Najdłużej urzędujący polski leśniczy - rozmowa z Alojzym Zielińskim, 93 letnim czynnym myśliwym, mieszkańcem Jamielnika

2019-11-12 07:52:07 (ost. akt: 2019-11-12 08:04:57)
Alojzy Zieliński

Alojzy Zieliński

Autor zdjęcia: Marcin Zalewski

Cóż może dawać długowieczność lepiej niż leśne powietrze i zdrowe jedzenie? Wyjątkowym przykładem zdrowia i pamięci jest Alojzy Zieliński z Jamielnika. Mężczyzna ma 93 lata, ale wciąż jest czynnym myśliwym i skarbnicą wiedzy o regionie.
Z Alojzym Zielińskim spotkaliśmy się w jego domu w Jamielniku, gdzie mieszka z rodziną. Pan Alojzy cieszy się dobrym zdrowiem i pamięcią, której można tylko pozazdrościć. Wyjątkowe spotkanie z wieloletnim leśniczym z Lekart i założycielem Koła Łowieckiego “Pełnia” w Łąkorzu zainicjował Stanisław Malinowski, prezes KŁ “Pełnia”.

— Panie Alojzy, jak to się stało, że pracował pan w Lakartach jako najdłużej urzędujący polski leśniczy?

— Urodziłem się w Lekartach 19 czerwca 1926 roku. Tutaj się wychowałem i chodziłem do szkoły. Była na bardzo niskim poziomie, czteroklasowa. Po wojnie uczęszczałem do szkoły leśniczej w Rogozińcu pod Zieloną Górą. W 1951 roku absolwenci mieli możliwość wyboru okręgu Lasów Państwowych, w których chcieliby pracować. Wybrałem Olsztyńskie, bo przed wojną mój ojciec był pracownikiem fizycznym w lekarckim leśnictwie. Jak pojechałem do zarządu lasów, dyrektorem był niejaki Bartkowski. Pochodził z Radomna i przed wojną pracował jako praktykant w Krotoszynach. Zostałem skierowany do nadleśnictwa w Lidzbarku, ale tam było już leśnictwo zajęte. Druga była decyzja do Purdy Leśnej, ale tam nie pojechałem. W tym czasie nadleśniczym w Łąkorzu był Jan Smolicz, który skierował mnie do leśnictwa Krotoszyny. Tam nie za bardzo mi odpowiadało i zostałem skierowany do Lekart.

— Czyli właściwie do domu...

— Tak. To była trudna praca, bo pracowałem wśród znajomych, z którymi chodziłem do szkoły. To wymagało podejścia do ludzi. Byłem leśniczym w Lekartach, w Nadleśnictwie Łąkorz od 15 sierpnia 1951 roku do 1988 roku, trzydzieści siedem lat. Sprawdzałem w dokumentach i “cofnąłem” się do zaboru pruskiego. Okazało się, że byłem najdłużej pracującym leśniczym w Lekartach w XX wieku.

— Jak kiedyś gospodarowało się w lasach?

— Zawsze miałem tendencje do robienia notatek w sprawach zawodowych, wszystko dokładnie spisywałem. Przez cały czas swojej pracy dokonałem wyrębu drzewostanów na powierzchni ponad 240 hektarów. Pozyskałem w tym czasie ponad 200 tysięcy metrów sześciennych drewna. Były nawet przypadki, że na zrębach zupełnych nowy las był wysiewany. Zakładaliśmy uprawy siewnikiem, co wymagało wielkiego przygotowania gleby. W leśnictwie pracowało mniej więcej 10 osób. Było bardzo trudno — nie było mieszkań, a praca nie była opłacalna. Na naszym terenie było niekorzystnie. Było cięcie tzw. rębnią pierwszą – pas nie szerszy jak sto metrów i na sześć hektarów. Problem był taki, że drzewostany około 150 - letnie były dwupiętrowe z pierwszym piętrem buka z samosiewów, krzywych, bez wartości. Na terenie Leśnictwa Lekarty było wyjątkowo dużo starych, żywicowanych drzewostanów. W leśnictwach Krotoszyny i Lekarty pracowało 18 żywiczarzy. Jednego sezonu pozyskali 47 ton żywicy. To był w skali zarządu lasów w Olsztynie najlepszy wynik. Dostałem za to nagrodę.

— Mieszkał Pan w wyjątkowym miejscu. Leśniczówka już nie istnieje, rośnie tam las. Jak Pan ją wspomina?

