Jechałem po obornik, kiedy wybuchła wojna

2020-09-06 10:59:00 (ost. akt: 2020-09-03 11:40:56)
Alfons Dmochewicz chętnie bywa na spotkaniach wspomnieniowych

Alfons Dmochewicz chętnie bywa na spotkaniach wspomnieniowych

Autor zdjęcia: Edyta Kocyła-Pawłowska

Lubię się dzielić wspomnieniami – mówi lubawianin, Alfons Mikołaj Dmochewicz. Wybuch wojny zastał go przy prozaicznych, codziennych czynnościach. Ale potem już życie nie było zwyczajne.
Chodzę do dzieciaków do szkół, kręcą ze mną filmy. Muszę o tym wszystkim opowiadać. Po prostu muszę – ze wzruszeniem mówi Mikołaj Alfons Dmochewicz z Lubawy. Był harcerzem i żołnierzem, przez wiele lat aktywnie działał w organizacjach kombatanckich, wiceprezesował Miejsko-Gminnemu Związkowi Kombatantów i Byłych Więźniów w Lubawie. Dziś już pamięć nie ta. – Muszę się spieszyć, żeby wszystko wszystkim opowiedzieć – mówi. – Człowiekowi już się trochę kręci. A jak mam mówić o początku wojny, to wszystko kojarzę, jakby to wczoraj było.
Urodził się w Truszczynach. Dziś to powiat działdowski. Wkrótce cała rodzina przeprowadziła się do Lubawy. – Mieszkałem przy cmentarzu przy Piaskowej. Całe przedwojnie. A potem, po wojnie, to już tu, na Fijewo.
W 1939 roku miał 16 lat. Tego dnia, kiedy wybuchła II wojna światowa, z rana ojciec wysłał młodego Alfonsa (wtedy jeszcze: Mikołaja) do swojego znajomego: "Jedź, tu jest taki Jurkiewicz koło Chrystusa Króla. Pojedziesz tam po obornik".
Tam były stajnie, obecnie – niewielkie sklepiki. Wspomniany Jurkiewicz prowadził w pobliżu restaurację, tak to pamięta pan Alfons. – On miał dużo stajni, ludzie końmi przyjeżdżali z wiosek, zatrudniał stajennego.
Według przykazu taty, miał pojechać po obornik bardzo wcześnie rano, wywieźć go na pole i tam rozrzucić. Zebrał się zatem z samego rana i pojechał. Dostał obornik, pojechał na pole pod Tuszewo. Rozładował obornik i jedzie po drugi ładunek. A tymczasem stajenny, który wyrzucał obornik, woła: "Koniec! Koniec!". Pan Alfons podrapał się po głowie i pomyślał: "Co to się nie robi? Koniec!". – Ludzie z Rodzonego z płaczem przylecieli, że zabili jednego strażnika. Bo tu blisko była granica na Drwęcy. Z siedem kilometrów stąd. I tam, gdzie zabili tego strażnika, ludzie poprzychodzili, poprzyjeżdżali z płaczem. I szybko do domu...
Tu panu Alfonsowi łamie się głos. Potrzebuje chwili przerwy, by dokończyć opowieść. – Szybko pojechałem do domu, konie wyprzęgłem, wprowadziłem do stajni. Patrzę, zwiadowczy samolot, taki nie za wielki. I sześciu żołnierzy pod Byszwałdem. Tam była taka skarpa, pamiętam jak dziś. Ciekawy byłem i poszedłem, żeby to zobaczyć. To blisko. Oni tam po prostu stali. Dalej nie ruszyli, tylko ten samolot pojechał. Bo już tam zaraz to była granica niemiecka.
Potem cały dzień nic się w Lubawie nie działo. Cisza. Żadnych działań. Spokój. Dopiero wieczorem, jak się ściemniło, na rynek przyszli Niemcy. Całe kilka kompanii. Przybiegł tam Alfons. A Niemcy zaśpiewali swój hymn: "Deutchland, Deutchland, uber alles".


