Trening? Nierozerwalna część mojego życia [WYWIAD]

2021-06-04 09:00:00 (ost. akt: 2021-06-04 09:01:58)

Autor zdjęcia: Sylwester Szymczuk

ROZMOWA|| Czuję się doceniona — mówi Aleksandra Kłosek z Leśnego Rowu (gm. Srokowo). Z nową wicemistrzynią Polski (w kat. bikini fitness) rozmawiamy m.in. o jej wyczynach na scenie, siłowni i rurze, kuchni oraz... przygodzie z mafią, której może być w przyszłości adwokatem.
— Przed wywiadem obgadałem Cię z Twoimi znajomymi. Żartują, że możesz mieć ADHD.
— Zdecydowanie nie należę do ludzi normalnych (śmiech). Przyznaję, że trudno usiedzieć mi w miejscu. Lubię mieć dobrze zorganizowany czas, wykorzystywać go aktywnie.

— Już w dzieciństwie byłaś typem dziewczyny, która zgarnia wszystkie puchary po kolei?
— Przez podstawówkę, gimnazjum, należałam raczej do sportowych przeciętniaków. Jeździłam wprawdzie na zawody międzyszkolne, ponadlokalne, ale bez większych szaleństw. Więcej uwagi poświęcałam wówczas muzyce. Głównie wokalowi, choć mile wspominam i przygodę z keyboardem.

— Co sprawiło wiec, że wzięłaś się za kulturystykę?

— Początki były dość... skromne. W liceum postanowiłam popracować nad sylwetką. Typowo amatorsko, organizując sobie treningi w domu. Ten sportowy świat zaczynał mnie fascynować, motywacji dodawał mi widok coraz bardziej wyrzeźbionego ciała. Na siłownię systematycznie zaczęłam jednak chodzić dopiero chwilę po 18. urodzinach. Mój dobry znajomy podarował mi miesięczny karnet i... później nie było już odwrotu.

— Treningi mocno wpływają dziś na Twoje życie?
— Są jego nierozerwalną częścią. Na szczęście udaje mi się dobrze wkomponowywać je w inne warstwy życia, jak np. zajęcia na uczelni, pracę czy pozostałe obowiązki. W tygodniu mam przynajmniej 5 treningów, więc nie jest to tak łatwe, ale ponoć przeciwności hartują.

Obrazek w tresci

Aleksandra Kłosek, nowa wicemistrzyni Polski w kat. bikini fitness; fot. Sylwester Szymczuk

— Na siłowni radzisz sobie świetnie. A jak w kuchni?
— Nie jest źle, choć żadnego programu kulinarnego raczej bym nie wygrała (śmiech). Głównie z tego powodu, że moja dieta wygląda inaczej niż posiłki przeciętnej osoby. Muszę dbać o to, by mieć określoną liczbę makroskładników...

— Przysłowiowy, niedzielny schaboszczak nie wchodzi w grę?

— Zdecydowanie nie (śmiech). Nie mam jednak w kuchni dwóch lewych rąk. Uwielbiam np. piec ciasta, zwłaszcza serniki. Wymagająca dieta sprawia ponadto, że — siłą rzeczy — rozwija się kreatywność. Nawet przy zwykłym, pożywnym omlecie można tak pokombinować, by wciąż potrafił zaskoczyć.

— Czego najbardziej Ci brak, gdy musisz "ciąć" kilogramy?
— Zdecydowanie naleśników. Kiedyś potrafiłam się nimi zajadać. Dziś mogę sobie na nie pozwolić bardzo rzadko.

— Kulturystyka to dla Ciebie wciąż jedynie hobby? Czy może patrzysz na nią już przez pryzmat zawodowy?
— Oczywiście, że fajnie by było, gdyby w przyszłości udało się na niej zarabiać. Nie to jest jednak priorytetem. Kulturystyka, po prostu, sprawia mi przyjemność. I, bez względu na finanse, chciałabym, by ten sport towarzyszył mi w dalszym życiu. Zawodowo bardziej widzę się w przyszłości jako prawnik. Kończę powoli pisać pracę magisterką i mam nadzieję, że — w obecnych, niełatwych realiach — uda się ją obronić w założonym terminie.

