środa, 20 czerwca 2018. Imieniny Bogny, Rafaeli, Rafała

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 66

Koniec i kropka. Kto marudzi, temu czopka :P

(29.09.2015, poniedziałek, godz. 10:10, godzina „zero” wybiła. Godzinę temu)
Tak, bo dokładnie godzinę i dziesięć minut temu wypłynęliśmy z Karlskrony. Poradziłem sobie, sam, nocą, w obcym państwie, z papierową mapą leżącą na fotelu pasażera. Tak, używano kiedyś papierowych „nawigacji”, a czyniły to dinozaury które z powodu czasów w których żyły nie mogły używać nawigacji bo ich wtedy jeszcze po prostu nie wynaleziono. Proste. Rzecz jasna bez przygód po drodze się nie obeszło, no ale sami już chyba wiecie jak to ze mną jest, a ja bez przygód po prostu nie mogę. Zanim jednak dojdziemy do dzisiejszej nocy, zmuszony jestem nadrobić nieco zaległości. Pozwólcie więc że sobie przypomnę na czym to ostatnio zakończyłem opisywanie moich wspominek. Już wiem. Byliśmy z panem Andrzejem w jednym z jego miejsc, tłuściutko porośniętym borówką. Gdybym tylko ja znał takie miejsca, to mógłbym spokojnie zbierać po te 70 kg dziennie, i to by miało sens. No ale Szwecja jest duża, lasów ma od groma, a tych najlepszych polanek trzeba się niestety naszukać, nie ma rady. Jeśli jedziesz po raz pierwszy, to się na cuda nie nastawiaj, no chyba że ktoś cię zaciągnie na swoje miejscówki. Jeśli jednak będziesz sam, to sukcesem będzie już samo zamknięcie bilansu na „zerze”, jak jest to choćby w moim przypadku. Ile wyłożyłem na bilet i jedzenie, z taką ilością mniej więcej wracam. Z dwiema pełnymi kartami zdjęć, bagażnikiem pełnym gratów , zakupami upchanymi na tylnej kanapie, głową pełną wspomnień i sercem pełnym doświadczeń. Czy było warto spytacie? Ależ oczywiście że było warto! Czy gdybym wiedział co mnie czeka, jak się będę musiał przeprowadzać od Heńków, nosić pełne wiadra do szlabanu, skrobać żałosne ilości jagód nie znając miejscówek lub marznąć nocami z zimna, to czy bym się na wyjazd zdecydował? Odpowiedź może być tylko jedna, oczywiście. A im gorzej tym lepiej . Przecież to jest właśnie w naszym życiu najpiękniejsze, że nas zaskakuje i dobrze jest, kiedy wciąż potrafimy się tym cieszyć. Mam dla ciebie złą wiadomość, umrzesz. Tak, dobrze przeczytałeś, umrzesz. Żaden tam ze mnie wróżbita Maciej, więc nie powiem ci kiedy to się stanie, ale jest to fakt niezaprzeczalny. Umrzesz kiedyś ty, umrę kiedyś ja, umrą wszyscy inni. Jak mówił Churchill „Pewna jest tylko śmierć i podatki”. A zatem skoro już ustaliliśmy nieuniknione fakty, oraz (mam nadzieję) również się z nimi pogodziliśmy, to sam powiedz – co zrobisz kiedy przyjdzie twoja kolej? Czy zaczniesz prosić o jeszcze jeden, ostatni dzień by zrobić wreszcie to, co chciałeś zrobić przez całe życie? Czy może poślesz śmierci szeroki uśmiech czując się spełniony? No właśnie. Sam musisz sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy życie które wiedziesz to naprawdę twoje życie. A może żyjesz życiem kogoś innego? Spełniasz jego oczekiwania, wyrzekasz się siebie starając się za wszelką cenę zadowolić tę osobę. Gdzieś tam po drodze człowiek gubi własną tożsamość, a schemat jest bardzo podobny do tego, o którym pisałem nieco wcześniej przy okazji pracy. Czy naprawdę twoje życie potoczyło się tak, że warto było za nie oddać swoje marzenia? Zaprzedać samego siebie? Chcesz sobie coś kupić, kup. Chcesz powiedzieć komuś coś miłego nawet jeśli mają cię potem wziąć za dziwaka, powiedz. Bo co jeśli okaże się, że to ty masz jednak rację? Że to Ty zachowujesz się jak trzeba, a nie te woskowe figury ze sztucznymi, wystudiowanymi minami imitującymi uśmiech? Chcesz wiedzieć co człowiek mówi, patrz na jego usta, chcesz wiedzieć co myśli, patrz w jego oczy. Nie ma chyba bardziej żałosnego widoku od śmiejącej się osoby o niepewnych oczach. Ale wracając do meritum, zacznij wreszcie żyć tak jak chcesz, a nie jak inni uważają że powinieneś. Świat jest pełen ludzi którzy wyrzekli się swojego szczęścia w zamian za pieniądze, stanowiska czy inne gadżety. Świat dusi się w oparach frustratów o wciąż niezaspokojonych ambicjach. Ludzi, którzy zrezygnowali ze swoich marzeń, teraz zazdrośni chcą jednak marzeń pozbawić innych. A więc jeśli już nie żyjesz tak jak powinieneś, to zacznij wreszcie żyć tak jak chcesz! Tylko żeby mi nikt nie powiedział później, że zostawił żonę z trójką dzieci, bo gdzieś przeczytał, że jest nieszczęśliwy i powinien wreszcie myśleć o sobie. Za taki tekst na dzień dobry walnę „z liścia”. Na wszystko jest czas i miejsce, i trzeba umieć się odnaleźć w oparciu o jedno i drugie. Nie musisz przecież wszystkiego burzyć i zaczynać od nowa, by odnaleźć drogę do swojego szczęścia. Często wystarczy włożyć odrobinę więcej wysiłku, zrobić coś lepiej, postarać trochę bardziej. Wykorzystać czas którym się właśnie dysponuje, a nie rozmyślać o czasie który by się mieć mogło. Pamiętaj, że jedne zamykające się przed twoim nosem drzwi, to jednoczesne otwarcie kilku innych. A rzeczy złe które nas spotykają, mogą stanowić fundament pod rzeczy dobre, które dopiero mają nadejść. Jak to napisał jeden z moich ulubionych pisarzy, czyli Fiodor Dostojewski: „Największą bronią człowieka jest czas i cierpliwość”. Dacie wiarę, że od trzymania długopisu boli mnie kciuk? Myślałem że to od trzymania zbieraczki, ale nie, ja po prostu odwykłem od pisaków. Straszne są te komputery, a mówi wam to absolwent uczelni informatycznej. Znaczy ostatnio nie praktykujący, bo obecnie to bezrobotny zbieracz szwedzkiego runa. Zastanawiam się od dłuższego już czasu, jaki by tu memu dziełu nadać tytuł, jak w kilku czy nawet jednym wyrazie zawrzeć sens mego pisania i nie wiem do tej pory. Zastanawiałem się nad „Poradnikiem pozytywnego zbieracza jagód”, ale rzecz jasna od razu nasuwa się myśl o ordynarnej zrzynce z „Poradnika pozytywnego myślenia”. To może „Mały Książe pośród szwedzkich pól”, za co z pewnością straciłbym jedynki u fanów dzieła Saint
– Exupery’ego . „Blondyn w krainie łosia”? Raaatunku, kobieta mnie bije. Ostatnio myślałem intensywnie nad tytułem „Mały KsioNże” . Też z niego zrezygnowałem, bo nie można szargać „świętości”. Więc jaki nadać tytuł memu „wiekopomnemu dziełu”?
