Niedziela, 19 sierpnia 2018. Imieniny Emilii, Julinana, Konstancji

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 64

O norweskiej eskapadzie i szczęściu do poznawania ciekawych ludzi :)

(27.09.2015, sobota, mglisty, chłodny poranek, 9:30)
Ratunkuuuuu!!! Rzeźnik Wiesio vel Corano musiał mnie z samego rana wypatrzyć jak szedłem do sławojki i przypuścił swój „atak”, dobrze chociaż że poczekał aż wrócę, czyli zachował się bardzo humanitarnie. Nic z humanitarnym odruchem nie miały za to baty które wczoraj w ostatnim, decydującym meczu mu spuściłem (6:3) a których zapewne przeboleć do dziś nie może. Oczywiście skrzętnie pominę milczeniem fakt, że poprzednie mecze przegrywałem, no ale doprawdy nie wiem czy jak ktoś wygrywa „na śpiocha” to też się liczy? Zyskałem jednak kilka minut bo poprosiłem o czas na zjedzenie śniadania. Grzeje jakieś pulpety w sosie, z mięsa niewiadomego pochodzenia . Rozumiem nieco lepiej Edka żalącego się, że nie może już na nie patrzeć. Ja jeszcze tego nawet nie spróbowałem a już, gdyby nie głód, musiałbym się przełamywać. No aż taki głodny to ja nie jestem, bo się wczoraj na kolację, choć był to spóźniony obiad, jeśli można jedzenie po 22 nazywać obiadem, smażyłem rybę którą zostawił mi Staszek, po tym jak go nastraszyłem że mu się po drodze zepsuje. Było to zresztą bliskie prawdy bo lodówki ze sobą nie zabierał, no ale fakt pozostaje faktem, że miałem na tę rybkę oko. Zamroziłem ją niezwłocznie i w ten oto sposób mam trochę smacznego (i zdrowego) żarełka na później. Musiałem ją więc wczoraj usmażyć, bo od rana się rozmrażała. Dobry szczupaczek, zostało mi jeszcze na dziś. No dobrze, muszę uderzyć się w pierś i do czegoś przyznać, źle wyliczyłem wczorajszy dzień i czas potrzebny na zbieranie. To znaczy czas wyliczyłem dobrze, tylko nie wziąłem pod uwagę czasu który pochłonie mi robienie zdjęć tym czaderskim, brązowym krowom. Nie żałuję oczywiście, ale ta godzina to by mi się jednak później przydała. A teraz uwaga, bo będzie zagadka! Nagrodą będzie jak zwykle osobista satysfakcja, a pytanie jest następujące: Dlaczego nie powinno się zbierać borówki/jagody wieczorem w górach, w półmroku? Proszę, może pan. Eeee, bo niewiele widać? Tak, to prawda, lecz nie na taką odpowiedź czekamy. Yyyy bo można zabłądzić? I to też prawda, lecz poszukiwania odpowiedzi wciąż trwają. Fajny wczoraj miałem klimacik, będąc sam, w półmroku na szczycie góry, kiedy to z kieszeni wydobywały się dźwięki piosenki zwiastujące że coś mnie wkrótce zeżre. Ale to tak zupełnie na marginesie, bo wciąż nie mamy odpowiedzi na postawione pytanie. Hmmm, bo jest zimno? Pozbawiona mięśni, a zatem izolatora przed chłodem pani również ma rację, lecz ta odpowiedź również mnie nie satysfakcjonuje. Zapewne gdybyście znaleźli się na moim miejscu, również bardzo szybko zrozumieli byście dlaczego łażenie w półmroku po skałach jest raczej kiepskim pomysłem. W zasadzie działo się tak, ilekroć moja noga ześlizgiwała się niespodziewanie na odrywającym się od skał, wilgotnym mchu. Aby obraz był w pełni, brakowało jedynie łosi siedzących za stołem i punktujących te moje piruety podczas których starałem się, na ile to możliwe, utrzymać równowagę. (00:20) Wiesio wyszedł niepocieszony po przegranym przez niego meczu 3:0 i znów był to chyba jedyny