— W której "drużynie" chciałabyś grać? Adwokaci, sąd, prokuratura...

— Zdecydowanie pierwsza z nich.

— Tak myślałem. Należysz w końcu do "Mafii Truszkowskiej".
— Coś w tym jest (śmiech). To ekipa, która utworzyła się wokół trenera Rafała Truszkowskiego. Świetny fachowiec, kopalnia wiedzy. To, w którym miejscu dziś jestem na scenie fitness, ostatni tytuł wicemistrzyni Polski, to jego zasługa. Dużo mu zawdzięczam, m.in. to, że... w ogóle mogłam zacząć trenować na bardziej profesjonalnym poziomie.

— Tzn?
— W przeszłości, gdy szukałam trenera, żaden nie odważył się prowadzić kobiety-wegetarianki. Z jednej strony się nie dziwię, bo w tym sporcie (przynajmniej stereotypowo) łatwiej o efekty facetom-mięsożercom. Z drugiej — było to trochę przykre. Na szczęście to już daleko za mną. Rafał postanowił podjąć tę rękawicę. Dogadujemy się świetnie i wierzę, że wspólnie sięgniemy po jeszcze niejeden fajny tytuł.

— Wegetarianizm to duży problem na wyższym poziomie kulturystyki?
— I tak, i nie. To sport powiązany w dużej mierze z tym "przysłowiowym" ryżem i kurczakiem. Dysponując produktami mięsnymi, faktycznie, łatwiej zapewnić wystarczającą ilość wartościowego białka. Jeśli się jednak czegoś bardzo chce, to żadna z takich rzeczy nie stanie na przeszkodzie. Czasem trzeba po prostu popracować nieco dłużej i ciężej. Mi uporu i motywacji nie brakuje.

— Na mistrzostwach Polski zgarnęłaś srebro. Niedosyt?
— Czuję się doceniona. Drugie miejsce na tak prestiżowych zawodach to dla mnie ogromny sukces. Wprawdzie jakieś tam opinie się pojawiły, że mogłam być wyżej, ale na pewno nie będę ujmowała niczego żadnej z rywalek. Każda z nas, które stanęły na podium, jest dowodem na to, że poziom był naprawdę wysoki.

— Kiedy kolejne zawody?
— Najprawdopodobniej w przyszłym roku. Myślę, że dobrze byłoby dać sobie nieco czasu na regenerację, poprawienie słabszych punktów. Przygotowania do mistrzostw w Kielcach wciąż się przedłużały, miało to wpływ na organizm. Za sprawą obostrzeń termin wciąż się zmieniał, musieliśmy być w ciągłej gotowości. To o tyle trudne, że np. w fazie redukcji nie da się trwać wiecznie. Gdyby nie opracowany przez trenera plan, nie udałoby mi się.

— Wiele kobiet wyznaje zasadę: "ciężarów nie ruszam, nie chcę wyglądać jak facet". Ile w tym racji?
— Niewiele. Jeśli się trenuje z głową, to nic takiego nie grozi. Ciężary pomagają wręcz podkreślić kobiece atuty. Wyrzeźbić fajną, kobiecą sylwetkę. Czasem jednak, nawet pod moimi zdjęciami, zdarzają się komentarze w tym stylu. Zazwyczaj komentują kobiety, choć i facetom się zdarza wytykać mi "zbyt duże mięśnie".

Obrazek w tresci

Podbija Polskę, ale nie zapomina skąd pochodzi; fot. archiwum zawodniczki

— Rusza Cię to?
— W żaden sposób. Jeśli któryś chciał mi tym "dowalić", to sam obrywał zazwyczaj rykoszetem już przez samo to, że porównywał własne mięśnie z kobiecymi...

