Urodziłem się jako Dieter Klink, cz. 5

2019-05-26 20:00:00 (ost. akt: 2019-05-26 23:24:21)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Maria Skibińska jest autorką cyklu o mazurskich autochtonach "Oni byli tu przed nami", który kilka lat temu ukazywał się na łamach naszej gazety. Teraz powróciła z równie ciekawą, co intrygującą historią. Czas na ostatni odcinek.
W 1958 roku, mając 22 lata, zostałem powołany do wojska. Trochę żal mi było dobrej i dobrze płatnej pracy, ale trudno. Jak w każdym wojsku, tak tutaj też odbywała się selekcja, bo przecież w wojsku muszą być wyjątkowi, zdrowi, młodzi mężczyźni. Różne sprawdziany – ćwiczenia fizyczne, stan zdrowia, wytrzymałość psychiczna itp. spowodowały, że z 50 kandydatów zostało nas 24, a potem już tylko12. Zostałem zakwalifikowany do lotnictwa. Szkolenie odbywało się w Ornecie i lekko nie było. Codziennie 6 godzin teorii w dziale nauk, rozpoznawanie samolotów, składanie spadochronów, budowa broni, a strzelanie i musztra na końcu. Zostałem wreszcie lotnikiem, dokładnie strzelcem pokładowym. Jestem bardzo dumny z siebie – lotnictwo – toż to marzenie każdego chłopaka na całym świecie!
Po 4 latach przyszedł list z RFN i koniec moich marzeń o lataniu.

— Co się stało?

Mama wyjechała do RFN, kiedy byłem w wojsku i napisała do mnie list. Okazało się, że tato założył w Niemczech nową rodzinę, a mama pojechała do sióstr. List trafił do dowódcy. Kazano mi się spakować i wyjechać. W tamtym czasie, będąc w wojsku, nie można było mieć krewnych na zachodzie. Byłem dobrym żołnierzem, bardzo lubianym przez wszystkich, wściekałem się na swój los. Przecież jestem Polakiem, dlaczego mnie to spotyka?!

Wtedy pomyślałem z goryczą, że chyba wyjadę. Spotkałem jednak kobietę, która miała małą córeczkę i ożeniłem się w 1964. Wyjechaliśmy w okolice Pasymia. Pracowałem 5 lat w oborze i dobrze zarabiałem. Następnie przeprowadziliśmy się do Klewek i tam zostałem zatrudniony jako traktorzysta. Potem wyjechałem do Rybna, gdzie skończyłem szkołę rolniczą – dwuzimówkę i zdobyłem prawo jazdy na traktor, motor i samochód. Zacząłem pracować w Kozarku, gdzie byłem traktorzystą, mechanikiem, kierowcą – pracownikiem do wszystkiego. W sezonie pracowałem od rana do nocy. Tam też, po 40 latach pracy, dotrwałem do emerytury w 1992 r.
Pod koniec tego samego roku kolega zapytał, czy nie chcę jeszcze popracować. Czemu nie?

Rozpocząłem pracę jako parkingowy przy barze „Pod dębem”. Było to blisko mego domu, między Kozarkiem i Borkami, a dorobić zawsze warto. Pamiętam z tego czasu ciekawy incydent. Dość często włamywano się do skromnego barakowozu i okradano ze wszystkiego. Policja była bezradna. Postanowiłem pomóc koledze. Przez kilka nocy z lornetką obserwowałem barakowóz i po pewnym czasie dopisało mi szczęście. Dwóch złodziei z plecakami weszło przez dach, otworzyli drzwi i zaczęli wynosić „fanty”. Złapałem tego, który był na zewnątrz, kazałem wejść do baraku i zamknąłem obu panów, blokując właz przez dach. Dość długo czekałem na pomoc – komórki nie miałem. Zatrzymywałem kilka samochodów i nic. Wreszcie jeden wjechał na parking i okazało się, że to prokurator z Biskupca. Po 15 minutach przyjechała policja. Byłem i jestem bardzo dumny z siebie na tamto wspomnienie.

Czasami nudno mi było na tym parkingu, ruch niezbyt duży, las wokół, cisza… i zacząłem wspominać, szukać w pamięci śladów rodziców, rodzeństwa. Któregoś razu przypomniałem pewne zdarzenie z Wangot. Idę z dwoma chłopcami, trzymają mnie za ręce i nad każdą kałużą podnoszą mnie wysoko – byli to chyba moi rodzeni bracia, starsi ode mnie. Następne wspomnienie: Wangoty – kilka razy widziałem obcą kobietę, która uporczywie z ciekawością mi się przyglądała. Może to moja biologiczna mama? Może żyje, może wyzdrowiała?

Pewnego wieczoru siedzę na parkingu, bar zamknięty. Podjeżdża samochód na niemieckich numerach. Podchodzi do mnie kobieta i łamanym językiem pyta, czy można coś zjeść, mówię, że nie. Upiera się, prosi, więc grzeję barszcz, kiełbasę, a ona przygląda mi się i pyta, jak się nazywam. Zdziwiłem się, ale odpowiadam – Edmund Milewski. Biegnie do samochodu, po chwili wraca. — Czy pan się tak zawsze nazywał? — pyta. Odpowiadam, że nie. — Dieter Klink to moje pierwsze nazwisko, zostałem adoptowany — mówię tym razem po niemiecku. Kobieta prawie mdleje. — Ja jestem Krista, pana rodzona siostra. Zdumienie, radość, uściski. Po dziś dzień utrzymuję kontakt z cudem odnalezioną siostrą i jej rodziną. Czy taka sytuacja nie jest niezwykła?

Na parkingu pracowałem 5 lat. Później uznałem, że pracy dość i zacząłem odpoczywać. Odtąd spotykały mnie tylko przyjemności. Co jakiś czas objeżdżam miejsca mego dzieciństwa – Bezławki i wioski, w których mieszkałem, dawne pegeery, w których pracowałem. Szukam śladów przeszłości, wspominam... Cieszę się ze swojego życia. Spotkałem wielu dobrych ludzi i mam dużo przyjaciół. Rozwiodłem się z żoną. Z nowego związku z obecną, Elą, mam córkę Karolinę. Mieszka w Bawarii, wyszła za mąż za obywatela Niemiec. Mamy więc uroczego mądrego zięcia i dwoje ślicznych wnucząt – Adama i Livię. Miałem dobre życie, a jeszcze wiele pięknych dni przede mną.



Maria-Raksimowicz - Skibinska
Towarzystwo Miłośników Kętrzyna

fot. 1 archiwum prywatne
Edmund Milewski w mundurze polskiego lotnika

fot. 2 archiwum prywatne
Edmund Milewski z rodziną, w tym cudownie odnalezioną siostrą

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5