A rynek był wtedy pusty, niezabudowany pośrodku, to się ich sporo zmieściło. Coś tam pośpiewali jeszcze i pomału poszli pod Lidzbark. Bez jednego strzału. Nie bałem się. Szesnaście lat już miałem. Brat mój wyuczony był za kowala, miał 18 lat skończone. On i jego koledzy – wszyscy uciekali pod Warszawę, na ochotników do wojska – wspomina lubawianin. Brat został ranny, zabrano go do niewoli 60 km od Berlina. Wypuszczony z niewoli, został zwolniony z wojska i jako mechanik do końca wojny pracował w Stoczni Gdańskiej. A pan Alfons pozostał w Lubawie. Woził dłużycę na tartak. A potem Niemcy wzięli go do robienia okopów za Tuszewem, w stronę Montowa. – Tam dużo nas pracowało. Po pięciu kopaliśmy, na dwa metry głęboko, metr szeroko. A później zaraz kopali my dla pancernych, dla czołgów. Cztery-pięć metrów szeroko, dwadzieścia głębokości. Ta ziemia, ta darń, musiały być usunięte. Najpierw zrzucaliśmy to na gromadki. Kopało nas pięciu, to każdy dostał na dzień pięć metrów do zrobienia.
Po skończonej robocie trzeba było ziemię elegancko wyrównać i darń na wierzch rozłożyć. Tę robotę przy kopaniu pan Alfons i jego rówieśnicy mieli przez parę wojennych lat. Choć wśród nich, wedle wspomnień pana Alfonsa, byli też starsi mieszkańcy. – Myśmy nie byli w więzieniu, tylko na noc wracaliśmy do domu. Kawałek drogi. Na obiad nam zupy przywozili. A tam dalej to już więźniowie kopali.
– Czy po was przyjeżdżali wojskowi z rana? Czy sami szliście? – pytamy pana Alfonsa. – Sami, pani kochana! – obrusza się nasz rozmówca. – Myśmy chodzili sami, musieliśmy być na konkretną godzinę, na siódmą bodajże. Chodziło się na piechotę, chociaż to kawałek dalej było. Niemców przywozili przeważnie takim dużym samochodem.

Pod murem lubawskiego więzienia (które w 1940 zostało przekształcone w tajny obóz karny dla młodocianych – przypis red.) Alfons bywał nieraz. – Kiedyś tam jakieś paczki leżały, po przerzuceniu przez mur. Myśmy samochodem wjechali na podwórze, bo nam "batman" otworzył. Bałem się, a oni mi pokazują, żeby im paczkę uwiązać do sznura z czegoś zrobionego. Bałem się, bo Niemcy to było diabelstwo.


Rozejrzałem się, zeskoczyłem, uwiązałem paczkę i już! Ale pokazują mi, że druga jeszcze leży. Drugą też uwiązałem. Cały czas w strachu, bo to nie były przelewki. Takie to było życie. Niemców było pełno... Zabierali do łagru... Jak on się nazywał? – zastanawia się głośno pan Alfons. – Toć jeździmy co miesiąc... – nasz rozmówca przyznaje, że ma problemy z pamięcią, choć jeszcze 3-4 miesiące temu było znacznie lepiej. – O, Potulice! – przypomina sobie nazwę miejscowości, w której mieścił się obóz pracy. To do tej pory cel regularnych, wspominkowych wycieczek kombatantów z terenu powiatu iławskiego. Pan Alfons również w nich uczestniczył, ale od dwóch lat już tam nie jeździ. Jego rodzinę w czasie wojny oszczędzono, nikogo tam nie wywieziono. – Starsi już byli, to ich zostawili. A ja – do roboty. I jakoś tak przetrwaliśmy.