— Leśniczówka była piękna.Wszystkie takie obiekty na naszym terenie są budowane w jednolitym tonie. Cegła licowana, dachówka karpiówka, budynek gospodarczy i drewniana stodoła. W 1965 roku miałem wyjątkowe spotkanie. Przyjechał starszy pan z Niemiec, który się w tej leśniczówce urodził, bo jego ojciec był tam leśniczym. W 1906 roku został przeniesiony w inne miejsce, ale zależało mu, by pokazać drzewostany sadzone przez jego ojca. Nie było to możliwe. Drugi raz przyjechał z dziennikarzem, który urodził się w Nowym Mieście. Jak wrócili do Niemiec, to wysłali mi gazetę z opisami miejsc, gdzie byli, m. in. pojawiły się Lekarty. W tekście była informacja, że leśniczy podstawowo znał niemiecki, a do tego, że wszystko było bardzo dobrze utrzymane. Bardzo mu się podobało. Do dziś żałuję, że nie zapytałem się o rok powstania osady leśnej.
W latach pięćdziesiątych nie żyło się łatwo, ale byłem wychowany w niełatwych warunkach. Do wsi były 2 kilometry, droga ziemna. Światło doprowadzono w 1970 roku. Dwadzieścia parę lat pracowałem bez energii, przy lampach naftowych. Dzieci chodziły do szkoły najpierw do Lekart, później do Jamielnika trzy kilometry. W zimie w konika woziłem je do szkoły.

— Czy Pana rodzinę odwiedzali letnicy?

— Mieszkaliśmy nad jeziorem, więc zrobiłem łódkę i pomost. Zgadzałem się na wypoczynek. Przyjeżdżali nawet poważni ludzie. Pierwszy był w 1960 roku Wacław Waśkowski, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Podczas pobytu namalował cztery obrazy. m.in. krajobraz leśniczówki. Widać tam ponad 150 – letni drzewostan i sztygi ze zbożem. Dwa obrazy wiszą do dziś w moim domu. Po kilku latach przyjechało małżeństwo z pytaniem, czy mogliby spędzić urlop. Nie byliśmy nastawieni na wczasowiczów, mieliśmy troje dzieci, ale pan zaproponował pomoc dla rosnących dzieci. Okazało się, że był naczelnym dyrektorem Zakładów Azotowych we Włocławku. Przez kilka lat jeździł, ale z pomocy nie skorzystałem (śmiech). Raz był u nas w Lekartach. W międzyczasie przyjechał minister przemysłu i zwolnił go ze stanowiska. Nawet odwiedziłem tego człowieka w Puławach, pojechałem tam samochodem marki warszawa.

— Urodził się Pan w latach dwudziestych. Proszę opowiedzieć o czasach przedwojennych w Lekartach.

— Dom, w którym się urodziłem, już nie istnieje. W biuletynie gminnym była wzmianka, że nasz dom był zabytkowy, z belek. Szczyty miał murowane. Były cztery wielkie izby, w każdej mieszkała jedna rodzina. W Lekartach był nawet w 1938 roku Stanisław Raczkiewicz, wojewoda pomorski. Na otwarcie świetlicy wiejskiej przekazał aparat radiowy na baterie. Zawsze miałem zacięcie, żeby takie akcje oglądać. Przed wojną zbierano na Pomorzu fundusze na uzbrojenie dla wojska. W Toruniu wręczano 128 karabinów wojskowych i też tam byłem.
W czasie okupacji, w 1940 roku, uczyliśmy się w szkole podstawowych zwrotów po niemiecku. Uczyła miejscowa kobieta, prawdopodobnie nazywała się Ristau. Potem zostałem skierowany do pracy do Macidłowskiego, który miał karczmę w Lekartach. Jeździłem do Nowego Miasta po towar. Jeżeli chodzi o Niemców mieszkających tu przed wojną, to była zgoda. Nie byli szykanowani, chodzili do polskiej szkoły. Nawet były przypadki, że jak w okupacji osiedlali Besarabów, to Niemcy ostrzegali przed wywózką polskich sąsiadów.
Opowiem ciekawostkę. W książce o gminie Nowe Miasto jest wzmianka, że Niemcy w listopadzie 1944 roku zastrzelili kilka osób, Polaków. To prawda, tylko nie ma wzmianki, jaka była przyczyna. U Niemca pracował mój kolega jako parobek. Tego wieczoru przyszedł do tego gospodarza, sołtysa Lekart, ktoś w mundurze gestapo. Powiedział do gospodyni, że chciałby rozmawiać z mężem. Ten był na zebraniu we wsi. W domu była żona, córka i parobek. Dwóch synów było na froncie. Nagle słychać było strzał. Mężczyzna w mundurze do rana nie pozwolił wychodzić i rozgłaszać. Okazało się, że drugi agent stał przed domem i zastrzelił sołtysa. Jak pracowałem w karczmie, to nieraz widziałem wieczorem, że ten zabity Niemiec wcześniej woził na rowerze jednego czy dwa zające. Jeździł na mostek pod las i na nie polował. Od tego miejsca, w odległości może 2 kilometrów, było gospodarstwo na Jeziorkach, gdzie mieszkał niejaki Truszczyński. Przychodzili tam agenci rosyjscy, którzy byli zrzuceni i mieli swoją siedzibę w lesie. Prawdopodobnie doszli do wniosku, że sołtys jest konfidentem i zlikwidowali go. Później była zemsta Niemców. Zaczęli tą rodzinę zastraszać, ale Truszczyńscy się nie przyznali. Leśniczy ze Skarlina wiedział, gdzie chowają się Rosjanie. Być może dlatego Armia Czerwona w odwecie powywoziła leśników z Lekart, Wąkopu, Krotoszyn i Skarlina.

