Wojtek Pasturski w wieku 17 lat napisał powieść

2022-06-22 19:00:00(ost. akt: 2022-06-22 14:32:24)

Autor zdjęcia: Halina Rozalska

Wojtek Pasturski pochodzi z Napiwody. W tym roku zdawał maturę i zamierza studiować prawo na Uniwersytecie Gdańskim. Jest autorem książki ,,Konie, adiutanci, faszyści". Książka powstała na kanwie wydarzeń historycznych związanych z II wojną światową. Jednakże bohaterowie i konkretne wydarzenia są tylko fikcją literacką. Akcja powieści dzieje się na terenie Prus Wschodnich w miejscowości Kaltenborn - obecnie Zimna Woda.
— Dlaczego zamierasz studiować prawo?
— Od zawsze mnie to interesowało. To ciekawy i dobry zawód. Chciałbym równocześnie studiować dziennikarstwo i specjalizować się w dziennikarstwie śledczym. W prawie kuszące jest bycie sędzią, bo odpowiada się za losy drugiego człowieka. Poznaje się motywy działania podejrzanego, to co, jak i dlaczego zrobił i wydaje wyrok. Prawnik to pasjonujący zawód. To także bardzo duża odpowiedzialność i dreszczyk emocji.

— A dziennikarstwo śledcze?
— To adrenalina, dreszczyk emocji w odkrywaniu tego co się zdarzyło. To także ujawnianie różnych przestępstw, wnioskowanie, rozmowy z różnymi ludźmi.

— To skąd wziął się pomysł na napisanie książki nie kryminalnej a historycznej?
— Pisanie towarzyszyło mi od lat młodzieńczych. Już wtedy pisałem różne opowiadania. Chowałem je do szuflady. Po prostu lubię pisać. Od zawsze interesowałem się historią. Moim idolem jest Bogusław Wołoszański - dziennikarz, prawnik, popularyzator historii, pomysłodawca i autor programu telewizyjnego ,,Sensacje XX wieku" - obejrzałem wszystkie odcinki. Pan Wołoszański jest również autorem wielu książek historycznych. Oglądałem też ,,Stawkę większą niż życie" i serial ,,Czterej pancerni i pies". Moje pierwsze opowiadania były krótkie i miały być śmieszne. Zawsze oscylowały wokół koni i historii.

— Jacy byli bohaterowie, jakie wydarzenia opisywałeś?
— Bardzo lubiłem czytać i wybierałem sobie z książek różne postacie, zestawiałem je i wymyślałem dla nich wydarzenia zupełnie fikcyjne. Wydarzenia, w których one się spotykają, wchodzą ze sobą w relacje i przeżywają różne przygody.

— Zaglądasz czasem do tej szuflady z opowiadaniami?
— Tak. Czytam je z dużym sentymentem i teraz dopiero wydają mi się zabawne. Jedno z nich opowiada o zdarzeniach w wymyślonym przeze mnie państwie, w którym prezydentem jest Bromba (bohaterka książki Wojtyszki). Dochodzi tam do zamachu stanu. Opisuję jak zamach stanu jest przeprowadzany. Występują różne postaci z literatury młodzieżowej. Są zdrady, knowania. W opowiadaniach były też wątki polityczne, historyczne.

— Czyli swoją powieścią, napisaną w wieku 17 lat, kontynuujesz tematykę historyczną, tylko już bardziej na poważnie?
— Tak. Moja książka to przede wszystkim beletrystyka i nie chciałbym, aby ktokolwiek traktował ją jako źródło wiedzy historycznej. Powstała na kanwie wydarzeń historycznych. To są zdarzenia z Prus Wschodnich z końca II wojny światowej. Akcja dzieje się w Kaltenborn czyli Zimnej Wodzie. Opowiada o losach niemieckiego arystokraty. Głównego bohatera poznajemy jesienią 1944 roku. Wycofujący się sztab armii niemieckiej lokuje się w jego pałacu w Kaltenbornie. I tam zaczynają się dziać różne, nieprzewidziane rzeczy. Nie chcę zdradzać szczegółów i opowiadać treści, lecz zachęcam do przeczytania. Na pewno jest to burzliwa historia. Zaczerpnąłem wiele historii i opowieści z naszego terenu, których jest bardzo dużo i są niezmiernie ciekawe, ale także dramatyczne.

