Polak w niemieckim Neidenburgu
 — Wspomnienia Leonarda Pawłowskiego (cz.2)

2013-05-15 13:46:32(ost. akt: 2014-07-02 10:06:45)
Zdjęcie lotnicze Nidzicy zrobione przez Rosjan 20 stycznia 1945 roku

Zdjęcie lotnicze Nidzicy zrobione przez Rosjan 20 stycznia 1945 roku

Autor zdjęcia: Archiwum

Leonard Pawłowski do 1945 roku pracował jako drukarz w "Neidenburger Zeitung". Tekst jego wspomnień jest spisany z nagrania. 

Gdy byłem w Szczepkowie Borowym, pewnej niedzieli, było to w kwietniu 1940 r., przyszło trzech Niemców (mówili po polsku) ze wsi Jagarzewo i szukali pracowników do roboty na gospodarstwach. Właściwie to musiałem iść do tego gospodarstwa pracować, miałem 18 lat i musiałem zarobić na siebie, a tam mogło być w miarę bezpiecznie. Niemcy zabierali na przymusowe roboty, a ja nie chciałem oddalać się od swojej rodziny. Pomyślałem, że jeżeli Niemcy mnie chwycą to wywiozą gdzieś daleko za Berlin czy do Westfalii. Postanowiłem pójść do tego Niemca w Jagarzewie. (....) Ten gospodarz w końcu tak się przyzwyczaił do mnie, jak pan do swego niewolnika, że coraz bardziej traktował mnie jako coś najgorszego. Razu pewnego zamierzył się i chciał mnie uderzyć w twarz. Jego ojciec zauważył ten incydent i bardzo skrzyczał go po niemiecku. Pomyślałem, że dla mnie dłużej miejsca tu nie ma. 



Udana ucieczka

Postanowiłem uciec. O godzinie 14 w niedzielę, świeciło słońce, ubrałem się w swój garnitur i uciekam (dość lekkomyślnie, bo trzeba to było zrobić wieczorem lub nad ranem). Powiedziałem Niemcowi, że idę kupić tabakę, a później idę do kolegów. Spytał się czy nie chcę marek (miał wobec mnie zaległości) i dał mi 2 marki. „Może jeszcze chcesz” – spytał i dał mi jeszcze 2 marki. Potem pytał jeszcze trzeci raz, ale ja mówię nie, żeby nie wzbudzić podejrzenia. Ale on i tak zauważył, że ja uciekam. Wychodząc z Jagarzewa postanowiłem ostatni raz spojrzeć na tę wieś. Ja się oglądam, a Niemiec jedzie za mną na rowerze. Jak on zobaczył, że ja go widzę, to zaczął krzyczeć po polsku „Stój, bo cię zastrzelę”. Ja spłoszony skręciłem w świeżo zaorane pole. Przede mną dwóch żołnierzy z dziewczynami na spacerze, widzę, że nie dam rady, więc cofnąłem się. Gospodarz nadal krzyczał: „Stój, bo cię zastrzelę”, przebiegłem przez drogę i skierowałem się do gęstego zagajnika. Mocno podrapany uciekłem. Ten Niemiec wiedział skąd mnie wziął i poszedł do moich kuzynów w Szczepkowie Borowym z dwoma strażnikami granicznymi. W Szczepkowie był wielki popłoch. Tam ukrywał się uciekinier z robót, podobno nazywał się Malinowski. Myślał, że to jego poszukują, uciekał. Strzelali za nim w okolicach zabudowań Smolińskich (tam była kiedyś cegielnia), na szczęście nie trafili, bo miałbym go do dziś na sumieniu. Ja w tym czasie ukrywałem się we wsi Skrody. Żandarmi z Janowca byli bardzo groźni. Był taki okrzyczany Zoldek, wielu ludzi rozstrzelał. Nawet ja byłem przez niego pobity. Dużo Białorusinów pracowało prywatnie u Niemców. Właściciel tartaku (przy ul. Kolejowej) Kardinal zatrudniał wielu Rosjan i Białorusinów. Produkowali opakowania do bomb i inne takie rzeczy. 