„Jak zdobywano dziką Szwecje”? „Boso przez Szwecje”? „Inwazja poszukiwaczy borówki”? Dziś, kilka miesięcy po tym jak wróciłem do Polski, kończąc wreszcie przepisywanie moich szwedzkich zapisek doszedłem do wniosku, że nazwę je po prostu „Projekt: Szwecja”. Będzie to jasno mówiło o tematyce (taaa, już ja coś jasno mówię ) oraz zostawi uchyloną nieco nieśmiało furtkę dla moich kolejnych eskapad. Tak to sprytnie obmyśliłem, a skoro lecąca właśnie w tle Loreena McKennit nie ma nic przeciwko, niniejszym „Projekt 2015: Szwecja” stanie się tytułem oficjalnym. No chyba że jednak zdecyduję się na bardziej ludzki „Gienia, Eustachy i wiadro moroszki” który mówi nieco o bohaterach moich zeszytów. Chowam się teraz na powrót w moje zapiski, cofając w czasie do 29 września 2015 roku i pustce w głowie zamiast jakiegoś błyskotliwego tytułu. No ale mam jeszcze na to dużo czasu, może przyjdzie mi coś do głowy podczas przepisywania zeszytów (). Chwilę temu wybrałem się do sklepu bezcłowego na promie, by nieco dłużej zastanowić nad kupnem perfum „One Milion” Paco Rabbane, bo obiecałem sobie solennie pośród szwedzkich lasów, umordowany i w lepkich od potu koszulkach, że będzie to rzecz mogąca mi nieco te trudy wynagrodzić. Pamiętacie przecież te moje „święte Grale”, a skoro z fotelem nie wyszło, tym bardziej mnie ten zakup kusił. Rzeczonych perfum używałem i nawet polubiłem, więc byłby to jedyny wydatek na który będę mógł sobie pozwolić wracając jako niedoszły milioner. Poprosiłem chłopaka siedzącego z laptopem przy stoliku w drugim końcu niewielkiej salki by rzucił okiem na moje graty bo idę do łazienki, ale wracałem już przez sklep i to w nim właśnie spędziłem dłuższą chwilę. Perfumy są, a i owszem, nawet pachną niezmiennie bardzo ładnie. Tylko że kobieta pracująca w tym sklepie wydała mi się nad wyraz antypatyczna. Wcale nie chodzi mi tu o fakt, że wyglądem przypomina „starą pudernicę”, którą też chyba była w istocie, ale zachowywała się nad wyraz nieprofesjonalnie ignorując wszystko wokół, co skutecznie zniechęcało mnie do jakichkolwiek zakupów. Wchodzę z koszykiem, w nozdrza uderza skumulowany zapach wszystkich wonnych flaszek stojących w równych rzędach na jasnych, podświetlanych półkach, pani oparta o ladę obrzuciła mnie łaskawie spojrzeniem, po czym wróciła do swojej telefonicznej rozmowy. Wiadomo, to nie grzech, ale czas leci, ja czekam, a z treści jej rozmowy której to byłem mimowolnym świadkiem wynikało, że rozmawia sobie ów pani z koleżanką, tak z nudów, o pierdołach. Dla zabicia czasu. Poczułem się jak intruz, a już co najmniej jak nieproszony gość, naprawdę nie podsłuchiwałem, po prostu wcale się z tym nie kryła i gadała na tyle głośno, że rad nie rad musiałem wszystko słyszeć. A najbardziej chyba urzekło mnie jej ostatnie zdanie – Dobra, to zmywaj, nie będę ci przeszkadzać. – Chyba to jednak ja paniom przeszkadzam? – aż mi się cisnęło na usta. No ale nie przeszkadzamy już sobie, wróciłem do obwąchiwania blisko pięciuset koron zamkniętych w złotym flakonie przypominającym sztabkę złota. Poniuchałem też „Invictus’a” by dowiedzieć się, czemu kosztuje blisko 300 złotych, nie dowiedziałem się. No przynajmniej mnie do siebie nie przekonał, wolę subtelniejsze zapachy. Pani mówi do mnie „Dzień dobry”, a ja jestem w niemałym szoku, że jednak dostrzegła moje „najście”. Czyli nie jest niewidoma, bo o fakcie że potrafi mówić, byłem już doskonale przekonany. Odpowiadam zatem grzecznie skinąwszy głową. Pani zagaja mnie jednak jakoś tak od niechcenia, bez przekonania, zachodzi mnie z boku poprawiając stojące w idealnym szeregu flakoniki perfum. No w końcu jest tu przecież niezastąpiona i musi wszystkiego dopilnować. Wiem, jestem złośliwy. A to nie wiedzieliście? Pytam panią uprzejmie, czy jak bym wpadł do sklepu tuż przed zawinięciem do portu, to czy jest może szansa że dostałbym jakiś rabat. Od razu tłumaczę skąd u mnie taki pomysł. Kiedy wpływaliśmy do portu w Karlskrone, pani z bezcłówki podjechała pełnym wózkiem pod punkt informacyjny, po czym ogłosiła jakąś grubszą obniżkę cen niektórych towarów. I to ma sens, bo lepiej coś sprzedać i obracać kapitałem niż wozić tylko towar z te we w te. Pani przygląda mi się „z wysokości” i mówi z pogardliwym uśmieszkiem, że takich rzeczy się nie praktykuje, bo cena jest jedna. O ty wiedźmo! To ja nawet w loppisach potrafiłem ceny stargować, a tu JWR mówi krótko acz dosadnie, że ma mnie w dupie? Od niechcenia pokazała mi perfumy, które są obecnie na promocji i do których dorzucają jeszcze sztyft gratis , no ale tyle to bym się i bez niej, bo z gazetki dowiedział. Zapytałem jeszcze tylko czy może na alkohole są dziś jakieś fajne promocje, to jak mi zaczęła odpowiadać, momentalnie pożałowałem że o cokolwiek ośmieliłem się zapytać. Rozumiem gdyby było dużo ludzi, gdyby uwijała się jak w ukropie a uśmiech nie schodził z jej umęczonej twarzy, kiedy to przyszedłby Krzysio i szarpiąc za rękaw pytał: „Pani, a te perfumy do dobre będą czy nie dobre?”, „A tamte? Może lepsze od tych?”, „A macie jakieś promocje? A najlepiej jakby wszystko było za darmo”. Sam bym się wtedy kopniakiem odesłał na moje krzesło z tobołkami. Ale nie, byliśmy sami, chociaż zaczęli się już pojawiać pojedynczy klienci. – Pochodzę i sam się rozejrzę – machnąłem ręką na jej pomoc i nieco już poirytowany przeszedłem do działu obok, ona zaś zapewne odetchnęła z ulgą, że będzie miała wreszcie spokój. Pochodziłem, popatrzyłem, niby są różne promocje, ale jak ja w bezcłowych sklepach bywam średnio raz w tygodniu za sprawą moich wyjazdów na wschód, to jakoś nic mnie tam specjalnie z nóg nie zwaliło. Za to jako dzieciak mógłbym wprost zamieszkać w takim sklepie, pełnym słodkich dóbr „luksusowych”, różnych zabawek, wśród których momentalnie wzrok przykuwały pewne duński klocki, za które płaciło się dewizami, co też wspominam z wielkim rozrzewnieniem, gdy jako dziecko zasypiałem z małym pudełeczkiem klocków Lego pod poduszką. Wchodząc do Pewex’u, jedynie lada dzieliła nas od tego „zgniłego, kapitalistycznego zachodu”, którego wszyscy tak bardzo pragnęli, a którym tak bardzo się „brzydzili”. A kto nie wie co to Pewex, ten nawet nie wie co stracił. Wychodząc z tego bezcłowego przybytku szczęścia usłyszałem za to, jak moja ulubiona pani sprzedawczyni mówi do jakiegoś młodego kolesia z obsługi,
że jedna z firm dorzuca do perfum darmowe próbki których może dać mu całe garści. – Sobie też już nabrałam – prowadziła go wyraźnie rozpromieniona w stronę półek z flakonami perfum. No tak, pięknie, po prostu pięknie. Wyszedłem stamtąd jak najszybciej, bym nie musiał dłużej na to patrzeć. Siedzę więc właśnie w czerwonym fotelu pisząc te słowa, a oczy same mi się zamykają. No tak, nie wiecie tego jeszcze, ale spałem tej nocy jakieś dwie godziny, a i to po drodze, w aucie. No to już wiecie. Dobranoc. (15:50) Chwilę przykimałem, ale czujność była oczywiście zachowana, bo nie miałem w planach tego dnia powrotu Stena Line do Szwecji . Jeszcze tylko kilka godzin do przybicia do polskiej ziemi, co ja gadam, do ziemi jako takiej w ogóle. Umilam sobie czas słuchając Florence and the Machines (płyta „Ceremonials”), działających na mnie zawsze wyjątkowo energetycznie.