— Głosy w Internecie to jedno. A co z plażą, basenem?
— Kilka spojrzeń pewnie się przytrafiło, ale z komentarzami "wprost" się nie spotkałam. A jeśliby nawet pojawiały się takie za plecami, to... tym bardziej nie ma powodu, by się nimi przejmować.

— O kobiecą stronę dbasz także poprzez pole dance. "Rura" kojarzy się wciąż wieloznacznie. Rodzina nie miała nic przeciw?
— Nie. Myślę, że w Polsce zmieniło się naprawdę dużo w podejściu do pole dance. Coraz więcej ludzi dostrzega, że to nie tylko pokazywanie ciała, a sztuka i prawdziwie wymagający sport. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki, które widzą to inaczej.

— Jak konkretnie?
— Kilka miesięcy temu, w październiku, wrzuciłam zdjęcie z zajęć pole dance. Jeden z komentujących stwierdził, że pokazałam za dużo ciała i... prowokuję tym do gwałtu. Ktoś inny z kolei stwierdził, że takim zdjęciem "odwracam uwagę od covida". Nie zdążyłam nawet zareagować, bo momentalnie ruszyła cała "fala obronna" ze strony znajomych oraz innych internautów.

— Czym dla Ciebie jest pole dance?
— Dobrym urozmaiceniem treningów, które przy okazji pozwala mi poczuć się bardziej kobieco. Dodatkowo dodaje później i pewności na scenie podczas zawodów.

— Jesteś singielką?
— Aktualnie tak.

— Kulturystyka nie ułatwia nawiązywania poważniejszych relacji?
— Druga osoba, przyznaję, musi również rozumieć ten sport. Być z kulturystką na pewno nie jest łatwo. Tę sferę życia chciałabym jednak zostawić dla siebie. Może następne pytanie?

— Dobrze, choć też o... miłość. Do zwierząt. Wolisz koty czy konie?
— Jestem i kociarą, i koniarą (śmiech). Nie byłabym w stanie między nimi wybierać. Studiując w Olsztynie, siłą rzeczy, mam tylko kota. Konia trudno byłoby trzymać w mieszkaniu.

— Lata temu w Grajewie znaleźli sposób. Trzymali konia na balkonie.
— (śmiech) Tak, widziałam to zdjęcie. Nie zamierzam jednak próbować. Miłością do koni zaraził mnie mój tata. Gdy byłam mała, kupił mi kucyka. Spodobało mi się na tyle, że później nie mogłam się doczekać aż urosnę, by móc bezpiecznie, samodzielnie jeździć na większym. Obecnie wciąż jeżdżę, lecz typowo rekreacyjnie. Mamy małą hodowlę, na własne potrzeby. Uwielbiam wyjeżdżać w teren, do lasu.

— Wolisz zwierzęta czy ludzi?
— Na szczęście potrafię odnaleźć się i w świecie zwierząt, i w świecie ludzi. Z jednej strony zwierzę nigdy nie okłamie, czego nie można powiedzieć o ludziach. Jednak nie wyobrażam sobie życia bez relacji, wspólnych wyjść ze znajomymi. Od wielu z nich nauczyłam się bardzo wiele, bliscy byli oparciem w trudnych chwilach. I to dzięki nim jestem taka, jaka jestem. I dobrze mi z tym.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. basilo #3067943 4 cze 2021 20:46

    Masakra -sztuczność i kicz . Zero kobiecości

    odpowiedz na ten komentarz

  2. Magda #3067936 4 cze 2021 15:40

    Do tej samej ligi co te Panie można zaliczyć zniewieściałych facetów w rurkach. Kobieta z ciałem faceta i facet z ciałem kobiety, czy to fajne, piękne, czy jest sexi to już indywidualna ocena każdego z nas.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) odpowiedz na ten komentarz

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5