Danuta Hübner: Komisarka zawsze mnie śmieszyła

2013-03-14 18:45:38 (ost. akt: 2013-03-14 18:49:30)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Bruksela jest tym miejscem, od którego zaczęła się moja podróż z Polski do Europy. I zawsze będę ją nosić w sercu, ale mój dom jest w Warszawie — mówi Danuta Hübner, posłanka do Parlamentu Europejskiego.
— Czy Warmia i Mazury zmieniły się przez te ostatnie lata?

— Cała Polska się zmieniła! A wszędzie tam, gdzie Europa mogła wesprzeć nas finansowo, ta zmiana nastąpiła jeszcze szybciej. To wielka przyjemność patrzeć, jak przez ostatnie lata Polska się przeistacza. Wygląda na to, że Olsztyn żyje nie tylko z jezior, ale — jako uniwersyteckie miasto — przede wszystkim z młodzieży, która tu studiuje. Uniwersytet się rozrósł, są nowe wydziały, jak medyczny. Cieszę się ogromnie, że tak dobrze mają się Warmia i Mazury.

— Jechała pani do Olsztyna samochodem. Czy jednak nie wolałaby pani lądować na lotnisku w Szymanach, na które Komisja Europejska dała nam pieniądze?

— Ogromnie pomagałam w zdobywaniu pieniędzy na lotniska w Polsce, ale nie jestem zwolenniczką latania. Wolę, jadąc oglądać, podziwiać. Jak nie muszę latać samolotem, to wolę nie latać, nawet do Szyman.

— Spokojnie, do lotniska w Szymanach droga jeszcze daleka, ma ruszyć dopiero w 2015 roku.

— A dlaczego tak wolno się to rozwija?

— Dobre pytanie. Poniekąd z powodu konfliktu między dwiema spółkami, które chcą budować port.

— To pech, ale na na pewno trzeba się zmobilizować, bo kończy się obecna perspektywa finansowa i trzeba wydać te pieniądze.

— Bez lotniska trudno pozbyć się syndromu wykluczenia?

— Tak, bo jeśli tak odległe regiony mają być atrakcyjne dla poważnych inwestorów, to muszą być dostępne komunikacyjne. Taka łączność jest bardzo ważna.

— A pani woli jeździć autem...

— A skąd! Preferuję pociąg. I gdyby można było z Warszawy przyjechać szybko do Olsztyna pociągiem, to byłaby najlepsza podróż. Ale wiem, że w Polsce bardzo ciężko idzie rozwój kolei. I tego nie potrafię zrozumieć, bo przecież przed wojną w Polsce był wręcz kult kolejarzy, kolej była ważną częścią naszego życia. Europa zmodernizowała swoją kolej, a u nas idzie to tak wolno. Szkoda i wstyd.

— Mówi pani o sobie: profesor, ekspert, a nie polityk. Dlaczego?

— Pewnie jest w tym trochę kokieterii, ale i prawdy, bo, żeby być politykiem, to trzeba chcieć. Ja nie mam takich ambicji. Choć na pewno jestem politykiem w tym sensie, że dokonuję jakichś wyborów dla ludzi, za ludzi. I w tym sensie jestem oczywiście politykiem. Jednak to nie jest cel mojego życia. Robię to, bo uważam, że to wszystko musi być zrobione. Mamy wielka szansę cywilizacyjną, wejście do UE otworzyło wiele nowych drzwi i ścieżek dla Polski. I trzeba to wykorzystać.

— Wszystko pani w życiu wychodzi. Zrobiła pani doktorat, mając 25 lat, została profesorem w wieku 44 lat. Tylko pozazdrościć.

— Dlatego, że nie mam cierpliwości. Jak już coś zacznę, chcę to skończyć. I to jakby przyspiesza człowiekowi życie i ten życiorys jest bardzo długi.

— Ale też przyciąga światło jupiterów. Lubi pani to?

— Rażą mnie w oczy. To dosłownie mówiąc, a niedosłownie: zawsze myślę, że za takim blaskiem jupiterów skierowanym na jedną osobę kryją się tłumy ludzi, z którymi człowiek współpracuje. Bez nich nie byłoby sukcesu. Każdy człowiek, a już kobieta w szczególności, ma taki moment refleksji, gdy stoi w blasku tych świateł. Jednak z pewnością sprawia to przyjemność, bo potwierdza sens tego, co się robi. I taki blask jupiterów, jako bodziec do działania, od czasu do czasu chyba każdemu jest potrzebny.