A wcześniej, korzystając z dobrodziejstw mojego smartfona obejrzałem wreszcie „Kapitana Philips’a”, bo cóż innego można było oglądać będąc na morzu? Przez te kilka miesięcy nadrobiłem może z pięć filmów, w tym czasie powstało zapewne filmów również pięć … tysięcy. A już zapewne z pięćdziesiąt, które po prostu trzeba zobaczyć. I tak to już kochani jest, wąż zjada swój ogon. A sam film świetny, spokojnie wart mojej oceny ośmiu i pół gwiazdki, którą to ocenę wystawię po powrocie do domu. Oparty na faktach
i starający się w miarę realnie oddać dramaturgię tamtych wydarzeń. Tam gdzie potrzeba, ujęcia są szarpane i przywodzą na myśl dokument, krótkie, cięte, szybkie, nadają dynamiki, jak choćby podczas desantu piratów. Innym razem ukazują sytuację w sposób rzeczowy i chłodny, jak podczas działania jednostek specjalnych, gdzie nie powinno być miejsca na emocje i błędy bo to nie „Call of Duty”. A po samej akcji szczególnie spodobała mi się wymowa ujęcia pleców „foczek” (SEALS). Przybyli, zrobili swoje, zbierają się na kolejną akcję. Bez pompy, bez pitolenia, fajerwerków czy patosu, no i bez gwieździstej flagi łomoczącej na wietrze. Da się? Da się, słyszał pan panie Eastwood ze swoim „Snajperem”, oraz setki o ile nie tysiące wykorzystujących te motywy w swoich filmach? Reżyser świetnie buduje napięcie, podkreślane dodatkowo świetną, acz miejscami nieco nazbyt oszczędną muzyką. Tak, to zdecydowanie bardzo dobry film, ale podchodziłem do niego z dużą dozą rezerwy, jak zresztą do wszystkiego o czym słyszę jedynie peany zachwytu. Przyznaję też że nie jestem wielkim fanem Hanksa, pomimo że podobały mi się jego role w „Filadelfii” czy „Cast away”. W „Kapitanie Philipsie” stworzył człowieka z krwi i kości, a zrobił to na tyle fachowo, że wprost nie wyobrażam sobie w tej roli nikogo innego. Florence, film, dziennik, a gdzie miejsce na sen zapytacie? Drzemałem jakieś pół godziny, ale możecie mi wierzyć,
że wystarczyło, no przynajmniej na razie. Czasem tak jest, że będąc śmiertelnie zmęczonym zasypiamy, a potem coś nas z tego snu wyrywa, choćby i radosny dzwonek telefonu. Ale my już nie czujemy zmęczenia, czujemy się wręcz jak po przespanej głębokim snem nocy. Czasem więc naprawdę wystarczy kwadrans. Psychologia to potęga! Myślę cały czas o tych perfumach, pewnie aby zająć czymś po prostu myśli podczas podróży. Kaski trochę szkoda, bo jak wiadomo, każdy grosz się liczy, a wydatków po powrocie czeka mnie co niemiara. Ale kupię te perfumy. Mogę być bezrobotny, mogę nie mieć zasiłku, ale to wcale nie oznacza że nie mogę mieć klasy . Siedzę w fotelu z kapturem naciągniętym na głowę, i trzęsę się z zimna. Wcale też nie przejmuje się specjalnie tym, że takie siedzenie w kapturze może głupio wyglądać w zadaszonym pomieszczeniu. Niech się lepiej cieszą, że to nie turban. Ale muszę oddać sprawiedliwość że zaświeciło dziś rano słońce, kiedy prom majestatycznie wypływał z portu, a ja ciesząc się jak dziecko ciepłymi promieniami, wcale nie miałem ochoty schodzić pod pokład, tylko rozłożyłem leżankę i obserwowałem oddalający się brzeg. W międzyczasie wysłałem też kilka smsów, że dojechałem cały i zdrowy na prom, a ten do Gdyni miał przybyć około godziny 20:00. I wszystko było by pięknie, brzeg w oddali, szum wody, ptactwo, ciepłe promienie jesiennego słońca, tylko ten nieszczęsny wiatr, który gdyby tylko mógł, porwałby ze sobą wszystko co tylko na swej drodze napotka, łącznie ze mną i moją leżanką. Wytrzymałem jakiś kwadrans, o czytaniu nie mogło być rzecz jasna mowy, nie mówiąc już o pisaniu. Zszedłem pod pokład. Jakiś czas temu byłem świadkiem sceny, w której to prowadzono korytarzem pijanego w sztok mężczyznę. Przypominam sobie błyskawicznie, że nieco wcześniej szarpał się dosyć niezdarnie z kimś od niego znacznie młodszym. Może byli to nawet ojciec z synem? Tego nie wiem, wiem za to, że obaj byli Polakami. „Honey, I’m home!”. Nic tylko miałem ochotę schować się jeszcze głębiej w mój kaptur. Niejednokrotnie byłem zresztą podczas moich podróży świadkiem scen odstawianych przez moich ukochanych rodaków, po których to scenach najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Ale szanując wasz czas oraz postępując w duchu patriotycznym, podaruję sobie te kilka bolesnych anegdot. Ostatnimi czasy rozłożyło mnie za to określenie neo-patriota jako określenie w stosunku do osoby, która jest patriotą nowych czasów. Próbowano to ludziom wciskać niczym twór marketingowy, product placement, i przekonywać wszystkich jakie to fajne. Na szczęście niewielu dało się na to nabrać. Albo ktoś jest patriotą albo nie, proste. A jak ktoś nie wie o co chodzi, to wystarczy aby zapamiętał i żył według trzech wytycznych, naprawdę tylko trzech: Bóg, Honor, Ojczyzna. Za dużo? No to może chociaż „Siła i honor”?. Niestety jednak, „ryba psuje się od głowy”. Dziewczyny z obsługi myły właśnie pokład obserwując go z niezdrowym zaciekawieniem. Mówię zatem, że mam nadzieję iż nie jest to kapitan tego promu. Powiedziałem to raczej poprawną angielszczyzną, ale nie mam przekonania czy mnie zrozumiały, chociaż na Polki to mi nie wyglądały. A może po prostu nie znały skeczu kabaretu Paranienormalni, w którym to zalany w trupa osobnik na jednym z foteli okazuje się kapitanem samolotu? I tak myślę i myślę, Calvin Klein, „Reveal” … hmmm … deostick gratis. Gratis! Całkiem przyjemny zapach, obawiam się tylko, że nieco przesłodzony. Chociaż jak tak niedawno po raz któryś tam obwąchiwałem swoją dłoń, to wydał mi się nieco bardziej stonowany i przyjemny. A moje szaleństwo polega na tym, że będę ją obwąchiwał na tyle długo, aż się do niego przekonam i zacznie mi się podobać. Nielogiczne? A czy życie jest w ogóle logiczne? Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy spostrzegli zapewne, że nie palę się nadto w kwestii opisu mojej nocnej eskapady przez Szwecję, która to jak się słusznie domyślacie, dostarczyła mi moc atrakcji. No ale skoro przebrnęliście ze mną przez te wszystkie dni aż do tego miejsca, to po prostu chyba jestem wam to winien. Będzie się działo. No ale czy mogło być inaczej? W poniedziałek tłukliśmy jeszcze z Arturem do północy w Fifę, a argument że następnego dnia rano wyjeżdżają do Norwegii wydawał się do niego jakoś zupełnie nie trafiać. Można by się spokojnie bawić w zakłady, tak nieprzewidywalne zdarzają się nam rozstrzygnięcia. Pan Andrzej, zakładając że po tej naszej piłkarskiej nasiadówce raczej zbyt wcześnie nie wstanę, profilaktycznie pożegnał się ze mną od razu. Zaskoczyłem go rzecz jasna, bo oczywiście że wstałem rano za punkt honoru stawiając sobie nasze pożegnanie. Jak to mówi Cejrowski „Rąsia, rąsia!”. Okazało się że, Wiesław nie jedzie, bo się chłopina pochorował . Podejrzewałem, że może symulować by pozostać i rozegrać jeszcze kilka meczyków przed moim wyjazdem, ale niestety nie, połamało go na dobre. Wymyśliłem, że skoro i tak już nie śpię, a była ledwie 8 rano, to korzystając z ładnej pogody wyskoczę zapolować na jakiegoś łosia. Tego co prawda nie spotkałem, znalazłem za to piłeczkę do gry w golfa oraz całe wiadro grzybów. Nikt rzecz jasna w lesie wiadra grzybów nie zapomniał, a musiałem to wiadro uczciwie nazbierać, nie trwało to jednak dłużej niż pół godziny. Spokojnym spacerkiem. Postanowiłem też że zostawię Ewie w prezencie grzyby, które jej wcześniej dałem do ususzenia, a do domu wezmę ze sobą dzisiejsze grzybki, tak też zrobiłem. Pojechałem też do Konsuma kupić kilka spożywczych rzeczy, w tym słynne szwedzkie śledzie . Pożegnałem się przy okazji ze znajomymi paniami ekspedientkami, które to nierzadko męczyłem pytaniami szukając jakiegoś produktu. No i pojechałem wreszcie sfotografować to Porsche stojące pod warsztatem, niestety właściciel nie był zainteresowany sprzedażą. Co ja gadam, miałem chyba nadzieje że powie – Krzychu, fajny z ciebie gość więc może weźmiesz tego mojego Porschaka za darmo? Poczekaj chwilę, jeszcze ci go do pełna zatankuję. No nie powiedział. Dziwne, bo ilekroć przejeżdżałem obok tego warsztatu, to przez ponad dwa miesiące auto stało niewzruszone w jednym i tym samym miejscu. Cóż, takie jego prawo, zrobiłem więc tylko parę fotek i ruszyłem w drogę powrotną na skup by około południa zjeść wreszcie śniadanie. Przypomniałem sobie, że w Ransby też stał sportowy samochód, czerwony, ładny, mijając go z drogi myślałem że to Japończyk, a tu się okazuje że to Pontiac Firebird, w dodatku nawet podobno na chodzie. Porozmawiałem z przechodzącą akurat kobietą z psem. Okazało się, że tak się składa iż auto faktycznie jest na sprzedaż, tylko akurat nie ma właścicielki. Ta zaś miała się wkrótce zjawić. Aha, to nie jest wcale tak, że zaczepiam i zawracam głowę ludziom, ilekroć mi się spodoba jakiś samochód, bo tak nie jest. W tym przypadku chciałem zobaczyć jedynie to autko z bliska, no ale skoro nadarzyła się okazja dowiedzieć od razu
o cenę takich egzemplarzy w Szwecji, to co mi szkodzi. Po chwili zjawia się właścicielka w swoim lśniącym Volvo, a ja poznaję tę panią, tylko jeszcze nie bardzo kojarzę skąd. – Znam tę panią – myślę na głos. W pierwszej chwili wydało mi się że z basenu, ale potem mnie oświeciło, że przecież niespełna pół godziny temu żegnałem się z nią w sklepie słowami „Bye bye maszkaro” (że tak polecę cytatem z „Włatców Móch”). Proszę bardzo, jaki ten świat mały, okazuje się że to jej auto, no może nie tyle jej, co jest własnością jej syna, jest sprawne i co najważniejsze, na sprzedaż. Ceny niestety nie zna, ale może zadzwonić i spytać. Zasadniczo nie było mnie na nie stać, chociaż co do jego ceny zżerała mnie ciekawość, ustaliliśmy jednak, że jak wrócę za rok to pogadamy na poważnie. A propos powrotu za rok. Gadam rano z Corano i mówię mu, że jakbym wrócił za rok to bym się może rozejrzał za jakąś konkretną robotą, tylko nie wiem czy wymagane są jakieś specjalne pozwolenia, oraz jak się też tam sam proces poszukiwania odbywa. A Wiesio mówi mi, że najlepiej byłoby wpaść do pośredniaka w Syslebäck i popytać. No tak, w zasadzie to całkiem oczywiste. Miła pani co prawda niewiele mi pomogła, dzięki czemu poczułem się jak w naszym polskim, swojskim Urzędzie Pracy, no ale dała jakieś broszury wraz z adresem strony internetowej na której znajdę najistotniejsze informacje. A co równie istotne, do wyboru języka na stronie jest również język polski. W trakcie rozmowy okazało się również, że zna Kasię, lecz nie wiedziałem co z tą informacją począć. Obok znajdował się punkt Informacji Turystycznej, gdzie kupiłem pocztówkę z łosiem oraz naklejki, nie zgadniecie z kim? . Mogę teraz przyznać, że to mnie zrobiono w łosia, bo przecież ceny do jakichś wyjątkowo atrakcyjnych nie należały, ale jak tu przecież nie kupić „pamiątek”. Przynajmniej pogadałem z siedzącą tam panią, od której dowiedziałem się, że w Szwecji nauka angielskiego rozpoczyna się bardzo szybo, co by tłumaczyło jego całkiem dobrą znajomość przez osoby młodsze czy w średnim wieku, ale że osoby starsze również nie mają z nim większych problemów było już dla mnie zaskoczeniem. Polska też się już na szczęście w tej materii cywilizuje, ale spróbujcie odezwać się w języku obcym do osoby starszej, to w najlepszym razie pobiegnie po księdza. No ale my mieliśmy przecież kiedyś w sąsiedztwie Kraj Rad, który lepiej od nas wiedział, jaki to język obcy w zupełności Polakom do szczęścia wystarczy. A pamięta ktoś jeszcze Esperanto? Idę po perfumy. Po 3 litrowy karton białego wina, cukierki i