Dzwony odprowadzały ich w nieznaną drogę

2014-07-31 15:04:00 (ost. akt: 2014-07-31 15:11:47)
Dzwony odprowadzały ich w nieznaną drogę

Zielony most przez Wilię przez długie lata kojarzył się Władysławowi Stachowskiemu z ryzykiem. Odwagi mu nie brakowało. W każdej chwili mogli go i chłopaka, który z nim jechał w furmance, zatrzymać Niemcy lub litewscy policjanci. W czasach wojennych most był mocno strzeżony.

Krystyna Adamowicz, polska dziennikarka z Wilna, opisuje losy rodziny Stachowskich z Bartoszyc.

Władysław wiózł Icka, chłopaka, który przez dłuższy czas ukrywał się w ich rodzinie w Sanguniszkach, ale gdy sąsiedzi zauważyli, że żydowskie dziecko jest przechowywane u Stachowskich, zrobiło się niebezpiecznie. Władysław otrzymał więc sygnał, by chłopaka przewieźć przez zielony most, a tam już będą na niego czekali inni. Przerzut chłopaka wypadł pomyślnie.

Władysław i jego żona Jadwiga wzięli na siebie taką odważną misję, bo znali ojca Icka, bardzo porządnego Żyda, właściciela garbarni w Mejszagole, w której pracował Władysław.
Sanguniszki pod Mejszagołą były najcudowniejszym miejscem Stachowskich do życia. Planowali budowę własnego domu, gdzie sad już zapuszczał korzenie, gdzie miała się powiększyć rodzina. Pierwszy syn Czesław urodził się jeszcze w Sanguniszkach, dwoje młodszych, córka Lucyna i syn Bogdan, już pochodzą z Warmii.

Życie Władysława Stachowskiego było naznaczone ryzykiem. Jako młody chłopak był celowniczym w wojsku polskim. Jego jednostka znajdowała się na Antokolu. Często przypominał swoje przeżycia z czasów wojskowych, a szczególnie jedno, dość zabawne.
— Kapral upatrzył mego tatę i tata brał mu obiady w stołówce — opowiada syn Czesław. — Musiał więc stać w kolejce po obiad najpierw dla kaprala, a potem drugi raz dla siebie. Ale pewnego razu tato nie miał czasu, więc powiedział kapralowi, że nie będzie stał w kolejce. Ten się rozgniewał, zaczął na niego krzyczeć, wówczas tato wziął buraka ćwikłowego i rzucił nim w kaprala. Czerwony sok zalał mu twarz. Kapral myślał, że to krew, więc narobił krzyku. Ale wszystko się zakończyło ugodą i od tamtego zdarzenia tato z kapralem byli najbliższymi kolegami.

Zaczęła się wojna. Władysław Stachowski już w sierpniu 1939 roku został powołany do wojska. Niedługo wojował, gdyż, jak większość żołnierzy polskich, znalazł się między dwoma ogniami. W walce z Niemcami jego jednostka została rozbrojona. Udało się niektórym uciec, grupa, gdzie był też Władysław, transportem kolejowym uciekała do Rumunii, ale pod Równem armia sowiecka zatrzymała transport. W ten sposób trafili do niewoli sowieckiej. Czworo najbliższych kolegów postanowiło uciec.

Byli to Władysław Stachowski, jego szwagier Adamajtis, znajomy Wasilewski oraz policjant. Władysław i jego współtowarzysze mieli szczęście. Spotkali pewnego znajomego Ukraińca, który im pomógł przetrwać. Dał uciekinierom chleba i słoniny oraz cywilne ubranie. Trójka z nich dotarła w listopadzie do Sanguniszek, policjant został rozstrzelany przez Rosjan.

— Tato miał dwóch braci, Ludwika i Jerzego oraz dwie siostry, Pelagię i Klementynę — wspomina Czesław. — Ludwik został wywieziony do Niemiec jako akowiec, a po wojnie musiał ukrywać się i zamieszkał w Lubaniu. Tam w niewyjaśnionych okolicznościach zginął podczas pracy w kotłowni w 1957 r. , drugi z braci, Jerzy, został wywieziony do Rosji, do Kaługi, gdzie przebywał do 1946 r., zmarł na gruźlicę w Reszlu w 1958 r.
Ale życie zataczało swoje drogi. Władysław Stachowski po wielu przeżyciach i ukrywaniu się przed Sowietami, a potem Niemcami postanowił zacząć normalne życie. Na Boże Narodzenie 1940 roku wziął ślub z Jadwigą Wasilewską, urodzoną w Olkienikach, córką Hipolita i Stanisławy, którzy mieszkali w podwileńskich Kiemielach.