mecz który tego wieczoru udało mi się z nim wygrać, bo jakoś nie potrafiłem skupić się na grze. A to myślałem o mojej dzisiejszej podróży do Flisy, poznanym po drodze jegomościu o mokrej nogawce, a to o czekającym mnie całkiem realnie powrocie do Polski, trasie którą trzeba pokonać, a to o konieczności selekcji zdjęć przed snem by zrobić miejsce na karcie. Tak, zapełniłem niemal całą kartę, w zasadzie chyba nie ma objętości której by wcześniej czy później się nie zapełniło, a wszystko jest jedynie kwestią ilości wolnego czasu oraz fantazji fotografa. A teraz będzie słów kilka o mojej dzisiejszej podróży do Norwegii. Rano, Corano dał mi cynk, że za Flisą widział skórzaną kanapę z fotelem w kolorze brąz , narysował mi nawet mapę jak tam trafić. Jak się później okazało, nie była to jego najdokładniej narysowana w życiu mapa. Myślę sobie, że przecież i tak wybierałem się do Norków po te moje suszone rybki, więc można by upiec dwie pieczenie na jednym ruszcie. Zatankowałem za 300 koron i ruszyłem w drogę. A dzień dzisiaj piękny, co w sumie nie dziwi bo gdybym zbierał borówkę to lało by zapewne jak z cebra. Czyli dzień idealny na podróże i robienie zdjęć. No i oglądanie starych mebli których ktoś chciał się pozbyć wystawiając je przed swój dom. Nie dane mi jednak było cieszyć nimi swe oczęta, bo po skręceniu za mostem w lewo , ale po dojechaniu do końca drogi, powrocie i pokonaniu tej trasy ponownie stwierdziłem, że ja tam żadnego fotela nie widzę. To znaczy było jedno drewniane krzesło, na którym siedziała pewna Norweżka, ale nie miało nic wspólnego z brązową skórą. No i trochę chyba jednak było by głupio wyszarpać je spod niej krzycząc – Oddawaj! Hahaha, śmieję się oczywiście, ale sama sytuacja była by zapewne przekomiczna. No trudno, trzeba się było pogodzić
z porażką misji zagarnięcia skórzanego mienia i zwalić wszystko na niedokładną mapę Corano. Wróciłem do centrum Flisy, w tym również do centrum handlowego. W Spark’u pani pokierowała mnie do sklepu obok, w którym była szansa znaleźć te moje rybki. Szansa była, tylko rybek nie było. Poddałem się i za moje 130 norweskich koron nakupiłem żarcia w puszkach, choć wcale tak dużo tego nie było, bo trochę rybnych konserw, trochę mięska, tak żeby spróbować skandynawskiej kuchni. Raczej już bliżej Norwegii nie będę. A wspominałem że po drodze do Norwegii zajechałem do mojego znajomego loppisu w którym kupiłem komiksy, lampkę czy figurkę? Zajechałem oczywiście po czerwony talerz który jakoś chodził mi po głowie od chwili gdy zobaczyłem go będąc tam po raz pierwszy, a tuż za nim dreptało radośnie 30 koron. Wypatrzyłem też japońską porcelanę, sprzedawca dawał mi nawet specjalną cenę tylko dla mnie i tylko dziś. Mimo wszystko cena była jednak jak na mój skromny budżet zaporowa, a gościu nie dał się przekonać, że wcześniej podał cenę o jedno zero mniejszą. Tak jakoś usłyszałem, to się dopiero nazywa myślenie życzeniowe w praktyce. Pozwolił mi zrobić w środku kilka zdjęć, umówiliśmy się też, że jak sprzedam książkę i będę już wreszcie bogaty,