perfumy! Postanowione! Najwyżej sprzedam nerkę i będę miał grosiwo. A czy ja powiedziałem że sprzedam własną nerkę? To oczywiście żart, ale ponoć nigdy nie wiadomo kiedy wariat żartuje. I w taki oto sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem rzeczy, bez których to mógłbym się spokojnie obejść, a które to łącznie kosztowały mnie 502 korony. Same sklepy na promach to iście szatański pomysł, bo człowiek ma wtedy tendencję do lżejszego wyzbywania się gotówki. Że o wszelkiej maści piszcząco – brzęcząco – pstrykających maszynach ustawionych w rzędach nawet nie wspomnę. W sklepie poznałem młodego chłopaka z Ukrainy, który też wracał po sezonie, a zbierał w okolicach Mory. Odnotowuję ten fakt chyba tylko dlatego, iż przechodząc właśnie zapytał mnie o której dobijemy do portu. Sympatyczny, wysoki, młody i szeroko uśmiechnięty chłopak z Ukrainy, choć ostatnimi czasy Ukraińcy zbyt wielu powodów do uśmiechu to raczej nie mieli. Tak, była w sklepie moja „czarownica”, ale jakby taka już bardziej frontem do klienta. Może to moja broda, ułożona przez przypadek fryzura czy bokobrody niczym u Rosomaka w niektórych jednostkach budzą obawy? A przecież ze mnie taki fajny gość jest . Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie skończę opisywać wczorajszego dnia. Jesteśmy zatem w trakcie południowego śniadania, to zaś zrobiłem iście królewskie, bo były to jajka sadzone z plastrami boczku. Musiałem jeszcze jechać w góry by zebrać trochę towaru na jagodzianki, że samą konieczność spakowania przemilczę. Z góry wróciłem około 17-ej, zagrzałem sobie gotowy obiad kupiony wcześniej w sklepie i po konsumpcji, wziąłem się w końcu za pakowanie gratów. Tak mi jakoś to wszystko opornie szło, i to zbieranie, i to pakowanie, w zasadzie to najsprawniej poradziłem sobie jedynie z obiadem. Odniosłem wręcz wrażenie, jakby moja podświadomość chciała, bym nigdzie nie jechał szykując jakiś sabotaż. Potwierdziłem jeszcze tylko z Corano trasę powrotną, w oparciu o moje notatki sporządzone dzień wcześniej przy studiowaniu mapy z Arturem. Tak, było to przed naszymi meczami właśnie. Uczulał mnie na zjazd w drogę nr 26. Ale broń Boże nie pierwszy zjazd, bo można w ten sposób nieopatrznie zawrócić, a tu należy kierować się na Mariestad. Z każdą chwilą upływającą i przybliżającą mnie tym samym do wyjazdu docierało do mnie coraz dobitniej, w jak niekomfortowej sytuacji się znalazłem. To tak kulturalnie, a ja po prostu starałem się nie wpaść w panikę kiedy będę nocą, w obcym państwie, nie wiadomo jakich warunkach atmosferycznych wypatrywał po ciemku tablicy kierującej na drogę nr 26. Ciekawe co na to prawa Murphy’ego? Zabierając się za pakowanie, nie przypuszczałem nawet, że tyle się tego uzbierało. Z trudem to wszystko upchałem, a posiłkowałem się przecież nawet złożeniem tylnej kanapy. Całe szczęście, że nie kupiłem jednak tego fotela, bo bym go musiał chyba wieźć na dachu. Ale fajny był, a jaki wygodny. Ech. Pożegnałem się jeszcze tylko i około godziny 20-ej wyruszyłem w drogę na prom. Kto pamięta mój pomysł o wyjeździe po obiedzie około godziny 15-ej, ten niech szybko o nim zapomni. Stwierdziłem, że przecież nie ma sensu jechać zbyt wcześnie, by później czekać w zimnym aucie ileś tam godzin na prom. Wyjadę zatem tak, abym na ten prom zbyt długo czekać nie musiał, oczywiście z pewną dozą rezerwy. Ale słowny jestem, bo jak zapowiedziałem, tak pojechałem po obiedzie, czy raczej późnej obiadokolacji. Kończę pakowanie, patrzę i wzdycham, ładny zachód słońca, ale bym zdjęć narobił. Słońce jednak szybko skryło się całkowicie i wcale nie trzeba było długo czekać aż zapadną zupełne ciemności. Znaczy się mogę wyruszać. Mapa na fotelu pasażera, muzyka gra, dziadek Ozzy dodaje mi otuchy, auto powoli zawraca, dojeżdżam do asfaltowej drogi, po czym obserwuję jak skup znika w moim wstecznym lusterku. To tak ładnie brzmi, chociaż w zasadzie niewiele już za sobą widziałem. Kierunek trasy – Karlstad, około 200 km co daje niemal 1/3 całej trasy – pocieszałem się w duchu. A trasa jest mi znana, bo przecież jechałem nią niedawno z Kasią na uczelnię. W nocy jednak ta droga wygląda zupełnie inaczej, jak zupełnie inna droga. I otoczenie którego w zasadzie nie widać wygląda inaczej, i nawet domki ze świecącymi w oknach lampami wyglądają inaczej. Nic nie jest takie jak było. Ozzy śpiewa, a ja z przerażeniem stwierdzam że ledwie minęła godzina 21 a ja już jestem śpiący i zaczynem przeciągle ziewać, które to ziewanie przyjąłem jako oznakę wzmożonej koncentracji. A senność złożyłem na karb ciśnienia oraz tego, że czasem deszcz (uwaga bo będzie nowe słowo) popadywuje, czyli raz pada a raz nie pada. Co by też jednak nie mówić, nocna jazda ma swój niezaprzeczalny klimat, magiczne światła przydrożnych lamp, oświetlone posesje, światła w oknach. Światła, białe, żółte, światła aut mijanych z naprzeciwka, światła wyłaniające się z gęstej mgły, bo mgła też była a i owszem, tak tylko żeby przypadkiem nie było zbyt łatwo. Miejscami była tak gęsta, że ograniczała widoczność ledwie do paru metrów przed samochodem. Daleko za mną zostały już Sysslebäck, Ransby, Likenäs czy Ambjörby ze swoim „Second hand’em” oraz latarnią ubraną w kamizelkę odblaskową. Niedawno minąłem też Stöllet z jego stacją benzynową na skrzyżowaniu przy hotelu i ładnym, drewnianym kościółkiem. Te okolicę jeszcze znałem, z racji wyjazdów w poszukiwaniu miejsc zbiorów, tu jeszcze czułem się jako tako bezpiecznie. Wciąż kieruję się w linii prostej na południe, w kierunku na Karlstad, wciąż powtarzam sobie w myślach: „pamiętaj o drodze 26, pamiętaj o drodze 26”. Ciemność. I tylko krótką radość sprawiają jakieś trafiające się od czasu do czasu światła aut, radość