Polak w niemieckim Neidenburgu — Wspomnienia Leonarda Pawłowskiego

2013-05-13 14:10:32(ost. akt: 2014-07-02 10:06:31)

Autor zdjęcia: Archiwum

Leonard Pawłowski do 1945 roku pracował jako drukarz w "Neidenburger Zeitung". Tekst jego wspomnień jest spisany z nagrania.


Wypadki jesienne i zimowe na frontach szybko zmieniały sytuację. Wokół Nidzicy roiło się od wojska. W końcu nastąpiły: styczniowa ofensywa i radykalne zmiany.

Pracowałem w

"Neidenburger Zeitung"


Do wojny mieszkałem w Rembertowie pod Warszawą. Po wybuchu wojny przyjechałem ze swoją mamą i starszą siostrą w mławskie do Grzybowa, gdzie mieszkaliśmy przez zimę. Na wiosnę zaczęło brakować jedzenia, a Niemcy deptali po piętach młodym Polakom. Zdecydowałem się przejść do Szczepkowa Borowego, do mojej rodziny. (....) Później poszedłem do pracy w gospodarstwie do Jagarzewa. Pracowałem u Niemca. Kazał mi spać w barłogu w brudnej pościeli. Tłumaczył mi, że to tylko na razie, ale trwało to całe lato. Ten gospodarz tak się przyzwyczaił do mnie, że traktował mnie jak niewolnika. Razu pewnego zamierzył się i chciał mnie uderzyć w twarz. (....) Postanowiłem uciec. ( ... ) Zarządca majątku Gwoździe, gdzie pracowałem jako robotnik przymusowy, zawiózł mnie w listopadzie 1941 roku do Neidenburga do nowej pracy w "Neidenburger Zeitung" przy ul. Gartenstrasse 3. Tu jako jedyny Polak, z przymusowo naklejonym znaczkiem "P" przepracowałem do 20 stycznia 1945 roku, a ze mną jeszcze dwóch Francuzów: Emil Reale z Grenoble i Bugis z Paryża. Zakład zatrudniał 15 osób. Gazeta wychodziła w nakładzie 5000 egzemplarzy. Kierownikiem zakładu był Otto Wittka, a właścicielką stara kulturalna Niemka nazwiskiem Jonas. Redaktorzy to: Bibereit, a potem gdy wzięli go do wojska, Hase. Wszyscy oni odnosili się do mnie z dystansem, ale grzecznie i kulturą. Jak zawsze w małej drukarni trzeba było umieć wszystko. Pracowałem na maszynie płaskiej, dociskowej, pełniłem funkcję krajacza, częściowo introligatora. Robiłem codziennie do gazety odlewy stereotypowe z matryc dostarczanych pocztą z Królewca. Częściowo też składałem teksty ogłoszeń do dziennika. Gazetę drukował zawsze Niemiec Zawadzki, potem coraz częściej Francuz Reale.


Francuzi uciekali

z Neidenburga

Przebywając na robotach zetknąłem się z różnymi narodowościami: Francuzami, Rosjanami, Jugosłowianami. Tuż przy rynku, obok Schloss Hotelu ( obecna ul. Mickiewicza) mieli Francuzi barak. Tam mieszkało ich kilkudziesięciu. Po pracy, wieczorem, bardzo przyjemnie muzykowali. Mieli harmonię i inne instrumenty. Schodzili się Polacy. Niemcy zatrzymywali się - nie zabraniali im tego muzykowania. Francuzi uciekali do Francji. Bardzo sprytnie to robili. Nawiązali kontakt z jakimś Niemcem pracującym w Hohenstein ( Olsztynku), skąd szły transporty z drewnem do kopalń westfalskich. Całe składy pociągów. Ten Niemiec za odpowiednią opłatą robił w wagonie kolejowym, w rogu, miejsce i sadowił tam uciekinierów. Oni uciekali latem, gdy było ciepło. Brali do dętki samochodowej wodę, a jako pożywienie czekolady. Jechali 2 tygodnie do Francji. 