— W tym brukselskim młynie znajduje pani jeszcze czas choćby na gotowanie obiadów?

— To nie jest tylko kwestia czasu. Po prostu trzeba mieć dla kogo gotować. Jak moje dzieci były małe, gotowałam. A jak już dzieci są poza domem, czasami wystarcza kanapka gdzieś na mieście.

— Pani w Brukseli, córki za oceanem, to trochę taka miłość na odległość.

— Trochę tak, rzeczywiście obie są bardzo daleko. Jedna w Toronto, druga w Nowym Jorku. Ale dziś mamy internet, skype, to można codziennie ze sobą rozmawiać. Z młodszą córką widziałam się tydzień temu, bo byłam w Bostonie na konferencji.

— Co pani lub najbardziej w Brukseli: czekoladę, z której słynie Belgia, małże, które można tam zjeść na każdym kroku?

— Małże nie. Czekolada belgijska, jak dla mnie, jest taka maślana, miałka. Nie ma tego smaku, co miały kiedyś w dobrych czasach polskie czekolady. Ale ja po prostu lubię Brukselę, miasto, które można zwiedzić na piechotę. Bruksela ma mnóstwo secesji, bogate życie kulturalne. Ludzie, którzy przyjeżdżają do Brukseli na chwilę, widzą tylko instytucje europejskie i te rzesze urzędników. Za taką Brukselą można nie przepadać, ale jak się tam mieszka, pozna, to można ją polubić.

— Dziś to chyba serce Europy?

— To miasto, w którym nie ma wielu Belgów. To międzynarodowe miasto. I to ma swój urok. Taka Europa w pigułce. I wszystkim na świecie kojarzy się jednoznacznie z Europą. A dla mnie Bruksela jest tym miejscem, od którego zaczęła się moja podróż z Polski do Europy. I zawsze będę ją nosić w sercu.

— Wyobraża sobie pani życie bez Brukseli, bez Parlamentu Europejskiego?

— Oczywiście, ale nie myślę o tym. Jednak jeśli życie rzuci mnie — jak mawiała Irena Kwiatkowska — na inny odcinek, to też sobie poradzę.

— I życie ciągle rzuca panią na różne odcinki, a to Genewa, a to Bruksela. Od wielu lat żyje pani na obczyźnie.

— Ale wszędzie pracuję, robię coś dla Polski. Mam związek emocjonalny z krajem. I zawsze kiedy myślę: „Gdzie ten dom?”, to oczywiście myśli biegną do Warszawy. Chociaż żyję w różnych miejscach, a ostatnio życie osobiste rzuciło mnie do Hiszpanii, ma to też swój urok.

— To warto było się uczyć języków obcych, do czego podobno namawiał panią przed laty ojciec?

— Języków w ogóle warto się uczyć! Myślę, że można się nauczyć bez wysiłku i pięciu, jeśli się wcześnie zacznie. Polecam.

— Komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski prosi panią czasem o radę?

— Komisarz Lewandowski ma mojego szefa gabinetu, moje sekretarki. Ależ oczywiście jesteśmy w kontakcie. Bo się nie da oderwać od tego, co się robiło, a szczególnie, gdy jest to ważne dla Polski.

— Które z hiszpańskich miast lubi pani najbardziej?

— Bilbao. To przepiękne miasto. Myślę, że nasze miasta mogłyby wiele skorzystać, podpatrując jak można z krajobrazu zrujnowanego przemysłem, czarnego i brudnego zrobić miejsce, które dziś przyciąga turystów z całego świata architekturą, zabytkami. Podziwiam Bilbao i mam nadzieję, że wiele polskich miast pójdzie też taką scieżką.

— Ile lat potrzeba, żeby się zmieniły?

— Jak się człowiek zaprze, to w dziesięć.

— Jak pani odbiera tę dyskusję w Polsce o związkach partnerskich, gejach i lesbijkach, słowa Lecha Wałęsy, który mówi, że homoseksualiści w Sejmie powinni siedzieć w ostatniej ławie.