jednak tym mniejszą, im później kierowcy zmieniali swe światła z drogowych na mijania. Gdzieś tam majaczą światła w oknach, ktoś tam żyje, może ogląda właśnie telewizje, może coś je, albo czyta. I nawet nie ma pojęcia o moim istnieniu. A ja przecież istnieje, chociaż zdarza mi się w to czasem w tych mrokach powątpiewać. Droga, droga, droga, każdy kilometr przybliża mnie do celu. Muzyka zaczyna mnie już nieco drażnić, szukam radia, coś tam leci, pobrzękuje, dobrze, niech chwilę pogra. Ciemność, światła, ciemność, droga. Mam już dosyć tego gadania w radiu, z którego to zresztą kompletnie nic nie rozumiem. Cisza, szum powietrza, droga, ciemność. Zbliżam się do oświetlonego ronda, przy nim jakieś skały. Może by tak po drodze przy co ładniejszych miejscach jednak się na chwilę zatrzymać i zrobić jakieś zdjęcie „dla potomności”? To co wydarzyło się chwilę później, trwało ledwie ułamki sekund, ale rejestrowałem to w „zwolnionym tempie”. Noga zareagowała na szczęście szybciej nawet niż oczy, bo błyskawicznie wcisnąłem hamulec odbijając w prawo, kiedy to pod koła wtargnął mi nagle z pobocza jeleń. A zrobił to z prawej strony właśnie. Nie wiem dlaczego skręciłem odruchowo w jego stronę, wiem za to że gdybym tego nie zrobił, to bym go potrącił. Niczym ręka szarpiąca kierownicą bohatera „Układu” Kazana. A tak, rozminęliśmy się może o grubość lakieru, chociaż przyznam, że lotem błyskawicy przemknęła mi przez głowę myśl, że nie uda nam się z tego wyjść bez szwanku, a najmniejszym wymiarem kary byłby stłuczony kopytem reflektor. O dziwo jednak popędził dalej, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę łapałem oddech. Odechciało mi się spania, jazdy, powrotów, zasadniczo to wszystkiego mi się odechciało. A przecież jeszcze taki kawał drogi przede mną, bo póki co to nie dotarłem nawet jeszcze do Karlstadu. Zatrzymałem wreszcie wóz, by ocenić straty jakie spowodowało moje gwałtowne hamowanie, a przecież w bagażniku oprócz gratów wiozłem też parę skrzynek z runem leśnym. Część moich, a część pani Ania dała z prośbą o przekazanie w Polsce jej rodzicom. Faktycznie trochę się tego rozsypało, ale na szczęście nie tyle, jak to sobie wyobrażałem. Fakt pozostaje jednak faktem, że przypomniałem sobie przekleństwa o których to myślałem że już dawno zapomniałem. A i o wymyśleniu paru nowych w potrzebie chwili nie wspomnę. Ciemno, cisza, nieprzyjemny, wilgotny chłód, para z ust. Gdzie ta słoneczna, ciepła Szwecja którą tu zastałem? Nieco pokrzepił mnie telefon z Polski, bo jak wiedziałem że tam na mnie czekają, to byłem w stanie bardziej się mobilizować. Mój przydrożny gość ożywił mnie na tyle, że zapomniałem o potrzebie snu, tylko pytanie na jak długo, bo taki stan pobudzenia też nie będzie przecież trwał wiecznie. Jest już ok 23-ej, a ja rozprostowawszy nieco nogi, po ogarnięciu bajzlu w bagażniku i „odcedzeniu kartofelków”, znów rozsiadłem się wygodnie w fotelu kierowcy by wyruszyć pędem w dalszą drogę. „Pamiętać drogę 26, drogę 26”. Jest Karlstad, tutaj muszę uważnie wypatrywać drogi odbijającej na Sztokholm, z której mam zjechać na Kristinehamn i Mariestad, który to jest właśnie moją długą drogą numer 26 ciągnącą się prościutko aż do Jönköping. W nim zaś, przejeżdżając przez miasto (o matko) mam wjechać na drogę nr 30 na Växjö (o babciu) która to doprowadzi mnie po kilkaset kilometrach aż na sam prom w Karlskrone. Proste? No właśnie. Ciemność, mroczność, szwedzkość. Jest Karlstad, tutaj powinienem wypatrywać drogi na Sztokholm, z której mam następnie wjechać do miejscowości X skąd na rondzie zjadę drugim – DRUGIM – zjazdem w drogę nr 26 i przejadę nią kolejne 200 kilometrów, a będzie to już 2/3 trasy, czyli jak to się fachowo mówi „większa połowa”. Drogi są oznaczone dosyć dobrze, sunie się szerokim, zielonym pasem, bo takiego właśnie koloru jest linia na mapie. Ruch nie jest duży, znacznie większy w terenach miejskich i podmiejskich, czasem co prawda drogi są w remoncie, ale wtedy po prostu wystarczy się pilnować by nie wjechać na walec. Jadę dalej i wypatruję miejscowości X ze sławetnymi zjazdami. Jest, a przy nazwie widnieje jeszcze nawet symbol zwycięstwa, zakładam jednak że nie dotyczy jednak mojego sukcesu, tylko jest zwykłą, rzymską piątką. Jakby na to jednak nie patrzeć, ani Artur, ani Wiesław o żadnej cyfrze przy nazwie X nie wspominali, no ale przecież mogli zapomnieć, bo jeździli tędy wielokrotnie i to co dla mnie jest nowością, dla nich to „oczywista oczywistość”. Tablica zbliża się nieubłaganie, a tym samym zbliża się konieczność podjęcia decyzji. Nazwa się zgadza? Zgadza! Zjeżdżam z drogi głównej i szukam tablicy prowadzącej mnie na drogę nr 26. Jakoś podejrzanie pusto, pojedyncze bloki, domy w oddali, jest rondo, ale zjazdy z niego prowadzą do kompletnie nic mi nie mówiących miejsc. Jedna rundka po rondzie, druga rundka po rondzie, ale nazwy jak mi nic nie mówiły tak i dalej nic nie mówią. Zjechałem w kierunku stacji benzynowej nieopodal. Bo przecież ktoś tam mi wytłumaczy jak mam dalej jechać. I było by tak w istocie, gdyby tylko ktoś na tej stacji był, niestety, ta była zamknięta na głucho. I nie uwierzycie, nikt się nawet o północy nie szwendał po okolicy. Tylko spokojnie, nie wpadajmy w panikę, najważniejsze to zachować zimną krew, o co akurat wcale trudno nie było z racji dojmującego chłodu zapowiadającego nocny przymrozek. Spokojnie, spokojnie, radziłem sobie już w gorszych sytuacjach. Wystarczy, że wrócę do drogi głównej na Sztokholm i zobaczę jak się sytuacja rozwinie, nie jest przecież wcale powiedziane, że był to zjazd którego szukałem. Jak pomyślał tak zrobił. Podczas tankowania, przewidziałem rzecz jasna mały margines na błądzenie, zaczynałem się jednak obawiać coraz bardziej czy nie był on jednak zbyt mały w stosunku do skali błądzenia. Póki co jadę jednak dalej, drogi w przebudowie, sprzęt rozświetlony żółtymi lampami. Jadę za jakąś kobietą bardzo sprawnie operującą Mazdą 6 w kierunku stolicy, stolicy Szwecji rzecz jasna. Nagle zjazd w prawo, w drogę numer 26, udało się! Gdzie szalony!!! Drugi zjazd, pamiętasz? Jadę dalej, najwyżej przecież zawrócę. Jest kolejna tablica na Jönköping i Mariestad, droga numer 26! „Króliczek uratowany!”