Przyjaźń, która przetrwała wojnę

Jesienią 1944 Niemcy zaczęli brać Rosjan i Polaków do kopania okopów pod Nidzicą. Przy kopaniu tych rowów widziałem jak Rosjanie wyrywali marchew z pola i chowali gdzie mogli. W maju 1942 r. widziałem nad stawkiem, tam był kort tenisowy, dwóch Niemców w wieku „wojskowym”. Obydwaj nie mieli po jednej nodze, grali w tenisa. Doskonale grali, nic nie byli załamani, oni byli jeszcze pełni zwycięstw. Później zabroniono im nawet nekrologi umieszczać. Mądre przysłowie mówi, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Takim przyjacielem poznanym w biedzie był Tadeusz Klimek. On miał lat 18 (ja 20), pracował w piekarni Schultza (na ul. Traugutta). Pochodził z Modlina, z rodziny zawodowego podoficera Wojska Polskiego. Przyjaźnimy się do dzisiaj. Mieszka tuż przy jeziorku, w którym podczas wojny kąpaliśmy się ukradkiem, tylko w czasie burzy, gdyż Polakom kąpiel była zabroniona. Stanisława Rutkowskiego późniejszego partyzanta Batalionów Chłopskich, poznałem w 1942 roku. Pracował u małorolnego Niemca we wsi Piątki. Spotykaliśmy się często w niedzielne popołudnia. Cechował go żarliwy patriotyzm i pogarda dla hitleryzmu. Jednym z przejawów naszego patriotycznego młodego porywu było chyba i to, że od czasu do czasu kupowaliśmy kwiaty i zanosiliśmy je na cmentarz, na groby żołnierzy polskich, zmarłych z ran w szpitalu niemieckim po walkach na froncie mławskim w 1939 r. Rutkowski mawiał mi, że ucieknie z Prus i wstąpi do partyzantki. Tak też i uczynił. W 1944 r. rozmawiałem z nim już jako partyzantem, jak przebywał u swojej dziewczyny – Małgorzaty Kowalskiej, pracującej ze swoimi rodzicami u dużego gospodarza z Piątek o nazwisku Małek. Kowalskich poznałem już wcześniej.


Kawałek wolnej Polski

w mieszkaniu

Rozmowy z Rutkowskim już wtedy miały charakter przygotowawczy do zorganizowania ruchu oporu. Na umówiony, chyba wrześniowy wieczór, w moim mieszkaniu przy ul. Ogrodowej, odbyło się zebranie organizacyjne. Zebrałem trzech zaufanych kolegów. Byli to: Stanisław Kurasz z Poznania, Tadeusz Michalski z Przasnysza i chyba Henryk Kolankowski. Rutkowski przyszedł punktualnie wraz ze swoim kolegą Mandyczem. Wcześniej poprosiłem partyzantów o wyłożenie na stół broni – miało to nadać zebraniu, jakże wtedy ryzykownemu, charakter powagi, a jednocześnie uczynić z tego mieszkania kawałek wolnej Polski. Zebranie trwało dość długo. Podczas zebrania ustalone zostały pseudonimy. Ja posługiwałem się pseudonimem „Trojan”. Rutkowski podał swój - „Wyrwa”. Mandycz jako specjalista od dywersji instruował nas jak należy zagłuszać telefony międzymiastowe poprzez łączenie drutów na słupach liniowych. Mandycz pracował jako telegrafista na poligonie w Nosarzewie. Wypadki jesienne i zimowe na frontach szybko zmieniały sytuację. W Nidzicy roiło się od wojska. W końcu – styczniowa ofensywa i zdobycie przez Rosjan Nidzicy.



Ze wspomnieniami Leonarda Pawłowskiego zetknąłem się czytając książkę "Drukarze Olsztyna". Od mojego Taty dowiedziałem się, że to właśnie u mojego pradzadka, w miejscowości Grzybowo, zamieszkał w początkowym okresie wojny. Zaproszony do Nidzicy, na spotkanie Towarzystwa Ziemi Nidzickiej, ponownie wspominał okres wojenny. 
Witold Zagożdżon


2001-2022 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5