Obawiałam się Magdy Gessler - mówi Ewa Chojnowska

2022-03-24 12:00:00(ost. akt: 2022-04-20 11:50:57)

Autor zdjęcia: Ewa Chojnowska

Niektórzy pracują, aby żyć. Inni żyją, aby pracować. Z całą pewnością Ewa Chojnowska, właścicielka lokalu gastronomicznego w Bartoszycach, należy do tych osób, które pracę łączą z pasją, a Polacy poznali ją bliżej dzięki... Magdzie Gessler.
W Bartoszycach Ewa Chojnowska od lat prowadzi lokalne gastronomiczne. Z biegiem czasu zmieniały się nazwy oraz menu, jednak kilka rzeczy się nie zmieniło — w swoją pracę pani Ewa wkładała całe serce, starała się słuchać swoich klientów i… czasem nawet dokładała do prowadzonej przez siebie firmy. Sytuacja zmieniła się w 2021 roku, kiedy podjęła odważną decyzję, by wystąpić w popularnym programie „Kuchenne Rewolucje” Magdy Gessler.
Teraz, po emisji przygotowanego wcześniej programu, w bartoszyckim lokalu "Piwem podlane"— którego nazwę wymyśliła Magda Gessler – w weekendy trudno znaleźć wolny stolik, jeśli nie został on wcześniej zarezerwowany.
Fot. Ewa Chojnowska

— Jak było u pani z pomysłem na restaurację?
— Cały czas przewijałam się w gastronomii. Wcześniej pracowałam w jednym z dworków pod Bartoszycami. Pracowałam i zarządzałam hotelem, byłam kierownikiem salonu gier. Później kupiłam Klub Joker. To był inny świat, opierał się na gastronomii o mniejszej skali… Cały czas prowadzę, jako firma, jedną działalność. Testowałam nazwy, kuchnię... Na początku restauracja i gotowanie była sposobem na życie. Później, kiedy pojawiła się pandemia, a ja traciłam siły, praca po prostu się "toczyła". W końcu przestała być zabawą w kuchni, a zaczęła się konkretna praca. Teraz więcej gotuję, niż zarządzam.

— Z czego mogły wynikać dotychczasowe problemy?
— Być może straciłam trochę zapału. Bywały dni, kiedy z powodu braku klientów lokal był otwarty krócej. To są niestety konsekwencje pandemii.

— Epidemia mocno zaburzyła działalność firmy?
— W czasie lockdownu klienci zamawiali pojedyncze posiłki i pracowaliśmy w oparciu o catering. Firma przetrwała wyłącznie dzięki temu, że mój mąż pracuje na etacie. Potem zaczęła się walka o życie. Fajne miejsce, fajny lokal, tylko ludzi brakowało, a na samych imprezach nie można przeżyć. Z tego z pewnością byśmy się nie utrzymali. Stąd pomysł na udział w programie Magdy Gessler.
Fot. Dariusz Dopierała

— Zgłoszenie do programu Magdy Gessler wymagało odwagi?
— Oglądając programy, widziałam Magdę Gessler jako osobę wybuchową. Bałam się tego, że w tak małej miejscowości jak Bartoszyce, jeśli coś pokażę nie tak jak trzeba, ludzie będą wytykać mnie palcami. Okazało się to nieprawdą.

— Długo pani myślała o zgłoszeniu się to „Kuchennych rewolucji”?
— Przez pół roku zastanawiałam się nad skorzystaniem z tej możliwości. Znowu przeszkodą była pandemia. Zauważyłam, że nawet po otwarciu gastronomii niewiele się dzieje. Pomyślałam, że może warto spróbować? Zgłosiłam się, a kiedy właśnie pracowałam w kuchni, zadzwonił telefon z "Kuchennych Rewolucji".