. A propos, trafił mi się w drodze również jeden taki kitajec, ani chybi samobójca, bo odbijał w dokładnie te miejsca, którymi chciałem go wyminąć. Ja w prawo, on w prawo, ja w lewo, on w lewo, ciężko nam było do prawdy znaleźć jakiś satysfakcjonujący obie strony kompromis. Też nie wiem jakim cudem uniknął śmierci nagłej, zmotoryzowanej i tragicznej, ale odetchnąłem z niekłamaną ulgą widząc go wyłaniającego się za autem. A przez to całe zamieszanie z szukaniem drogi to tylko zgłodniałem. Na wylotówce z miasta było nawet niezdrowe żarełko z wielkim logo „M” , co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu,
że wybrałem słuszny kierunek. Hehe, wcale nie dlatego że zaraz napcham bandziocha, tylko dlatego, że wspominał o niej podczas naszej rozmowy Artur. Zjadłem, pozbyłem się nadmiaru gazów po czym w diametralnie innym już nastroju wyruszyłem drogą na Mariestad. Czyli co, najgorsze już za mną? Około godziny 1 nad ranem byłem już tak zmęczony jazdą, zbyt późno zmienianymi światłami przez co poniektórych gamoni, mgłą, ciemnością i „atrakcjami” po drodze, że po prostu musiałem przystanąć. Czas miałem przecież dobry, trasa też już powinna biec jedynie w linii prostej ku Karlskrone bez żadnych niespodzianek, dystans też nie był duży, choć była to jeszcze ledwie połowa drogi. Wymyśliłem zatem, że jak się do 3 nad ranem prześpię, to po pierwsze nieco odpocznę, a po drugie wkrótce zrobi się już nieco jaśniej. Zaparkowałem więc na poboczu, w kompletnych ciemnościach, przykryłem kocem, na głowę naciągnąłem kaptur i nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Kiedy się już rano obudziłem, słońce świeciło wysoko na bezchmurnym niebie, a ja wreszcie wypoczęty przeciągnąłem się szeroko by zerkając na zegarek stwierdzić, że mój prom do domu właśnie odbija od brzegu. No tak, w balona was niestety nie zrobię (a szkoda), bo przecież już wiecie że właśnie tym promem płynę kreśląc poniższe słowa. Była to jednak rzecz której szalenie się obawiałem. Czyli równie dobrze mogło tak przecież być. A jak było? Pomimo śmiertelnego zmęczenia obudziłem się sam, i to nawet 5 minut przed budzikiem który ustawiłem na 3 rano. Umysł ludzki jest niesamowity. Naturalnie ciemno było niezmiennie, bo przecież o 3 nad ranem nawet w lecie nie ma mowy choćby o nieśmiałym wychylaniu się słońca zza linii horyzontu i ciemno pozostaje jeszcze dosyć długo, a co tu dopiero mówić o ostatnich dniach września. Nie wiem doprawdy jak ja wpadłem na ten genialny pomysł ze wschodem słońca o 3 rano, dowodzi to jednak moje stanu psychicznego powodowanego w dużej mierze zmęczeniem. No ale grunt, że nieco odpocząłem i mogę ruszać w dalszą drogę. Przedtem jednak wyszedłem z auta rozprostować nieco gnaty przed kolejnymi godzinami spędzonymi w jednej pozycji za kierownicą. Zimne powietrze błyskawicznie odebrało mi wspomnienie ciepłego koca, trawa zmarznięta, księżyc w pełni jak świecił tak świeci tym swoim złowieszczym, trupiobladym blaskiem. Księżyc, mój wierny towarzysz podróży przez Szwecje. Na tylnej szybie spostrzegam ślad wielkości otwartej dłoni, jakby ktoś zdrapał nieco szronu by zajrzeć do środka, mógł to też sprawić ciepły oddech jakiegoś ciekawskiego łosia. Nie wiem kto, ani nawet co to było, ale bardzo się cieszę, że przyszło mi do głowy pomimo zmęczenia by zamknąć się w aucie od wewnątrz. Zapragnąłem jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, rzecz jasna po zrobieniu jednej, pamiątkowej fotografii. Jest chyba jedna rzecz na świecie która swoimi światełkami jest w stanie oczarować człowieka niczym świerk w Wigilię, a są nimi tiry mijane nocą na Szwedzkich drogach (Las Vegas zmilczę). Wyglądają wprost fenomenalnie, a kiedy jeszcze włączą te swoje jupitery, to chyba widzą na kilka ładnych kilometrów przed sobą. Ostatnią część trasy pokonałem już całkiem sprawnie, zapominając szybko o zwątpieniu jakie mnie ogarnęło gdy jechałem objazdem do Karlskrony przez jakieś wsie, w niewiadomym kierunku. Rozwidniło się już na dobre, świat stracił nieco swojej magii, a ja wciąż jechałem nie wiem gdzie z racji braku oznaczeń, nie mogłem też mijanych nazw odnaleźć na mapie, bo po prostu ich tam chyba nawet nie było. Częściej niż do mapy, zerkałem jednak na zegarek, bo wybiła już godzina 7 rano, a ja dalej nie wiedziałem gdzie jestem. Byłem jednak blisko, co do tego nie miałem już żadnych wątpliwości. Po drodze zrobiłem jeszcze kilka zdjęć, dokumentując mój ostatni, szwedzki wschód słońca. A stres minął niemal zupełnie, kiedy ujrzałem tablicę miasta Karlskrone. Niemal, bo przecież trzeba jeszcze było na ten prom trafić. Jadę i wypatruję tablic z rysunkiem promu, który nigdy jeszcze nie cieszył mnie tak jak wtedy. Można by rzec, że był to najpiękniejszy rysunek promu jaki w życiu widziałem. Tam gdzie go jednak na tablicach nie było, zmuszony byłem improwizować i jechać na czuja, i też jakoś sobie szczęśliwie poradziłem. Jest, stoi majestatycznie z rozdziawioną „paszczą” przy brzegu, czeka właśnie na mnie. Odebrałem z budki swój bilet na prom, na który to dostojnie wjechałem i zająwszy wskazane przez obsługę miejsce parkingowe, udałem się z reklamówką najpotrzebniejszych przedmiotów (wśród których znalazł się rzecz jasna