Zawsze była kobieta i powszechna niechęć do obowiązków

2013-03-15 20:09:03 (ost. akt: 2013-03-15 19:37:25)

Autor zdjęcia: Archiwum artysty

— W kontakcie chłop — baba zawsze strasznie wrze i zgrzyta i ja o tym głównie piszę. Z drugiej strony uważam, że w życiu zawsze może być fajniej, jeśli człowiek nie jest świnią w sprawach damsko-męskich — mówi Piotr Bukartyk, autor i kompozytor piosenek, artysta kabaretowy i konferansjer.
— Jaki właściwie gatunek muzyczny pan reprezentuje?
— To jest bardzo podchwytliwe pytanie. To nie jest ważne, to znaczy nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Mam taką swoją formułę, że obojętnie do której szuflady by się nie wkładało tekstów, to z każdej, mam nadzieję, będzie coś wystawać.

— Dlaczego robi pan to, co robi?
— To jest kwestia nieskrępowanej twórczej wolności, robię to, na co mam ochotę w danym momencie. I uważam, że takie podejście — dosyć swobodne — powinno się zachowywać zawsze i nie klasyfikować się, nie wymyślać jakiejś metki. Taki komunikat działa w obie strony, to znaczy ludzie mają ochotę słuchać tego, co ja tworzę, z tym, że ja zawsze robię to po swojemu. Myślę, że mam do tego pełne prawo. A przy okazji mojej twórczości nawiązała się nić porozumienia między mną a odbiorcą i tego się trzymam.

— Piotr Bukartyk, grajek wędrowny.
— Sam sobie wymyśliłem ten przydomek i tak już zostało. W zasadzie dopiero po czterdziestce skończyłem z bezdomnością.

— To gdzie pan mieszkał?
— Wynajmowałem kilka mieszkań w roku, tułałem się po całym kraju z gitarą. Były jakieś związki, które się później rozpadały. I tak sobie wędrowałem.

— Spodziewał się pan, że "Kobiety jak te kwiaty" czy "Piosenka z praniem w tle" staną się hitami?
— W ogóle o tym nie myślę, bo nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Oczywiście przyjemnie jest, jeśli te piosenki komuś do czegoś służą. Podobno# moje utwory są grane na weselach. Ludzie przysyłali mi zdjęcia i filmy z oczepin, no i dobrze, niech się ludzie bawią. Mam mało nadęty stosunek do tego, co robię.

— Ponad 400 piosenek w dorobku to sporo.
— Czy ja wiem? W tym roku zacznę 50. rok życia, a piszę od 16. roku życia, więc to wcale nie tak dużo. Poza tym już siódmy rok współpracuję z Wojciechem Mannem i radiową Trójką, na potrzeby tych audycji piszę 40 piosenek rocznie, a w sumie powstało ich 280. Na siedmiu wydanych do tej pory płytach jest niewiele utworów, bo setki jeszcze nie ma. Zresztą wiele z tych 400 piosenek ma ulotny żywot, zapominam o nich zaraz po napisaniu czy jednorazowym zagraniu. Ale są gdzieś tam, przez chwilę istniały.

— Jak się zaczęła pańska kariera?
— Moja kariera w ogóle się nie zaczęła. I w stosunku do siebie takiego terminu unikam, bo kariery są, ale gdzie indziej. Z tego, co robię, da się po prostu przeżyć, jestem w takiej szczęśliwej sytuacji. A siedzę w tym już bardzo długo. Najpierw nie chciało mi się chodzić na lekcje w szkole i wymigiwałem się, śpiewając poezję. Tak naprawdę zaczynałem w Olsztynie, jako nastolatek, podczas Spotkań Zamkowych na początku lat 80. I to mi się bardzo spodobało, ale gdyby padło na Jarocin, to pewnie zostałbym punk-rockowcem. A tak, jako licealista wydelegowany ze szkoły, bo nikt nie chciał tego zrobić, pojechałem i tak zostało już. Nie jestem też kompozytorem, bo nim był Mozart. My jesteśmy jedynie układaczami piosenek.