Rosyjscy

niewolnicy

Widziałem również wielką rzeszę niewolników rosyjskich, którzy byli prowadzeni przez wachmanów niemieckich do stacji kolejowej - ul. Kościuszki - przy szkole, która nazywała się Adolf Hitler. Było ich może 500. Żal mi było tych ludzi, strasznie wynędzniali. Rosjanie pracowali przeważnie po majątkach. Był taki lazaret wojskowy dla Rosjan, naprzeciwko szpitala, tylko bardziej na wschód. Ogrodzony podwójnym drutem kolczastym. Stał tam zawsze jeden lub dwóch wachmanów. Tam było kilkudziesięciu Rosjan i kilku lekarzy radzieckich, którzy leczyli chorych żołnierzy. Latem 1944 roku Rosjanie wiedząc, że zbliża się front, zaczęli śpiewać głośno swoje ludowe pieśni. Wieczorem ten śpiew echo niosło daleko poza Nidzicę i Niemcy, o dziwo, nie przeszkadzali. Od 1941roku dużo Rosjan uciekało. Byli oni w mundurach, innego ubrania nie mieli. Zdarzały się też i tragedie, np. we wsi Magdaleńce lub Piotrowice Rosjanie zarąbali krapami do kopania ziemniaków całą rodzinę niemiecka, która odmówiła im jedzenia. 



Wieść o radzieckich czołgach

wywołała panikę

Ostatnim dniem pracy drukarni "Neidenburger Zeitung" był czwartek 16 styczeń 1945 roku. Wtedy wyszedł ostatni numer gazety. Wieczorem, w trakcie jej druku, kierownik Otto Wittka zatrzymał się w hali maszyn i oznajmił maszyniście Zawadzkimu, że z ostatniego komunikatu radiowego wynika, iż pierwsze czołgi radzieckie wtargnęły już do Działdowa. Znaczyło to okrążenie. Nastąpiła psychoza strachu. Całą noc mieszkańcy Neidenburga opuszczali miasteczko. Rankiem, 19 stycznia, cywilów w mieście nie było. Słyszałem, że w piwnicy został ułomny. Lepek się nazywał. Później, jak weszli Rosjanie, to go podobno zastrzelili. Jedynie na dworcu kolejowym znaczna liczba uciekinierów oczekiwała na ostatni pociąg. Wiem to stąd, że odprowadziłem o 5 rano moją gospodynię z synkiem na dworzec. 


Radzieckie samoloty

nad miastem

Rozwidniało się, gdy koczujący przed dworcem tłum uczynił tumult na widok pierwszych samolotów nieprzyjaciela — Rosjan. Niedobitki wojsk niemieckich w popłochu wycofywały się uliczkami miasta na zachód. Przy ulicy, obecnej Traugutta, unieruchomiony czołg zatarasował odwrót. Omijano go chodnikami. W północnej części rynku leżała nieżywa krowa, potrącona przez jakiś pojazd. Widziałem patrole tzw. Volkssturmu. Rano z pierwszego nalotu bomby spadły na łąki. Poszedłem do Waszulk. Tam schroniłem się u ogrodnika. Mróz był siarczysty. Bydło z majątku Zagrzewo szło bez pastucha, zmarznięte. Jakiś Francuz, jeniec wojenny, był zraniony w rękę. Palił się jeden wóz pancerny, chyba od nalotu. Poza tym złowroga cisza. Całą noc z piątku na sobotę nie zmrużyłem oka. Siedzieliśmy, kilkoro Polaków, w opuszczonym mieszkaniu ogrodnika przy drodze na cegielnię Waszulki. Nocą słychać było od czasu do czasu dalekie, pojedyncze wystrzały karabinowe. I to wszystko.


