Wszystko zaczyna się w głowie

2022-08-24 12:00:00(ost. akt: 2022-08-17 09:33:48)

Autor zdjęcia: Dariusz Dopierała

Karol Mackiewicz wiele lat wcześniej pracował w lakierni proszkowej. Myśl o własnej firmie dojrzewała kilkanaście lat. Od 2020 roku odnalazł niszę rynkową, jaką jest lakierowanie małych elementów, nie tylko w branży motoryzacyjnej.
— Skąd pomysł, aby zająć się właśnie lakierowaniem proszkowym?
— Jakieś 15 lat temu — opowiada Karol Mackiewicz — lakierni proszkowej automatycznej. W mojej głowie wciąż tkwiła myśl, że może to być coś fajnego. Dotychczas klienci jeździli na przykład do innego miasta, aby pomalować jedną, niewielką część. Często malowanie proszkowe prowadzą duże firmy przede wszystkim na własne potrzeby i malują duże konstrukcje stalowe, na przykład bramy. Nikt w naszym rejonie nie wykonywał tak zwanej drobnicy: kółka, ram rowerowych i motocyklowych, grzejników, czy metalowych mebli. Początkiem było badanie rynku. W końcu udało mi się otworzyć firmę. Wszystko zaczęło się od dotacji, jednak nie na wszystko na wystarczyła, myślałem do tego dołożyć sporo swoich pieniędzy. Potrzebny jest aplikator do nałożenia proszku, który ma w sobie dużo elektroniki. A to przekłada się na cenę.
Fot. Dariusz Dopierała

— Duże jest zainteresowanie malowaniem proszkowym?
— Nie oszukujmy się, nie jest to sklep spożywczy ani warsztat samochodowy, gdzie przychodzą klienci z polecenia. Nadal to co robię, jest tak znanym produktem niszowym. Ale też niewiele ludzi wie, na czym polega malowanie proszkowe, czy jest lepsze lub gorsze od malowania na mokro. A jednak jest zdecydowanie lepsze, bo powłoka jest mocniejsza i bardziej elastyczna. Wytrzyma na parę lat dłużej, nie będzie odpadać, a przy dobrych podkładach również część jest mniej narażona na korozję.
Fot. Dariusz Dopierała

— Wielu osobom malowanie proszkowe kojarzy się z motoryzacją.
— Rzeczywiście, najwięcej klientów mam właśnie z branży motoryzacyjnej. Malowanie proszkowe wymaga pieca do polimeryzacji, który ma ograniczone wymiary, ale nie tylko. Kolory dobieramy np. z palety RAL, która ma dużo odcieni czy stopni połysku, od wysokiego, przez mat, a kończąc na grubej strukturze czy tzw. krokodylu. Liczy się też wielkość elementu, który musi zmieścić się w komorze. Maluję wszystko, co przyciąga ładunek dodatni i ujemny, a więc z natury rzeczy tylko artykuły metalowe. Konstrukcje stalowe, balustrady, grzejniki oraz oczywiście części samochodowe, które do komory się zmieszczą. Felgi, elementy zawieszenia, ale nie tylko. Maluję wszystko, czego sobie dusza klienta zapragnie. Od otwieraczy do napojów, poprzez baterie do umywalek, kubły na śmieci, ławeczki i stoliki, a na pokrywach do studni kończąc. Wszystko to, co spełnia wspomniane wcześniej kryteria.
Fot. Dariusz Dopierała

— W dzisiejszych czasach da się wyżyć z tego typu działalności?
— Klienci są nauczeni, że kiedyś ten usługa kosztowały tyle i tyle, a teraz niestety nie mogę zejść z ceny, bo przecież firma musi zarabiać. Nie oszukujmy się, jest ciężko, szczególnie w pandemii, a także obecnie, kiedy trwa wojna w Ukrainie. Część osób potraciła pracę, a co za tym idzie dochody i jest trudniej. Niestety wciąż wiele ludzi pyta się o ceny, a potem już się nie odzywa. Wolą pewne rzeczy wykonać w garażu i pomalować sposobem chałupniczym. Obawiają się wydawać pieniądze i to odbija się na ilości klientów. Niestety rosną też koszty mediów, w moim przypadku prądu, do opłaty jest czynsz, składki społeczne i zdrowotne. Wzrosły też ceny proszku czy ścierniwa do piaskowania.

— Dużo maluje pan dla klientów zmotoryzowanych. Miał pan w przeszłości coś wspólnego z motoryzacją?
— Jako dziecko jeździłem komarkiem, motorynką, a później przyszedł czas na motocykl. Pasja do motoryzacji pozostała, chociaż w związku z pracą nie mam za dużo czasu na to, aby jeździć.

— Mam wrażenie, że aby ktoś do pana trafił sam musi mieć pasję. Motocykliści sami w sobie są pasjonatami.
— I tacy do mnie docierają. Najlepsza jest poczta pantoflowa, wizytówki na stacjach paliw, warsztatach. Mam dużo znajomych z warsztatów mechanicznych, którzy sami podsuwają do mnie klientów. Staram się łapać wszystkiego, by promować moją firmę.
Fot. Dariusz Dopierała

— Dużo wysiłku wymaga taka praca?
— Stara powłoka jest zdzierana do czystego metalu. Nie możemy pozwolić sobie na półśrodki. Zaczyna się od piaskowania, podkładu, warstw koloru, a na koniec jest warstwa bezbarwnego lakieru. W przypadku felg aluminiowych praca jest bardziej skomplikowana, a więc droższa. Wszystko zależy od tego, co jest pod powłoką lakierniczą. Trzeba ją ściągnąć, umyć, wypiaskować, wyrównać rysy, a czasami zlecić spawanie aluminium. Później jeszcze raz felga trafia to do piaskowania i dopiero zaczyna się malowanie. Na szczęście są klienci, którzy wiedzą, że jest to dużo pracy, duże koszty i mimo wszystko przyjeżdżają do mnie. A ja czuję ogromną satysfakcję, kiedy klienci przyjeżdżają po odbiór. Widzę ich miny i efekt „WOW”, co mnie podbudowuje i sprawia, że staram się coraz bardziej.

— Jakie pan miał najdziwniejsze zlecenie?
— Takiego jeszcze nie było. Standardowe są grzejniki czy rowerki dla dzieci, ale i elementy zawieszenia. Tych ostatnich nie zawsze widać, podobnie jak zacisków, ale dla pasjonatów nie ma to znaczenia.
Fot. Dariusz Dopierała

— Rozmowę zaczęliśmy od myśli, która w głowie siedziała kilkanaście lat.
— Wszystko zaczyna się i siedzi w głowie. Zawsze trzeba pamiętać o tym, by mieć otwarty umysł i zawsze dążyć do celu. W tej pracy potrzeba trochę twórczości oraz własnej inicjatywy. Zazwyczaj klient przychodzi już ze swoim pomysłem, a czasami zdarzają się też zmiany. Klient planuje srebrne felgi, ale widząc na wieszakach inne, zmienia swoje zdanie widząc, że to ładnie wygląda. Z ciekawostek warto dodać, że wykonuje różne kolory. Obecnie maluję dwukolorowe felgi. Na bazie srebrny metalic nakładam transparent limonka czyli tzw. candy (cukierek), a rotor będzie czarny lub w ciemnej zieleni.
— Dziękuję za rozmowę.
dar

2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5