Piątek, 19 lipca 2019. Imieniny Alfreny, Rufina, Wincentego

Rozmowa o Grunwaldzie bez mitów

2013-07-13 10:04:35 (ost. akt: 2016-07-14 15:26:16)
Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu.

Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu.

Autor zdjęcia: Archiwum

— Dla Krzyżaków Grunwald to nie był Stalingrad — mówi doktor Krzysztof Kwiatkowski z Instytutu Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, współautor wydanej w 600. rocznicę bitwy pod Grunwaldem książki pt. „Wojna Polski i Litwy z zakonem krzyżackim w latach 1409–1411”.

— Nasze wyobrażenia o bitwie pod Grunwaldem ciągle kształtuje obraz Jana Matejki. Straszny na nim tłok. To musiała być prawdziwa rzeź?
— To tylko wyobrażenie XIX-wiecznego malarza. Matejko wyrobił je sobie m.in. z literatury pięknej, choćby z opisów bitew z okresu napoleońskiego, i przeniósł je na starcie średniowieczne. Znał z autopsji broń z epoki, która była wówczas dostępna w zbiorach w Krakowie. W tej kwestii jego intuicje były właściwe. Ale jeśli chodzi o detale, to popełnił wiele błędów. Miecz rycerski z XIII wieku różni się od tego używanego w wieku XV. Oczywiście, dla potrzeb ideowych i propagandowych Matejko upraszczał wiele kwestii. I tak np. wojsko jednej ze stron walczących w starciu grunwaldzkim, mianowicie przyprowadzone na pole bitwy przez braci zakonu niemieckiego (krzyżackiego), jest u niego uzbrojone „zbyt ciężko”, niemal wyłącznie w rozbudowane zbroje płytowe. Zbrojni drugiej z kolei strony są wyposażeni w znacznie lżejsze w porównaniu z zakonnym uzbrojenie ochronne. Dotyczy to zwłaszcza zbrojnych z wojska wielkoksiążecego, litewsko-ruskiego. Na pierwszym planie widzimy, naprzykład, Żmudzina, który trzyma włócznię stylizowaną zresztą na X/XI-wieczną kopię włóczni św. Maurycego (a więc zupełny anachronizm), lecz uzbrojenia ochronnego praktycznie w ogóle nie ma.

— Na obrazie ten właśnie Żmudzin zabija wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena. Jak było naprawdę?
— Funkcjonują dwie zasadnicze hipotezy. Wedle pierwszej, według obecnego stanu badań bardziej prawdopodobnej, wielkiego mistrza miał zabić Mściwój (młodszy) ze Skrzyńska (wieś ok. 35 km na zachód od Radomia — red.). A dobić go miał sługa małopolskiego rycerza. Druga hipoteza wskazuje, że wielki mistrz zginął w starciu z grupą zbrojnych pieszych, a więc nie-rycerzy.

— W walce otrzymał dwie rany, jedną w pierś, drugą w czoło.
— Tak, według przekazu Jana Długosza. Nie można tego jednak zweryfikować, bo nie mamy drugiego niezależnego źródła. Możemy to tylko przyjmować na zasadzie wiary w to, co napisał w swojej kronice Długosz. Jan Długosz urodził się pięć lat po bitwie. Jego ojciec walczył pod Grunwaldem, ale przecież nie mógł być na polu walki wszędzie, nie wszystko mógł widzieć. Pewne wypadki znane były mu tylko z opowieści, często pochodzących nie od bezpośrednich świadków. Tak więc łańcuch pośredników mógł być bardzo długi.