to wtedy do niego po tę japońską zastawę wrócę. Umowa stoi!  No tak, ale było to w drodze do Flisy, a my tu już przecież wracamy. Okazało się, że gdzieś tam w oddali padało, a ja rozpocząłem pogoń za tęczą. Ubaw po pachy, mówię wam. Ilekroć przystawałem by zrobić wreszcie zdjęcie okazywało się, że już w zasadzie nie ma czego fotografować. Jadę dalej, pojawia się kolejna, jeszcze piękniejsza od poprzedniej, i znów poszukiwania miejsca do zatrzymania auta, i znów okazuje się że jest już za późno. Fajna zabawa, polecam . Wreszcie jednak utrafiłem fajne miejsce, przy mostku, jeziorko, góry w tle, ale bez tęczy. Trudno, zaparkowałem przy jakimś gospodarstwie, wysiadam, asfalt wilgotny, kolory soczyste, czyli niedawno padało, pędzę spełniać się twórczo. Fotografuję jezioro, góry, most, most i jezioro, most i góry, jezioro i góry, z góry, z dołu, z boku. Kiedy stwierdziłem, że już więcej z tej miejscówki nie wycisnę, spostrzegłem że przed mostem parkuje terenowa Toyota, z której maszeruje w moim kierunku siwy pan z aparatem. Tak coś około 60-ki, z białą głową, białą brodą oraz, co chyba najważniejsze, Nikonem w dłoniach. Normalnie idzie fotografować moją miejscówkę, poczułem się jakbym niemal spotkał dobrego znajomego. Przyjaciela? Jeśli można tak nazwać osobę, która podziela waszą pasję to chyba tak. Pozwolił mi sobie potowarzyszyć, bo stwierdziłem że jak ktoś ma taki sprzęt, to raczej zajmuje się zdjęciami na poważnie i chętnie podpatrzę zawodowca. A sprzęt ów pan miał całkiem profesjonalny, okazało się też, że jest fotografem , informatykiem, mieszka w Norwegii, a żonę zostawił w aucie przy moście. Okazało się również po chwili, że jest nieprzemakalny. O co chodzi spytacie? Otóż mówi mi, że od kilku już lat polował na tę miejscówkę z takim światłem, deszczem, no i że wreszcie mu się udało. Uradowany pakuje się w zarośla i … ślump! Noga na wysokości kolana ląduje w ukrytej pod mchem wodzie. Pocieszam go jak mogę, mówię że przy zbieraniu borówki wodowania zaliczam notorycznie, ale bardziej niż mokrą nogą przejął się tym, czy przypadkiem nie ucierpiał jego aparat. A nie mówiłem, że zawodowiec. Najlepsze że jest informatykiem, jak ja. W pewnej chwili pomyślałem nawet, że jest on w zasadzie u kresu swojej zawodowej, informatyczno – fotograficznej drogi, którą ja
dopiero jakby rozpoczynam, że to trochę jakbym zobaczył siebie za jakieś 30 - 40 lat. Wiem że brzmi to nieco głupio, bo wcale nie jest powiedziane, że uda mi się kiedykolwiek do jego poziomu chociażby zbliżyć, ale tak wtedy sobie pomyślałem i nic na to nie poradzę. Pogadaliśmy, popstrykaliśmy, pan fotograf co jakiś czas przypominał sobie o oczekującej go w aucie żonie, dzielnie jednak się przed tą myślą bronił. Opuszczamy zagajnik z niezłym widoczkiem na jezioro i panoramę w tle, a on mnie pyta czy nie chcę wiedzieć jak się nazywa. No cóż, jeśli już mam być z wami tak do końca szczery, to przeszło mi to przez myśl już dawno temu. Chciałem po prostu poznać jego zdjęcia, bo przecież dobry aparat fotografa nie czyni. Ale przyznaję, że moja ciekawość została rozbudzona. Odparłem spokojnie, że jestem nieśmiały (khem) i krępowałem się zapytać (khem khem). Zapisał mi swoje nazwisko w moim telefonie bo kompletnie mi się podawane przez niego litery nie kleiły w jakąś logiczną całość. Obiecałem wpaść do niego na portalu społecznościowym, po czym udał się w stronę swojego auta, czy raczej oczekującej nań małżonki. Na odchodne chciałem go jakoś pokrzepić i powiedziałem, że mam nadzieję że żona go nie pobije, bo jednak nie