— Jak wygląda przestrzeń w książce? Opisy ubiorów, zachowania. Jak oddałeś ten czas skoro jest to głównie fikcja literacka, a ma stwarzać atmosferę rzeczywistości?
— W książce, zgodnie z ówczesna rzeczywistością, występują bohaterowie z różnych sfer. Są to wysoko postawieni pruscy oficerowie, mający swój sposób zachowania i kulturę, która jest dość fascynująca. Kolejną grupą są adiutanci, mający inne obyczaje i kulturę, ale z wojskową otoczką i wojskowym klimatem. Na kartach powieści pojawiają się też członkowie miejscowej społeczności, ich zwyczaje, wierzenia, zachowania. Są także sceny z życia codziennego. Te informacje zbierałem z różnych źródeł i wykorzystałem podczas pisania. Główną encyklopedią była książka ,,Na tropach Smętka" Melchiora Wańkowicza.

— Jak wyglądała praca nad powieścią
— Wiedzę historyczną miałem, ale w razie wątpliwości, szukałem dodatkowych informacji, zwłaszcza w kwestiach obyczajowych, społecznych. Zacząłem od ułożenia szczegółowego planu powieści. Każdy rozdział miałem dokładnie rozpisany. Były to punkty z opisanymi konkretnymi wydarzeniami. Miałem także listę bohaterów z ich charakterystykami, żeby w trakcie pisania nie pomylili mi się. Najczęściej zapamiętuję ich, bo się z nimi zaprzyjaźniam. Jeśli nie pamiętam, to odwołuję się do planu z charakterystykami. W trakcie pisania całości plan się zmieniał. Niektóre wątki skracałem, inne rozbudowywałem, ponieważ uznałem, że są bardziej interesujące. Podobnie było z bohaterami. Jednych dokładałem, a innych skreślałem. Bywało też, że zmieniałem napisaną już scenę. Jeśli wpadał mi do głowy nowy pomysł, dzięki któremu akcja byłaby ciekawsza i bardziej interesujące byłyby komplikacje z niej wynikające, to zmieniałem tę scenę.

— Czy w Twojej książce jest podział bohaterów na dobrych i złych, bo taka na pewno była rzeczywistość?
— Rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała, ale oczywiście pewien podział istnieje. Tymi złymi są ci, którzy ślepo wierzą w ideologię hitlerowską, są nazistami. Są też tacy, którzy mają wątpliwości, wahają się i mają różne dylematy moralne, zastanawiają się nad tym, co i dlaczego robią.

— Czy opisujesz ich konkretne działania wobec miejscowej ludności?
— Tak. Najbardziej drastyczny opis dotyczy prawdziwego zdarzenia. Jest ono opisane na stronie IPN-u. Zeznawała kobieta, której powieszono męża. Na rynek zwieziono chłopów zimą 1945 roku. Oskarżono ich bezpodstawnie o agitację komunistyczną i 15 niemieckich mężczyzn powieszono. Kobieta, która opowiada o tym zdarzeniu mdleje, bo straciła męża i syna.

— Dla kogo jest ta książka?
— Dla wielu odbiorców m.in. dla regionalistów, osób, które interesują się literaturą historyczną, miłośników kryminałów, lub po prostu dla tych, którzy lubią czytać.

— Jak poradziłeś sobie z pisaniem?
— Na początku było bardzo ciężko. Ale po 50 stronie rozkręciłem się i szło mi coraz lepiej. Musiałem też sięgać do źródeł, bo w książce są zwroty niemieckie, np. nazwy funkcji jakie pełnią moi bohaterowie, nazwy stopni wojskowych, miejscowości, niektóre odzywki wojskowe, żeby lepiej oddać klimat wydarzeń.

— Kto jako pierwszy przeczytał książkę?
— Moja mama. Bardzo jej się podobała. Była zachwycona i wzruszona. Zdecydowaliśmy wspólnie, że należy książkę wydać. Wysłałem tekst do kilku wydawnictw. Było zainteresowanie moją powieścią. Dogadaliśmy się z jednym z nich. Książka poszła do korekty. Było trochę poprawek, głównie dotyczących interpunkcji i stylu. Był też spór o niektóre fakty. Jednym z nich była dyskusja, czy podczas II wojny były druty kolczaste z żyletkami. Ostatecznie okazało się, że to ja miałem rację. Poprawki trwały około 3 tygodni, podczas których na bieżąco wymienialiśmy uwagi z wydawnictwem. Książka poszła do składu, po miesiącu została wydana i trafiła do księgarń.

Halina Rozalska


2001-2022 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5