— 15 lipca, licząc obie strony, na polach grunwaldzkich starło się kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Krew musiała się lać strumieniami.
— Nie ma żadnych pewnych źródeł, żeby podać choćby przybliżoną liczebność wojsk. Wojska koronnego, czyli zbrojnych z Królestwa Polskiego (Małopolski, Wielkopolski, Rusi Czerwonej) mogło być 18 tysięcy (jak przyjmowano zazwyczaj w literaturze), ale równie dobrze mogło być ich 15, bo niekoniecznie wszystkich musiano do wojska powołać i z pewnością nie wszyscy się stawili. Równie dobrze jednak na miejsce koncentracji mogło przybyć nawet ponad 20 tysięcy zbrojnych. Podobnie ma się sprawa z wojskiem wielkiego księcia litewskiego Aleksandra Witolda. Pierwsze dokładniejsze informacje o możliwościach mobilizacyjnych Wielkiego Księstwa Litewskiego mamy dopiero z lat dwudziestych XVI wieku. Przez ponad sto lat, przez pięć pokoleń wiele więc mogło się zmienić. Równie dobrze pod Grunwaldem mogło stanąć 5, jak i 15 tysięcy zbrojnych z obszarów znajdujących się pod zwierzchnictwem wielkiego księcia. Po stronie zakonnej szacowanie liczebności wojska wydaje się bardziej zasadne, choć i tu dane dotyczące powinności zbrojnych posiadaczy ziemskich w poszczególnych komturiach pochodzą z różnych okresów, tak sprzed, jak i po 1410 r. Ilu więc zbrojnych mogło stawić się do wojska w początkach lipca 1410, też nie można z całą pewnością określić. Możliwe, że zakon wystawił 4,5–6 tysięcy zbrojnych spośród posiadaczy ziemskich, do czego doliczyć trzeba jeszcze oddziały najemne. Szacunki dotyczące tych ostatnich oscylują w graniach 5–7 tysięcy. Nie ma wątpliwości, że po stronie polsko-litewskiej stanęły co najmniej dwa (jeśli nie trzy) oddzielne wojska kierujące się m.in. własnymi, odmiennymi zwyczajami obozowymi. Zarówno te wojska, jak i siły zakonne liczyć mogły po kilkanaście tysięcy każde. Starcie grunwaldzkie było niewątpliwie spotkaniem na dużą skalę, walną bitwą.

— To musiała być jatka. Kopia, miecz, topór, maczuga — to wszystko śmiertelna broń.
— Nie ma już wśród historyków kontrowersji co do tego, że bitwa miała dwie zasadnicze fazy. Pierwsza była starciem konnicy, druga walką o obóz wojska zakonnego. Starcia konnicy w pełnym i późnym średniowieczu wbrew pozorom zazwyczaj nie były zbyt krwawe. Bardziej zresztą cierpiały w nich konie niż zbrojni. Wedle przybliżonych szacunków francuskich i brytyjskich badaczy straty bojowe w starciach kawaleryjskich wynosiły przeciętnie od 5 do 10 procent — chodzi tu nie tylko o zabitych, ale także o ciężko i lekko rannych; tak więc zabitych było jeszcze mniej.

— To wynikało pewnie z lepszego uzbrojenia ochronnego konnych i rycerskiego kodeksu walki?
— Co do uzbrojenia — zgoda. W początkach XV w. rozbudowa uzbrojenia ochronnego w postaci napierśników (kirysów) płytowych uzupełnianych płytowo-folgowymi ochronami dolnych i górnych kończyn spowodowała, że zbrojny konny był znacznie lepiej chroniony niż jego „starszy kolega” sto lat wcześniej. Aczkolwiek równolegle zwiększała się w tym czasie siła rażenia broni, przede wszystkim kusz. Jeśli natomiast chodzi o etos rycerski, a ściślej normy kultury rycersko-dworskiej, to można mieć wątpliwości. Tak po stronie polsko-litewskiej, jak i zakonnej nie wszyscy byli z tą kulturą obeznani, nie wszyscy, a może nawet mniejszość była rycerzami pasowanymi. W początkach XV wieku pas rycerski uzyskiwali zazwyczaj tylko najbardziej znamienici. Ale nawet zbrojni wychowani w obrębie kultury rycersko-dworskiej podczas starcia z 15 lipca 1410 roku znaleźli się niejako w morzu walczących, którzy tych norm nie znali. Jak mieli się zachowywać w tej sytuacji pasowani rycerze?

