniej sprawne niż jeszcze kilkanaście lat temu. Gdy zaczynałem pracować, to tzw. „tygrysi skok” przez skrzynię był normą. To samo z „kołowrotkami” kręconymi na drążku. Dziś już tego się nie robi, bo to „za duże ryzyko”. I faktycznie. Dziś, z tymi dziećmi, nie odważyłbym się robić takich zajęć. Oczywiście nie mówię o wszystkich. Poszczególne jednostki by sobie świetnie poradziły. Ale większość? Bez szans. Coraz trudniej o ucznia, który potrafi zrobić przyzwoicie choćby przewrót w przód.

– Zimny prysznic dla zwolenników „ciepłego chowu”?
– I to bardziej dosłowny, niż mogłoby się wydawać. Przykład? Kiedyś (i w „Jedynce”, i w „Dwójce”) normą było, że dzieciaki ćwiczyły na podwórku np. przy 15-stopniowym mrozie. Gdy miały do wyboru korytarz lub boisko, to same wybierały to drugie. Obecnie już nie ma co o tym myśleć. Była sytuacja, gdy rodzic zauważył, że trenuję z uczniami przy 3 stopniach poniżej zera. I złożył na mnie skargę, po której naprawdę się zastanawiałem czy nie wyląduję w kuratorium. Jak tu budować odporność u młodych? Dziś nawet siniak bywa problemem. Lata temu w „dwa ognie” grało się piłką do ręcznej. Dziś gra się piłką do rytmiki, lekką, by nikt nie zrobił sobie „krzywdy”.

Obrazek w tresci

fot. K.Kierzkowski

– Czego obecnie najbardziej potrzebuje unihokej w regionie?
– Najłatwiej byłoby odpowiedzieć pewnie „kasy i dodatkowych zawodników”. To oczywiście też, ale mi osobiście najbardziej brakuje wspierania młodych przez rodziców. Nie klubu, a ich własnych dzieci. By potrafili dodatkowo zmotywować w chwili, gdy dziecko – widząc postawę rówieśników – mówi: „mi się już nie chce grać”. Sport to jeden z najlepszych środków wychowawczych, które wymyślił dotąd człowiek.

– Jest komu działać w Jedynce?
– W tym względzie cieszy mnie zwłaszcza postawa Mariusza Zadrogi. Właściwie jako jedyny z naszych wychowanków, mimo świetnych ofert z innych stron Polski, postanowił powrócić do Orzysza. Dziś pracuje właśnie tutaj. I za jego sprawą jestem zdecydowanie spokojniejszy o przyszłość orzyskiego unihokeja. Nieco wcześniej wspierali nas solidnie jeszcze Szymon Król i Hubert Kasowicz. Pierwszy skupił się jednak obecnie na nowej roli, byciu ojcem, a drugi przeprowadził się do Ełku.

– Stuknęło Wam 25 lat. Jak świętowaliście ćwierćwiecze?
– Na sportowo, choć – ze względu na obostrzenia – w zdecydowanie skromniejszej formie niż byśmy sobie tego życzyli. Postawiliśmy na dwa turnieje, pierwszy odbył się w czerwcu. Drugi planujemy w grudniu.

– A co ze „starą gwardią”? Uda się spotkać?
– Musimy się nieco wstrzymać. Taki zlot nie odbędzie się szybciej niż w przyszłym roku. A czy i wtedy się uda? Trudno powiedzieć. Wielu naszych rozjechało się po całej Polsce, niemało wylądowało i za granicą. By móc na nich liczyć, wypadałoby podać im datę z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. A w dzisiejszych realiach, gdy obostrzenia mogą wprowadzić praktycznie każdego dnia, jest to praktycznie niemożliwe.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski

*** Korzystając z okazji, UKS Jedynka Orzysz serdecznie dziękuje i gorąco pozdrawia swych przyjaciół z WSU Wierzchowo oraz UNO Gdynia. W przeszłości zdarzało się, że – wyruszając na imprezy większego kalibru – orzyszanie łączyli szeregi wraz z podopiecznymi trenerów Piotra Augustyniaka i Bogdana Zajdzińskiego.


2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5