było nas dosyć długo, odpowiedział ze śmiechem, że nie będzie chyba tak źle. Żona była faktycznie wyrozumiała, a zdjęcia rzeczywiście istotnie ma niesamowite. Wracam, po drodze ponownie opstrykałem czerwoną łódkę przy białym kościele nad jeziorem, a potem jeszcze nieco dalej wielki księżyc nad ciemną taflą nocnego jeziora. Karta była pełna więc musiałem na prędce coś pousuwać, no ale przecież do pełni szczęścia brakuje mi już jedynie zdjęcia łosia. Jak mówi przysłowie „proście a będziecie prości”! W mroku, na drodze oświetlonej jedynie trupiobladą poświatą księżyca oraz reflektorami Passata wyłania się nagle zza krzaków głowa łosia. Zatrzymuję auto, łapię za aparat, a łosiek zamienił głowę na zadek i czmychnął w las. Mógłbym chyba nawet przysiąc, że było to miejsce w którym miałem już z nim spotkanie wracając z nocnej eskapady do Norwegii. Kto wie, mógł to być nawet ten sam łoś, a tym samym potwierdzeniu uległa by teza, że są to zwierzęta wędrujące swoimi, utartymi szlakami. Cóż, mam jeszcze szansę na jakieś zdjęcie jutro, bo jak nie to najszybciej chyba dopiero za rok. Ale tak złapać by go na skałach, z tym dzisiejszym księżycem w tle, pomysł jest, pozostaje już jedynie realizacja. Rozgryzłem chyba o co chodzi Szwedom z tymi ich „długimi” światłami i dodatkowymi lampami. Podejrzewałem ich o kurzą ślepotę, bo ledwie zaczynało zmierzchać, a ci już włączali całe oświetlenie jakie w autach mieli, z drogowymi światłami włącznie, które rzecz jasna widząc pojazd z naprzeciwka zmieniali . Domyśliłem się jednak moim przenikliwym umysłem, że tu nie chodzi o to, aby to oni lepiej widzieli, no poniekąd oczywiście też, ale przede wszystkim, by sami byli lepiej widoczni już z daleka, bo dzikich zwierząt jest tu przecież pod dostatkiem. Tak oto wydedukowałem, nie wiem zresztą nawet czy słusznie. Jasny, okrągły księżyc przyniósł ze sobą tej nocy przymrozek, a ostatnich wątpliwości wyzbyłem się widząc oszronione szyby aut. Trudno, jeśli taka jest cena ładniejszej aury za dnia. Pora chyba kłaść się do łóżka, bo zegarek wskazuje 1:40 a ja miałem w planach robienie czystek na karcie pamięci, by móc jeszcze w drodze powrotnej jakieś zdjęcie zrobić. Już nawet chyba nie muszę wspominać, że po śniadaniu lecę dozbierać Kasi te brakujące 15 kg borówki. No ale potem to już tylko obiad i pakowanie się do drogi powrotnej, no chyba że wpadnie Corano na jakiś szybki mecz, wtedy mogę się równie spokojnie i bez pośpiechu spakować w poniedziałkowy poranek. Ponieważ prom odpływa dopiero we wtorek o 9 rano, więc nawet uwzględniając (tfu tfu) błądzenie, to powinienem zdążyć. Oczywiście czułbym się znacznie najspokojniejszy, wyruszając w drogę niezwłocznie, czyli w tej właśnie chwili. I nie chcę mieć żadnych przygód po drodze, bo tych miałem już tego lata pod dostatkiem, ku mojej wielkiej zgryzocie, a i zapewne nie mniejszej uciesze czytelników. Lecz czym byłoby nasze życie bez przygód? Egzystencją tylko. No i zeszyt mi się już kończy. Grzecznie wrócić do domu, wyspać się, może nawet odchorować jak będzie trzeba no i oczywiście brać się za przepisywanie tekstu na komputerze po uprzednim jego naprawieniu. Komputera, nie tekstu, chociaż i nad tym drugim trzeba będzie przecież trochę popracować. Dobranoc.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)