zeszyt) na górę. Czas miałem bardzo dobry, wręcz wyliczony z zegarmistrzowską precyzją, czyli byłem godzinę przed wypłynięciem, tak jak Bozia i przepisy nakazują. - Na promie sobie to zmęczenie podróżą odeśpię – myślałem szukając wygodnego fotela. Jak się to potoczyło dalej, już wiecie, bo napisałem o tym nieco wcześniej. Myślę że całkiem nieźle sobie poradziłem, no przynajmniej jak na kogoś, kto spał przez noc ledwie dwie godziny, a przejechał przez pół Szwecji. Nocą, we mgle, z sarnami, zającami, rondami, drugimi zjazdami i objazdami. Dałem radę, a do domu został mi już ledwie ostatni odcinek, ostatnie 200 kilometrów z Gdyni do Olsztyna. Na śniadanie i obiad jadłem dziś paczkę chipsów, więc po przybyciu do siebie bankowo zajadę jeszcze na moje ukochane, pikantne skrzydełka z którymi miałem kilkumiesięczny rozbrat. A do skrzydełek otworzę sobie piwo, takie prawdziwe, pięcio - procentowe. I pewnie nim upiję łyk czy choćby wbiję zęby by poczuć smak pikantnej panierki ekstatycznie drażniącej moje podniebienie, padnę nieprzytomny. No dobrze, za pół godziny dobijamy do portu w Gdyni, na zegarze 19-ta, pora więc z wolna się zbierać w kierunku zaparkowanych tłocznie pojazdów. Każda droga która ma swój początek, musi mieć też swój nieunikniony kres. Przez okna widzę już w oddali polskie światełka 


W wersji szwedzkiej udział wzięli:

Niedźwiedź alkoholik – Sven Johansson
Wąż spustowy – William Andersson
Gang zajęcy – Oscar Karlsson, Lucas Nilsson, Hugo Eriksson, Elias Larsson
Gang dwóch łosi (w tym jeden z pałką) – Alexander Olsson, Liam Persson
Łoś samobójca – Charlie Svensson


- Nie! Nie! Nie! Chwileczkę! Protestuje! Ja stanowczo protestuję! Nie zgadzam się na takie traktowanie! Nie po to świeciłam gołym tyłkiem po lasach, aby poświęcić mi ledwie jeden akapit! Proszę mi tu niezwłocznie napisać ze szczegółami o naszym spotkaniu, tak jak było to obiecane! - Matka Natura nie może przestać się złościć i aż cała poczerwieniała. No sami widzicie że nie ma rady.

(termin, bliżej nieokreślony, czas, bliżej nieokreślony, miejsce akcji: las).
- No, to kiedy udało mi się już przykuć twoją uwagę – opuszcza dłonie uwalniając piersi oraz długie włosy opadające na nie aż do samego łona natury – to posłuchaj mnie teraz uważnie. Chcę, aby twoja książka stała się głosem rozsądku w tych zwariowanych czasach. Aby ludzie przypomnieli sobie, że liczy się coś więcej niż pieniądze, władza czy sława. Że można też żyć ciesząc się pięknem dookoła, tylko trzeba o to piękno dostrzegać, umieć o nie dbać, pielęgnować i chronić. Bo wszyscy z jednego jesteśmy, i do jednego wrócimy. Tylko musimy pamiętać o tym, co jest w życiu naprawdę ważne, o tym że nie jest najważniejsze co zdobyliśmy, ale ile poświęciliśmy aby to zdobyć. Ludzie tak bardzo zatracają się w cyfrowym życiu, że zupełnie tracą z oczu piękno świata który ich otacza. To komputery i telewizja generują ich emocje, to one sprawiają że płaczą lub się weselą. Ulegają złudnej pokusie świata, który w rzeczywistości nie istnieje. Bo czy mogą dotknąć słodkiego kotka za szklanym ekranem? Czy karmiąc jakieś wirtualne zwierzątko będą mogli się później do niego przytulić? – Czyli co jest tak naprawdę ważne? – pytam nieco skonfundowany.
– Nie wiesz? Człowiek. Pamiętasz kiedy nie miałeś w Szwecji telewizora, kiedy mogłeś wsłuchać się w siebie, z dala od zgiełku polityki, nachalnych reklam, idiotycznych filmów. Słuchałeś siebie i pisałeś, pisałeś to co czułeś, a ja patrzyłam na ciebie i cieszyłam się twoją radością. Byłeś szczęśliwy przemierzając leśne ostępy szwedzkich gór, a ja razem z tobą. Potem jednak, kiedy podłączyłeś telewizor, zrobiłeś się znów nerwowy, bardziej zamknięty w sobie, nie słuchałeś już z taką uwagą swojego wewnętrznego głosu. Niech twoja książka sprawi, by ludzie znów zaczęli słuchać. Słuchać samych siebie, ale też słuchać innych. Aby się śmiali, ale też czasem nad sobą zastanowili. Niech pomyślą dokąd zmierza ten rozbuchany konsumpcjonizm i co wnosi do świata w którym żyją. – A czy ktoś w ogóle przeczyta te moje zapiski – pytam nieśmiało. – Twoja książka stanie się bestsellerem, przyniesie ci wielką sławę i pieniądze. Dwie najbardziej zatruwające serce człowieka rzeczy. Zostanie wydana w ogromnych nakładach, będzie też przetłumaczona na wiele języków, w tym na język szwedzki, od których to Szwedów zresztą otrzymasz później nagrodę za rozwój przyjaznych stosunków między narodami. Będziesz podróżował i dalej tworzył swoje dzienniki, szukając na świecie dobra i niosąc to dobro w inne kraje czy kontynenty. – Dziwne, ale myślę, że mówisz mi po prostu wszystko to, co chciałbym usłyszeć – kręcę z niedowierzaniem głową. – Tak? – spojrzała na mnie „bykiem” – no dobrze, więc skoro tak, to twoje zeszyty równie dobrze mogą trafić na dno szuflady, a ty zatracisz gdzieś po drodze swojego niespokojnego ducha wędrowca, osiadając byle gdzie, zadowalając się byle jaką pracą za byle jakie pieniądze i wiodąc byle jakie życie. Kto zadowala się byle czym, ten ma byle co. Będziesz się również zastanawiał co w swoim życiu zrobiłeś nie tak, bo przecież zupełnie inaczej sobie to wszystko miało się potoczyć. – To ja chyba jednak pozostanę przy poprzedniej wersji – piorunem kończę te przerażające prognozy. – Sam widzisz – uśmiechnęła się łagodniej. „Wielu ludzi zawraca z obranej drogi, nie wiedząc nawet, jak blisko byli celu”. – Matko Naturo – wbijam wzrok w ziemię i założywszy ręce za plecy grzebię czubkiem stopy w ziemi – a czy mogła byś mi tylko przypomnieć, dlaczego nazywają cię Matką Naturą? 

Koniec. Definitywny. Nieunikniony. Nieodwracalny.
(12.12.2015, sobota, 12:55, pochmurna, ciemna i mokra sobota)
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)