Nie udało się im zasmakować cichego życia, no bo chowanie w swym domu Icka nie należało do spokojnych. Jakaż była radość w rodzinie, kiedy po wojnie, jeszcze gdy byli w Sanguniszkach, otrzymali list od Icka. Pisał, że dzięki nim przeżył gehennę wojenną, mieszka pod Moskwą i zaprasza rodzinę do siebie. Podczas przeprowadzki Władysław gdzieś zgubił adres.

Stachowscy nie planowali wyjazdu do Polski. Ich marzeniem było pozostać na Wileńszczyźnie. Władysław i Jadwiga zaczęli już budować dom, gromadzili niezbędne materiały. Jednak widzieli też, że wielu niewinnych ludzi zostało aresztowanych, zesłanych na Sybir, a tu w rodzinie akowiec, a i chęci oddania swej gospodarki do kołchozu nie było. Postanowili więc jechać. Babcia Malwina, matka Władysława, całymi dniami płakała, ale zgodziła się na wyjazd z myślą, że tu wrócą. Nie wróciła, spoczywa na ziemi warmińskiej.

Po trudach dostali pozwolenie na wyjazd do Polski. Z bólem serca wyjeżdżali z tamtych stron, zwłaszcza że był to okres świąt Wielkiej Nocy. 21 kwietnia 1946 r. żegnał ich dzwon rezurekcyjny. Na stacji w Ponarach ładowali do wagonów dorobek całego życia. Tam też w ciszy i modlitwie jedli śniadanie wielkanocne. Chwile powagi i goryczy dyktowało też to miejsce postoju, gdzie w czasie okupacji niemieckiej pomordowano tylu Polaków i Żydów. Mieszkańcy Wileńszczyzny słyszeli o mordzie w Ponarach.

Stachowscy nie mogli się obejść bez ryzyka również w tej podróży. W skrzyni ze zbożem przewieźli schowanego tam znajomego chłopaka, akowca, który nie miał żadnych dokumentów. Też się udało.

Ich transport jechał do Kołobrzegu. Tak wskazywały karty repatriacyjne.
— W okolicach Bartoszyc zapalił się wagon, skład za nim został odłączony i tak zostaliśmy w tych okolicach — wspomina Czesław, najstarszy syn Władysława i Jadwigi. — Miałem wtedy niecałe dwa lata. Osiedliliśmy się w Spytajnach, jak rodzice mówili, czasowo, gdyż mieli nadzieję, że wrócimy na swoje ziemie. Niestety, nie udało się. W latach 50. w Spytajnach zostaliśmy zlicytowani ze względu na to, że nie poszliśmy do spółdzielni produkcyjnej. Przekonaliśmy się, że babcia miała rację, kiedy mówiła, że nie warto jechać do Polski, bo tu i tam rządzi Sowiet.

— W 1954 r. urodziła się moja siostra Lucyna, a w 1961 r. brat Bogdan — mówi pan Czesław. — Rodzice pracowali na gospodarce do roku 1975. W 1969 r. wziąłem ślub z Czesławą i przeprowadziliśmy się do Bartoszyc. Tato podjął pracę woźnego w tamtejszym liceum ogólnokształcącym. Bardzo często wspominał swoje Wilno, lecz nie udało mu się odwiedzić tamtych stron. Zmarł w 1985 r. Mama Jadwiga skończyła 90 lat. Dochowała się 7 wnuków i 5 prawnuków. Mieszka wraz ze mną i moją żoną w Bartoszycach.

Cała liczna rodzina przybyła do Bartoszyc na jubileusz pani Jadwigi. Seniorka rodu czuje się nie najgorzej, a swym wnukom i prawnukom lubi opowiadać, jak im się żyło w Sanguniszkach, jak zbierała się młodzież podczas przędzenia wełny czy przy wycieraniu i tarciu lnu. I chociaż nie było w tamtych czasach ani elektryczności, ani telefonów czy telewizorów, było bardzo wesoło. Pani Jadwiga w minionych latach bywała nieraz u krewnych w Sanguniszkach i u Dubowskich w Gudalinie, natomiast jej syn Czesław w Wilnie bywa zazwyczaj co roku, by odwiedzić swoje miejsce urodzin i pomodlić się przed obliczem Matki Bożej Ostrobramskiej.

Z zawodu kierowca, z 45-letnim stażem, teraz na emeryturze. I co roku bywa w Bartoszycach na Kaziukach-Wilniukach, aby posłuchać pieśni wileńskich, porozmawiać z rodakami. Niemal zawsze w ekipie wileńskich artystów czy mistrzów rzemiosł ludowych jest ktoś, kto pochodzi z okolic Mejszagoły.

Krystyna Adamowicz

Zobacz: kresy.wm.pl