— Jest coś smutnego, kiedy wchodzimy w obszary, w których nie przeszliśmy, że tak to określę, modernizacji w odniesieniu do społeczeństwa. O ile zmiana polityczna i ekonomiczna w Polsce nastąpiła relatywnie szybko, to, jako społeczeństwo, jesteśmy niesłychanie konserwatywni. W złym tego słowa znaczeniu, bo pewne elementy konserwatyzmu mają swój urok, trzeba je pielęgnować, bo dają tradycję i ciągłość, ale świat się zmienił. I Europa się zmieniła. Ta wolność, którą z dumą mieliśmy na sztandarach przez lata jako pierwsi w tej części Europy, jest potrzebna jednostce ludzkiej. Każdemu z nas. Dostrzegliśmy potrzebę budowania razem dobra wspólnego, ale z dużymi oporami idzie nam zrozumienie praw i wolności jednostki. U nas przychodzą takie momenty, że najwyższe nasze autorytety nagle zawodzą. I to jest przykre. Mam nadzieję, że się uczymy i wyciągamy z tego wnioski. Musimy zrozumieć, że największą wartością jest kapitał ludzki, a więc człowiek, który chce być częścią społeczności, w której dobrze się czuje, w które wszyscy mamy takie sama prawa. I ta akceptacja różnorodności jest częścią nowoczesnego świata. A my ciągle jeszcze musimy przejść przez różne pagórki.

— Albo wyemigrować?

— Jeśli Polska ma być miejscem, z którego ludzie nie będą się transferować gdzie indziej, to musimy być otwartym społeczeństwem, w którym każdy dobrze się czuje. I każdy ma do tego prawo.

— A pani dobrze czuje z profesorką w tytule?

— Mój feminizm niekoniecznie musi się wyrażać w tym, że będę nazywana premierką w gabinecie cieni. Do profesorki już się przyzwyczaiłam. Komisarka zawsze mnie śmieszyła, ale za kilka lat to może być oczywista oczywistość, która nikogo nie będzie dziwić. Nie jestem jeszcze na tym etapie i wolę być profesorem niż profesorką.

— Pani profesor planuje jakiś urlop na Warmii i Mazurach?

— Dawno już tu nie byłam. Może dam się namówić na kajaki.

Beata Brokowska, Andrzej Mielnicki

Komentarze (6) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Sebastian #1024369 | 83.11.*.* 15 mar 2013 17:25

    Kobietko, tatuś komunistyczny gostek dał ci start a komusze pomioty go dalej popierały. Doktorat w wieku 25 lat. NIE W TAMTYCH CZASACH KOMUCHU. Jeśli skończyłaś kobietko ogólniak (najszybsze tempo uzyskania matury) w wieku 18 lat + 5 lat studia = 23 lata plus (w tamtych latach niezbędne) 2 lata pracy i dopiero start na studia doktoranckie które trwały 3 lata przy dobrym układzie tematu i dobrze wychodzących badaniach naukowych (bez potrzeby ich ponawiania) czyli w najlepszym przypadku było to 28 lat. Także przechodziłem Studia Doktoranckie w latach 1974-77 i owe 28 lat było wówczas nieosiągalne dla żadnego z nas. Czyli kobietko pytanie zasadnicze: kto cię przyjmował na Studia Doktoranckie i kto pisał ci doktorat? Droga poza studiami doktoranckimi była o co najmniej 4 lata dłuższa. Dalej już szło jak z płatka. Najpierw PZPR potem SLD a na końcu PO. Dlatego nie masz się kim zachwycać drogi pismaku

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Rylec #1024066 | 89.228.*.* 15 mar 2013 13:26

      Nie jest politykiem - co za obłuda! Szanowna Pani: Pani jest nie tylko politykiem, ale wręcz TURYSTĄ POLITYCZNYM, zmieniającym barwy... Można to też próbować nazywać profesjonalizmem, ale to raczej karkołomne zadanie...

      Ocena komentarza: warty uwagi (4) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      1. pauli #1023977 | 92.77.*.* 15 mar 2013 12:01

        Pani Danuta Hübner zrobila naprawde bardzo duzo dla Polski przed wejsciem do Uni Europejskiej i pozniej jako przedstawicielka Polski w UE i za to powinnismy jej byc bardzo wdzieczni.Pani Profesor ja za to dziekuje.

        Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) odpowiedz na ten komentarz

      2. mama #1023757 | 83.9.*.* 15 mar 2013 08:51

        farbowana lisica, dawna komunistka obecnie, ze wzgledów taktycznych PO. Zrobi wszystko byle sie utrzymać w tej brukseli - kasa misiu kasa, no i jaki prestiż.

        Ocena komentarza: warty uwagi (1) odpowiedz na ten komentarz

      3. aga; #1023644 | 88.156.*.* 15 mar 2013 06:56

        Polskie-aydzisko.

        odpowiedz na ten komentarz

      Pokaż wszystkie komentarze (6)