— A teraz cytat: Gdyby pani od polskiego i konieczność przejścia z klasy pierwszej do drugiej, w życiu nie wystąpiłbym w ogólnopolskim konkursie recytatorskim.
— Bo to prawda! A wtedy dawali jeszcze zwolnienie z kilku zajęć, więc to wykorzystałem (śmiech). Chociaż to było dla mnie niezrównane, fantastyczne doznanie. Wychowałem się z dala od kręgów artystycznych, a tutaj nastąpiła eksplozja twórczo-towarzyska. Pomyślałem, że to fajny sposób na życie, w każdym razie lepszy niż rozładowywanie wagonów. Poza tym chłopiec z gitarą bardzo ładnie wygląda i przyznaję, że moje motywacje były proste i naturalne — zawsze była kobieta i powszechna niechęć do obowiązków.

— Gitara sposobem na podryw?
— Myślę, że prawie wszyscy chłopcy zakładają kapele, bo chcą fajnie wyglądać, i ja też przechodziłem taki etap. Na początku chciałem być tylko tekściarzem, ale nikt nie rozumiał tego, co pisałem. Teraz to się odmieniło, ale z kolei mi nie chce się pisać dla kogoś. Po co mi to, skoro we własnej jest mi dobrze.

— Dlaczego nikt nie rozumiał pańskich tekstów?
— Bo były męczące, a każdy organizm dąży do świętego spokoju i równowagi.

— Sporo miejsca poświęca pan relacjom damsko-męskim, bo to ponoć "uniwersalny temat zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną". To jakie są te relacje damsko-męskie?

— Mnie interesuje nie tyle kontakt, co konflikt. Dlatego, że kobiety i mężczyźni są z dwóch zupełnie innych planet, a wręcz galaktyk, i mamy diametralnie różne oczekiwania. A nawet jeśli twierdzimy, że jest inaczej, to kłamiemy, żeby to fajnie brzmiało. Bo w kontakcie chłop — baba zawsze strasznie wrze i zgrzyta, i ja o tym głównie piszę. Z drugiej strony uważam, że w życiu zawsze może być fajniej, jeśli człowiek nie jest świnią w sprawach damsko-męskich.

— Wiele pan wędrował?
— Pierwszą moją ucieczkę z domu odnotowano w wieku dwóch albo trzech lat, bo gdzieś tam poszedłem sobie daleko. Matka twierdzi, że byłem dzieckiem trudnym do upilnowania. No, po prostu gdzieś sobie szedłem zajęty własnymi myślami, i myślę, że robię to cały czas.

— Dokąd pan wtedy doszedł?
— Do budynku starej cegielni na obrzeżach Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie spędzałem dzieciństwo. Szukano mnie i to nie był ostatni raz.

— A co u pana syna słychać?
— Jesteśmy na etapie początków czytania, bo syn 16 marca skończy cztery lata. Zaprzestaliśmy póki co wizyt w zoo, ale i tak wie, że zostanie kolejarzem, ewentualnie kosmonautą, więc jest w porządku. W przeciwieństwie do rodziców zna po kolei wszystkie planety, ich położenie i strukturę. Kupiłem mu dwie książki z historiami kosmicznymi i ostatnio dowiedziałem się, że najpierw zaczynają się planety kamyki, a dalej są olbrzymy. Przeczytał je i zrozumiał więcej niż tatuś. Tak więc jestem dumny z syna.

— "Kobiety, jak te kwiaty — powąchać tak, dotykać nie". Dlaczego?
— (śmiech). To taka historyjka wymyślona z czwartku na piątek i może wyszła jakoś zgrabnie, ale według mnie ta piosenka to nie jest nic szczególnego. Ale często jest, że jeśli traktuję coś jak wypadek przy pracy, bywa odbierane zupełnie inaczej. Poza tym, ona jest nieskończona, bo chyba za wcześnie poszedłem spać. Ale pewnie do usranej śmierci będę grał tę piosenkę. Koncertując na Woodstocku zauważyłem, że połowa publiczności ją ze mną śpiewa.

— Mówi pan, że urodził się z łatwością, jeśli chodzi o rymowanie. Spróbuje pan odpowiedzieć rymem?
— Na to pytanie?

— Nie. Co pan lubi robić w wolnych chwilach?
— Kiedy mam wolną chwilę, obserwuję motyle (śmiech). Znajdę rym do każdego słowa, z wyjątkiem chyba tylko suki. A tak poważnie to w wolnych chwilach czytam i nie słucham niczego, naprawdę.

— Na koniec: będzie kolejnych 400 piosenek?
— Nawet teraz, podczas naszej rozmowy, mam rozgrzebane dwie, trzy piosenki na różnych karteczkach. Myślę, że dociągnę do kolejnych 400 tekstów, o ile nie przejedzie mnie walec.

Mateusz Przyborowski