— Bili się do upadłego, na śmierć i życie?
— Tak na pewno wyglądała walka o obóz wojska zakonnego w ostatnim etapie bitwy. Tam walczyli także, a może przede wszystkim, ludzie niższego pochodzenia społecznego. W obozie i wokół niego starcie mogło przybrać postać bezpardonowej walki. Walka mogła być znacznie krwawsza, bo broniący obozu zbrojni z wojska zakonnego, nie mając już widoków na ucieczkę (walczyli pieszo), musieli bić się do końca? Tam mógł być — ujmując rzecz nieco kolokwialnie — tłok, niczym na obrazie Matejki. Notabene grupy organizujące corocznie na Polach Grunwaldzkich przedstawienia mogłyby się skupić właśnie na tym ostatnim „obozowym” etapie starcia — przeważająca większość osób z tych grup nie ma bowiem koni. Po co więc udawać początek bitwy „na piechotę”, skoro początkowa faza starcia była bitwą kawaleryjską.

— Czy pod Grunwaldem brano jeńców?
— Brano. Kilku najznaczniejszych mamy odnotowanych w źródłach, np. komtura brandenburskiego Markwarda von Salzbach i dwóch innych braci zakonnych. Wojsko zakonne zostało pod Grunwaldem pokonane i całkowicie rozbite, przestało istnieć jako współdziałająca i zwarta grupa zbrojnych kierowana przez swojego wodza, ale nie zostało ono fizycznie wyeliminowane, jak pisał kiedyś Stefan Maria Kuczyński. Dla strony zakonnej to nie był Stalingrad.

— Dla wielu osób zaskoczeniem jest to, że pod Grunwaldem zginęło tylko 203 braci zakonnych.
— Tylu wymienia ich aniwersarz (księga wspominkowa zmarłych) z komendy zakonnej z Maastricht, chociaż nie musi to odpowiadać liczbie członków zakonu faktycznie poległych w walce. Wiele osób stwierdzi, że to niewiele, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że członków zakonu niemieckiego w Prusach mogło być w tym czasie najwyżej 600, może 700 — i to wliczając wszystkich, nie tylko braci rycerzy, lecz także braci służebnych, którzy nosili szare płaszcze, oraz braci kapłanów (księży). Tych około 200 zabitych braci zakonnych, to około 40–50 procent wszystkich Krzyżaków w Prusach. Straty więc były olbrzymie. A w dodatku mówimy tylko o ofiarach śmiertelnych. Nie wiemy, ilu braci uratowało się z bitwy, ilu było ciężko, a ilu lekko rannych.

— Zważywszy na stan ówczesnej medycyny, ranni mieli pewnie małe szanse, nawet jeśli pamiętamy, że Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie był zakonem szpitalnym. Gdy ktoś otrzymał cios włócznią pod bok, prędzej czy później żegnał się z życiem.
— Jeśli włócznia była zabrudzona — niewątpliwie tak, chociaż ówcześni ludzie nie byli tak „wysterylizowani” ze środowiska naturalnego, a więc na działanie niektórych bakterii byli bardziej odporni. Mamy różnorodne, przypadkowe zazwyczaj informacje, że ludzie np. trafieni w głowę pociskiem z kuszy czy innej broni miotającej, żyli niekiedy nawet przez kolejne 20 lat. Rany starano się leczyć stosując różnorodne metody medycyny dziś określanej mianem naturalnej. Rany kłute były przy tym znacznie trudniejsze do leczenia i tym samym częściej bywały śmiertelne. Co do posługi medycznej, w zakonie niemieckim zachowały się konkretne poświadczenia źródłowe dopiero z połowy XV wieku. Dlatego trudno mówić, jak wyglądała ta kwestia w roku 1410. Generalnie możemy jednak powiedzieć, że leczenie opierało się na najróżniejszych przepisach ziołowych. Współczesna nauka opisuje, jakie konkretnie składniki decydowały o leczniczych właściwościach tych mikstur. W połowie XV wieku niewątpliwie w kręgu zakonu krzyżackiego znano wiele z nich. Można przypuszczać, że w największych konwentach zakonnych, w Malborku, Elblągu czy Gdańsku, byli bracia, którzy dobrze znali się na medycynie naturalnej.