Echa pamięci przypominają panu Alfonsowi jeszcze jedną historię z 1939 roku. Doskonale pamięta moment rozstrzelania Władysława Asta, pierwszej lubawskiej ofiary zbrodni hitlerowskich. – Przy ul. św. Barbary, przy Barbarce, były na rogu trzy restauracje, on tam mieszkał. Rozstrzelali go na dachu, widziałem to osobiście – opowiada pan Alfons. Jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, więc się nie bał, stając się mimowolnym świadkiem tych wydarzeń.

Krzyczą do niego, żeby zszedł. A on – nic. Nie zszedł. Brał cegły z komina i w nich rzucał. I powiedział: "Niech żyje Polska". Jak go zastrzelili... Na podwórzu był taki garażyk. I on się stoczył na dół.


Jeszcze przed wojną w okolicy było sporo Niemców, pracujących na gospodarkach. – Polaków, których mieli podejrzanych, to wybierali i ich do łagru... A z tego łagru ich rozstrzelali pod Byszwałdem. A tam, gdzie są POM-y, to były zebrania. Tam trzeba było iść, a stamtąd "na przyglądy", żeby się przyglądać... pod Byszwałd. Ja nie byłem – mówi pan Alfons – ale siostra widziała... I tam ich rozstrzelali, a stamtąd ich wzięli do Borku. I tam ich zakopali. Początkowo to nawet msze były...
Przenieśmy się do kolejnych lat: – Jak Rosjanie weszli... ten cały front, to była masa Rosjan! Dali mi opaskę i byłem porządkowym – opowiada weteran. – Z takim jednym Boryną, który słabo po niemiecku mówił. Jedynie po rosyjsku. Od rana do wieczora musieliśmy być, Ruskom na noclegi miejsca wskazywać, wydawać rzeczy... I to długi czas tak było. A potem mnie wzięli do wojska. Szliśmy do Brodnicy na piechotę, tam się zarejestrowaliśmy, a potem w stronę do Torunia, gdzie zajmowaliśmy koszary. Potem zajmowaliśmy Inowrocław. Stamtąd do Chełmna. W Chełmnie zastał mnie koniec wojny. Co to była za radość! Jezu kochany! Bieda była taka, jeść nie było co. A z Lubawy Niemcy dzień przed zakończeniem uciekali furmankami. Już nikt nie poszedł okopów kopać.
Ojciec pana Alfonsa również dostał rozkaz, że za dwie godziny ma przyjechać swoją furmanką, by jej "użyczyć". Wsiadł na wóz, ale na miejsce nie dojechał, skręcić w stronę Byszwałdu i ukrył się w polu u gospodarza. A na szosie czekało pełno Niemców...
Po wojnie weteran trafił do kwatermistrzostwa. – Żonę poznałem, dom wybudowałem – przez poprzednie lata wielokrotnie bywał honorowany wszelkimi możliwymi odznaczeniami, mocno udzielał się społecznie, sprawując najwyższe funkcje w związkach kombatantów. Dziś pozostaje życzyć mu wiele zdrowia. A już w grudniu pan Alfons ukończy 97 lat.

Edyta Kocyła-Pawłowska
e.kocyla@gazetaolsztynska.pl

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Przyszłość #2968563 | 37.201.*.* 6 wrz 2020 13:31

    Obecnie wybuchnie wojna w padzierniku 2020 roku pis napadnie Białoruś a skończy się po wygranych wyborach przez Trumpa i wycofa wojska z Europy .

    odpowiedz na ten komentarz

  2. Przyszłość #2968562 | 37.201.*.* 6 wrz 2020 13:31

    Obecnie wybuchnie wojna w padzierniku 2020 roku pis napadnie Białoruś a skończy się po wygranych wyborach przez Trumpa i wycofa wojska z Europy .

    odpowiedz na ten komentarz

  3. observer #2968546 | 88.156.*.* 6 wrz 2020 12:17

    Ogromny szacunek dla Pana.

    odpowiedz na ten komentarz

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5