— Udział w programie to dla pani reklama czy poszukiwanie wskazówki?
— Z jednej strony na pewno reklama, jednak nie chodziło o to, by zaistnieć w mediach. Szukałam odpowiedzi i podpowiedzi. Co i jak gotować? Co zmienić, by dalej mieć pracę? Nie wyobrażam sobie pracy w fabryce, bo tego nie potrafię. Jeżeli gotuję całe życie, to trudno mi teraz się przestawić na przykład na składanie mebli. Było to dla mnie "być albo nie być", ale i pasja. Zależało mi na tym, aby to „pociągnąć”, dalej gotować. Żeby klienci byli zadowoleni. Teraz czuję, że żyję i jestem szczęśliwa, bo to, co gotuję klientom smakuje. Ludzie są zadowoleni. Pracuję i to co robię teraz, przynosi mi ogromne zadowolenie i to jest najważniejsze! Pomimo zmęczenia, bo często pracuję od szóstej rano do 23.00 w nocy, jestem zadowolona. Wiem, że przyjadę, otworzę drzwi, napalę w kominku, a to co przygotuję ktoś zje ze smakiem.

— Na ile pani menu jest autorskie, a na ile zasugerowane przez Magdę Gessler?
— Przed przyjazdem pani Magdy nasza karta była bardzo uboga, ponieważ nie było gości. Mieliśmy proste potrawy, które można przygotować na bieżąco i to, co schodziło. Pani Magda zmieniła kartę. Potrawy, które nam zasugerowała, sprzedają się bardzo dobrze. Jednak wprowadzam też swoje dania, jak filet grillowany w sosie śmietanowo-szpinakowym. Czuję, że teraz jestem w kuchni bardziej kreatywna, więcej myślę o samodzielnym tworzeniu przepisów. Będziemy modyfikować kartę. To, co pani Magda Gessler zasugerowała, to pójście w dziczyznę. Jednak wiele pomysłów jest nietypowych. Ekipa „Kuchennych rewolucji” zrobiła rozeznanie i zauważyła na przykład, że nigdzie nie można zjeść śledzia. Można się było zastanawiać ktoś będzie chciał go jeść na obiad. Jednak ludzie zamawiają śledzie!

— Będą zmiany?
— Chcę wprowadzić dania, których w Bartoszycach jeszcze nie ma. Wprowadzając nową kartę, oglądam też doświadczenia innych. Nigdzie nie widziałam golonki z piwem smażonej na kapuście. Dobrze schodzą kotlety ziemniaczane z sosem pieczarkowym albo farszem mięsnym. Bardzo chwalę sobie też sos do kaczki, zrobiony z dobrych produktów, w fajny sposób. Nie wszystkie tajemnice mogę jednak ujawniać.

— Przejdźmy do pani recepty na zmianę. Na ile menu to efekt słuchania klientów, a na ile serca?
— Bardziej słucham klientów, jednak również serca. Przeżywam każdą krytyczną uwagę, nawet jeśli jest niesłuszna.

— Na to, co pani gotuje składa się coś więcej niż czas i pieniądze?
— Zdecydowanie tak. Kiedy mąż przyjeżdża z trasy, potrafi rozpoznać co ugotowałam ja, a co inni pracownicy. W gotowanie wkładam serce i duszę, starając się co pewien czas serwować to samo, bo jeśli klientowi smakuje, po kilku dniach wróci. Mam jednak swoje standardy. Kotlet, lub porcja musi być takiej samej wielkości, tak samo wykonane, aby miało to ręce i nogi.
Fot. Ewa Chojnowska

— Jaki jest bartoszycki rynek?
— Mam wrażenie, że jest bardzo oceniający i wymagający. Widzę, że klienci nie szukają taniego jedzenie. Szukają czegoś, czego nie jedzą u siebie w domu. Ludzie jeżdżą po świecie, zmienia się ich mentalność, dlatego poszukują nowych dań. Dobrze schodzą nam pierogi z kaczki i wołowiny. Mamy nowe pomysły. Cieszymy się że są ludzie i jest dla kogo gotować. Ważne, aby utrzymać standard i się nie poddawać. To fajne miejsce, fajny lokal i tylko brakowało ludzi. Pociągniemy to!
Dariusz Dopierała

2001-2022 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5