Kurs na Tokio. Czy Ania wróci z medalem? [ROZMOWA]

2021-07-02 10:00:00 (ost. akt: 2021-07-02 10:05:03)
Od lewej Karolina Naja i Anna Puławska (ze srebrem mistrzostw Europy). Czy przywiozą upragniony medal i z Tokio?

Od lewej Karolina Naja i Anna Puławska (ze srebrem mistrzostw Europy). Czy przywiozą upragniony medal i z Tokio?

Autor zdjęcia: Łukasz Woszczyński

ROZMOWA || Moim priorytetem jest to, by po prostu popłynąć najlepsze wyścigi w swoim życiu — mówi Anna Puławska, będąca na ostatniej prostej przed walką o medale Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Z pytaniami odwiedziliśmy ją na obozie przygotowawczym we włoskim Livigno.
— Zdążyły już opaść emocje po mistrzostwach Europy na Malcie? Jaką ocenę byś sobie wystawiła?
— Tak, opadły od razu, gdy tylko wróciłam do domu. Srebrny medal oczywiście cieszy, ale postanowiłam, że oddzielam wszystko grubą kreską i zaczynam kolejny etap przygotowań. Czasu na rozpamiętywanie nie ma, to ostatnia prosta przed Igrzyskami Olimpijskimi.

— Liczyłaś ile już medali wywalczyłaś łącznie w swojej karierze?
— W czasach juniorskich było ich całkiem dużo, jednak za prawdziwie istotne traktuję raczej te trofea, które udało mi się zdobyć na imprezach seniorskich. Te są dla mnie naprawdę ważne. Gdyby więc liczyć w ten sposób, to nie było ich jeszcze aż tak wiele, trochę ponad 10...

— Jak oceniasz swoje szanse, by wzbogacić kolekcję o ten jedyny w swoim rodzaju krążek z IO?
— Szczerze? Nie patrzę na to. Moim priorytetem jest to, by — po prostu — popłynąć najlepsze wyścigi w swoim życiu. Zrobię wszystko, by tak się stało. Jak wyjdzie? Okaże się na mecie. Motywacji mi jednak nie brakuje.

— Pamiętasz kiedy po raz pierwszy pojawiło się w Twojej głowie marzenie o starcie na igrzyskach?
— Jeszcze przed olimpiadą w Rio de Janeiro. Czułam przez te ostatnie lata niedosyt, bo naprawdę niewiele zabrakło, bym na nie pojechała. Wiedziałem już wtedy, że sytuacja ta nie może się powtórzyć. Nie mogłam przepuścić kolejnej szansy. A gdy padła oficjalna informacja, że znalazłam się na liście powołanych... To uczucie, którego nie da się opisać słowami. Byłam i jestem bardzo szczęśliwa. Z jednej strony to zaszczyt, z drugiej olbrzymia odpowiedzialność i obowiązek.

— Przygotowujesz się we włoskim Livigno. Nie po raz pierwszy właśnie tam.
— To już czwarty obóz przygotowawczy, który tu odbywam. Bo i warunki do treningów są tu naprawdę przyzwoite. Poza tym jest to miejsce, w którym mogę "odciąć" się od wielu innych rzeczy. Skupić na zadaniu, które mnie czeka. Znacznie trudniej tu o wymówki czy przeszkody, które odciągałyby od ciężkiej, systematycznej pracy.

— Przedstawiciele innych dyscyplin czasem narzekają, że "nie cieszą się takim wsparciem" jak np. piłkarze. Jak jest z Wami?
— Akurat my nigdy nie porównywałyśmy się do innych. Wychodzę z założenia, by w takich kwestiach nie oglądać się na innych. "Każdy ma to, na co się godzi" — to moje motto. Kocham to, co robię. I nie zważam aż tak na kwestie finansowe. Są one ważne, to prawda, ale stanowią jedynie dodatek do kajakarstwa, które jest moją największą życiową pasją.

— Nad czym będziecie pracowały na tej ostatniej prostej?
— Na pewno nad tym, by wszystkie osady — i K2, i K4 — były w pełni zgrane. To łódki, w których bardzo ważne są pozornie "niezauważalne" szczegóły. Wszystko musi grać równo i idealnie, na 100 procent, by podczas wyścigu nic nas nie zaskoczyło. Różnice na mecie to często ułamek sekundy. Najmniejszy detal potrafi pozbawić miejsca na podium.

— Które rywalki postrzegasz jako największe zagrożenie?
— Nie należę do najstarszych zawodniczek, ale i tak zdążyłam się już wielokrotnie przekonać, że nie można nikogo lekceważyć. Wiem, że wszystkie osady (od pierwszego do ósmego toru w wyścigu finałowym) mają takie same szanse. Gdy medal olimpijski jest "na wyciągnięcie ręki", często dzieją się rzeczy, których nikt wcześniej by się nie spodziewał. To wyjątkowa impreza, rządzi się swoimi prawami.

— Ktoś z najbliższych leci za Tobą do Tokio? Czy będą tworzyć "strefy kibica" w Polsce?
— Z powodu wirusowych realiów, które komplikują wiele spraw, również igrzyska odbywać się będą w zupełnie innym klimacie niż zawsze. Na miejscu praktycznie nie będzie kibiców. Wiem jednak, że najbliżsi i tak będą ze mną w tych chwilach. Duchowo, ale czuć będę ich wsparcie wysyłane z Polski.

— W tym ciągłym biegu znalazłaś choć odrobię czasu, by przyjechać na rodzinne Mazury?
— Niestety nie. Prawdę mówiąc już od bardzo dawna nie miałam chwili, by odetchnąć w rodzinnych stronach. Większość czasu spędzam na zgrupowaniach, mistrzostwach... Podróż na Mazury zajęłaby zbyt wiele czasu, a obecnie to u mnie towar mocno deficytowy. Po Igrzyskach Olimpijskich jednak, na pewno, pierwszym przystankiem będzie rodzinny dom. Dopiero wówczas znajdzie się chwila, by odpocząć od zgiełku.

— I cieszyć się medalem?
— Zobaczymy, czas pokaże (śmiech).

— Przez lata byłaś filarem kadry juniorskiej. Śledzisz obecnie zmagania młodszych koleżanek? Które z nich wskazałabyś jako liderki?
— Prawdę mówiąc z młodszymi, będącymi w grupie U23, trenujemy na co dzień. Widzę jak się rozwijają i w pewien sposób widzę w nich siebie sprzed kilku lat. Nasza biało-czerwona drużyna buduje naprawdę mocne fundamenty. Wierzę, że ta młodość wkroczy niebawem w dorosłe kajaki z ogromną świadomością sportową. Bo to ona jest w znacznej mierze kluczem do zdobywania medali. Zwłaszcza tych wymarzonych.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5