Szturm na Neidenburg

Dopiero 20 stycznia, w sobotę, punktualnie o godzinie 7 Rosjanie przypuścili szturm na Nidzicę. Walki trwały na pn - wsch miasteczka, tam znajdowałem się do godz. 14. Potem już w mieście nastąpiła cisza. Po godz. 15 przez wolną już od Niemców Nidzicę, całą i niezniszczoną, szedłem z kolegami Kuraszem, Michalskim, Kolankowskim i dwiema Polkami z centralnej Polski. W rynku paliła się jedynie apteka ( Adler Apotheke) na skrzyżowaniu ul. Kościuszki i Placu Wolności. Ogień nie mógł się rozprzestrzenić, gdyż wszystkie budynki były z cegły. Miasteczko było zniszczone z premedytacją w kilka dni po jego zdobyciu. Razem z kolegami wstąpiłem do mojego mieszkania, żeby ugotować coś do zjedzenia i ewentualnie przenocować. 


Strzelali do nas
na każdym kroku

W obawie jednak przed przykrymi następstwami ruszyliśmy przed siebie, przeciskając się między nowymi przybyszami. Wszędzie, dosłownie co 5 kroków, byliśmy zaczepiani i rewidowani. Uciekaliśmy, ponieważ żołnierze rosyjscy, w przeważającej części po spożyciu alkoholu, mogli nas wziąć za Niemców i strzelać do nas. Tu nam się udało. Ale strzelano do nas za majątkiem przy drodze na Zagrzewo, którędy chcieliśmy wyjść z obszaru przyfrontowego. Dalej spoza drucianego ogrodzenia obozu ukraińskiego (obecnie ZSZ przy ul. Wyborskiej) strzelali do nas żołnierze rosyjscy z ręcznej broni maszynowej. W tej sytuacji skierowaliśmy się przez pole w kierunku szosy Nidzica — Mława, przez Tatary. Przechodziliśmy obok cmentarza katolickiego, gdzie Niemcy pochowali żołnierzy polskich z kampanii wrześniowej. Tuż przy Tatarach leżało sporo trupów niemieckich. Szosa w Kanigowie, celowo zatarasowana drzewami, opóźniać miała natarcie Rosjan. Pełno tu było trupów. Ja miałem sanki i musiałem ciągnąć je po rozjeżdżonych zwłokach ludzkich. Byli to niemieccy żołnierze w białych kitlach. Zapadł już zmrok. Byliśmy pewnie jedynymi cywilami w okolicy. 


Chcieli nas zastrzelić

Dołączył do nas Białorusin. Zatrzymało nas NKWD i zabrali nas na posterunek. Żołnierze byli pijani. Jeden zaczął coś pisać. Potem zabrał mi brzytwę ojca po dziadku. Zauważyliśmy podejrzane ruchy. Domyśliliśmy się, że chcą nas rozstrzelać. Postanowiliśmy uciekać. Uciekliśmy szczęśliwie. Prawdopodobnie Białorusin, poczytany za zdrajcę narodu radzieckiego, był przyczyną decyzji NKWD. Potem widzieliśmy dalsze trupy we wsi, a na jej skraju samochód ze zwęglonymi, powyginanymi trupami ludzkimi. Kilometr za Kanigowem rozdzieliliśmy się. Ja, Kurasz i Michalski udaliśmy się boczną szosą do Janowca Kościelnego. Około północy dotarliśmy do Janowca Szlacheckiego. Dobrzy ludzie przenocowali nas. Rankiem następnego dnia zdarzył się przykry dla mnie epizod. Przy sprzątaniu pościeli gospodyni stwierdziła brak jednego swojego koca. Do dziś nie wierzę, że mógł to zrobić któryś z nas. Mieliśmy własne koce. Oddałem jej swój. Rankiem Rosjanie chowali swoich dwóch towarzyszy przy drodze. Była honorowa salwa. Zrewidowano nas - obcych podróżnych. Tutaj pożegnałem się z rękawiczkami i szalikiem.



Ze wspomnieniami Leonarda Pawłowskiego zetknąłem się czytając książkę "Drukarze Olsztyna". Od mojego Taty dowiedziałem się, że to właśnie u mojego pradzadka, w miejscowości Grzybowo, zamieszkał w początkowym okresie wojny. Zaproszony do
Nidzicy, na spotkanie Towarzystwa Ziemi Nidzickiej, ponownie wspominał okres wojenny. 
Witold Zagożdżon

2001-2022 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5