— Podczas wojny był Pan nastolatkiem.

— Tak. Pamiętam, jak w 1941 roku, był wycięty las. Nawet karpy były ponumerowane i sprzedawane. Pojechałem tam. Pokazali mi, jak to obkopać, poluzować i drążkami wyciągali karpę. Dół trzeba było zasypać tak, by próchnica była na wierzchu. Przygotowanie gleby odbywało się ręcznie. Ojciec mi opowiadał, że stało z 15 ludzi z motykami, a długa linka stalowa była co metr dwadzieścia. Wierzchnią glebę odkładali pomiędzy pasami i dopiero wtedy ręcznie kopali szpadlem i sadzili. Tak ludzie wtedy szanowali pracę, a nadzoru nie było. Było nakazane, przychodził leśniczy i sprawdzał, jak jest spulchnione. Porządek musiał być. Choina była zbierana w pryzmy i sprzedawana do palenia, a jak coś zostało, to ludzie zgrabiali.

— Życie związało Pana z lasem. Proszę opowiedzieć o swojej myśliwskiej pasji i o tym, czy zmieniła się ilość i rodzaj zwierząt w lesie.

— Poluje do dzisiaj. W zeszłym roku miałem strzelone sztuki. Kiedyś w lasach jeleni było wiele. Ten Niemiec, który mnie odwiedził mówił, że do ojca przyjeżdżał prezydent miasta Królewca na łanie. Co do dzików, rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który w 1903 roku pracował przy sadzeniu lasu i sadzili go z żołędzi. Oznacza to, że dzików nie było. Dzisiaj dzik by wszystko wybrał. Za lasem mieszkał gospodarz Kozłowski, który po plebiscycie w Prusach Wschodnich w 1920 roku przyszedł tutaj z Mazur i tłumaczył, że dziki pojawiły się w latach dwudziestych.
Przed wojną w lasach w Lekartach polował niejaki Klarowski z Grudziądza, który miał tam zakład gastronomiczny. Leśnicy nie polowali, bo lasy były dzierżawione. Nawet w lesie na zające polowali, bo przyjeżdżała elita wojskowa. Po 1945 roku zezwolenie na odstrzał wydawał Zarząd Lasów Państwowych w Olsztynie. W latach sześćdziesiątych przyjechał kiedyś pracownik UB, który miał do odstrzału łanie i mówił, że jest mnóstwo dzików. Był tu urodzaj buka.
Wilki za to były po wojnie w Łąkorzu. W naszym kole był podleśniczy, który strzelił wilka. Na plecach go nie przyniesie, więc poszedł do leśniczówki po coś do zabrania truchła. Jak wrócił, wilka nie było. Jednak uznali mu to za poprawny strzał i dostał 1.000 zł premii. Wilk był wtedy traktowany jako szkodnik. Prawdopodobnie miał strzał szokujący, powaliło go, ale później wstał i uciekł.
Co do mojej broni, to na początku miałem używaną simsonkę z Olsztyna. Dużo polowałem. Od 1961 roku mam drillinga, której nadal używam. W latach sześćdziesiątych były wysokie premie za zwierzynę. Przez kilkanaście lat było tak, że oddawało się zwierzynę na stację kolejową i jechała do Olsztyna. Trzeba było odstawiać uszy czy nogi od szkodników: lisów, kruków czy jastrzębi.

— Jest pan także założycielem Koła Łowieckiego “Pełnia” w Łąkorzu.

— Koło powstało w 1954 roku. Mam nawet legitymację. Odznaczono mnie brązowym, srebrnym i złotym Medalem Zasługi Łowieckiej. Na obchodach 65 – lecia “Pełni” otrzymałem medal Zasłużonego dla Koła Łowieckiego “Pełnia” w Łąkorzu.

— Podczas obchodów święta św. Huberta ma Pan otrzymać odznaczenie “Zasłużony dla Łowiectwa Warmii i Mazur” od sejmiku województwa. Na emeryturę odszedł Pan w 1991 roku. Proszę zdradzić sekret swojej znakomitej kondycji i jeszcze lepszej pamięci?

— Nawet prawo jazdy mi pięć razy wydawali. Dawali tylko na 3 lata i koszt był spory. Teraz dostałbym tylko na 2 lata i już nie poszedłem. Jestem człowiekiem podporządkowanym. Całe życie jadłem dużo ryb i dziczyznę. Myślę, że to wszystko dzięki temu (śmiech).
— Dziękuję za rozmowę.
Marcin Zalewski


Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. stan #2817770 | 31.60.*.* 12 lis 2019 17:07

    Super tekst, co by nie mówić to Zalewski robił porządną pracę dziennikarską

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

    2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5