— Przed ranami walczącego miała chronić zbroja. Jaka była najbardziej odpowiednia?
— Nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. W zależności o napotkanego przeciwnika, stosowanej przez niego techniki walki i warunków terenowych starcia różne typy uzbrojenia ochronnego okazywały swoje wady i zalety. Jednocześnie wypada zaznaczyć, że po każdej ze stron walczących 15 lipca 1410 r. nie można mówić o jakiejkolwiek jednolitości uzbrojenia. Niemalże co zbrojny to zbroja. Po obu stronach walczyli zarówno lekko- jak i ciężkozbrojni.

— Możemy zakładać, że brat zakonny był raczej ciężkozbrojnym?
— Możemy, ale nie kategorycznie. Zależy, jaki sposób walki preferował, do jakiej był ćwiczony. Nakładana na kolczugę zbroja płytowa zapewniała, oczywiście, większą ochronę, ale zarazem zwiększała ciężar uzbrojenia, przez to do pewnego stopnia ograniczała ruchliwość i tym samym dynamikę. Już w latach 20. XIV wieku zarządzenia jednego z wielkich mistrzów poddawały w wątpliwość użyteczność takiej płytowej zbroi, zwłaszcza w walkach na Litwie czy na Żmudzi.

— Albo ciężar i ochrona, albo szybkość?
— Do pewnego stopnia. Rycerzy z okresu bitwy pod Grunwaldem wcale nie należy wyobrażać sobie niczym opancerzone czołgi. Pełna zbroja płytowa z mieczem i tarczą, a więc pełne uzbrojenie konnego ciężkozbrojnego, ważyło łącznie do 25 kilogramów. Pełne wyposażenie współczesnego żołnierza to zazwyczaj 40–60 kilogramów broni i ekwipunku.

— Rekonstruktorzy szykujący się dziś do inscenizacji bitwy pod Grunwaldem dobrze wiedzą, ile kosztuje porządna zbroja. W 1410 to musiał być majątek?
— Niewątpliwie nie wszystkich było stać. Cena nie wynikała zresztą tylko z liczby elementów uzbrojenia, ale przede wszystkim z jego jakości, a także zakresu zdobnictwa oręża, choć okazów zdobionych zazwyczaj nie używano w polu. Sam miecz równie dobrze mógł kosztować 16–24 groszy, jak i 72–75 groszy. Średniej jakości w pełni ukompletowana zbroja płytowa kosztowała przeciętnie 150–300 groszy, zaś koń bojowy średnio 200–300 groszy (ówczesna trofa, czyli szacunkowa kwota niezbędna do jednodniowego utrzymania się pojedynczego człowieka wynosiła wówczas 1/3 grosza; dziś jej wartość wynosi pewnie ok. 25–30 złotych). Tak więc przyjmując ten przelicznik, za średnią zbroję płytową trzeba było w początkach XV wieku zapłacić równowartość 10,8–27 tysięcy dzisiejszych złotych.

— Bitwę pod Grunwaldem wygrały wojska królewskie. Na mocy traktatu toruńskiego z 1411 r. przegrana strona zakonna musiała zapłacić 100 tysięcy kop groszy praskich. Jakie to pieniądze?
— 100 tysięcy kop to 6 milionów groszy praskich, równowartość około 6,75 miliona groszy krakowskich. Przeliczając grosze na dzisiejsze złotówki dałoby to sumę 512,5–615 milionów. Suma ta była właściwie zawoalowaną opłatą za jeńców wziętych do niewoli przez stronę polsko-litewską, których po wojnie obie strony konfliktu zwolniły. Zgodnie z ówczesnym chrześcijańskim zwyczajem — bez jakiegokolwiek wykupu. Ukazuje nam to krąg wielkości, w jakim należałoby szacować koszty całej wojny 1409–1411 po stronie zakonnej. W rzeczywistości przewyższały one ową sumę co najmniej kilkakrotnie.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB