Sobota, 20 października 2018. Imieniny Ireny, Kleopatry, Witalisa

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 62

Nerwowi żyją krócej.

(24.09.2015, czwartek, godz. 7:40, 4 dni do promu).
Miałem wczoraj dzień tzw. wkurwa, ale to dosłownie na wszystko, na co tylko można. Zaczęło się od stanu melancholii przechodzącej stopniowo w smutek, ten zaś zmieniał się z wolna w psychiczny dyskomfort by dosięgnąć poirytowania. Kontynuując mój proces myślowy, poirytowanie ustąpiło miejsca złości, ta przerodziła się w gniew który przybierając gargantuiczne rozmiary stać się wściekłością. O czym myślałem, zapytacie? O wszystkim, przecież mówiłem. Począwszy od tego, jak naiwny byłem myśląc o zbieraniu na tym polu po 100 kg borówki, bo co prawda fajnie się zaczęło, ale dalej to już była mizeria z okazjonalnymi kępami, a kiedy już się zdarzały to albo były schowane w gałęziach, albo wrastały w mech. Wkurzały mnie nawet piosenki które puściłem, na moim pobycie w Szwecji kończąc. Finansowo wyszedłem chyba na zero, jeśli by wziąć pod uwagę koszt biletów czy jedzenia zakupionego na drogę. O paliwie to już nawet nie wspomnę, no ale to przynajmniej było o połowę tańsze, bo zza wschodniej granicy. Wkurzała mnie trasa którą pokonałem, Dziadek robiący mi czasem niemiłe niespodzianki, dni które powinienem był wcześniej wykorzystać na zbieranie, czy nawet dni, których już na to mieć nie będę. Jak powiedziałem na samym początku, wściekły byłem dosłownie na wszystko. Niby wstałem wcześnie, niby zbierałem bez przerw, a ok. 17:45 miałem jakieś 60 kg borówki, słabo. Zbyszek prosił abym przyjechał nawet przed 18-tą, piszę mu zatem smsa że nie będę miał 100, a jakieś 70 kg., a skoro tak, będzie miał mniej przebierania. No i że skoro będzie tego mniej, to dozbieram spokojnie to wiaderko i będę u niego do godziny 18:30. OK.? Cisza. Czekam, zbieram, dalej nie wiem czy ok. O godzinie 17:55, nie doczekawszy się odpowiedzi stwierdziłem, że pewnie się wkurzył bo umawialiśmy się jednak na 18-tą, a nawet nieco wcześniej . Umowa święta rzecz, więc zbieram się szybko do auta i rura do skupu Zbyszka. Szopa z maszynerią zamknięta, tylko światło się pali. Nieco mnie to zaniepokoiło, ale pewnie zrobili sobie tylko przerwę. Pukam do drzwi domu, jest Zbyszek z bratem Reni siedzącym za kuchennym stołem. Zbyszek wita mnie z uśmiechem i zaprasza do środka, wchodzę do przedpokoju i tam też postanawiam pozostać, nie chcąc ściągać gumiaków pod którymi kryły się mokre skarpety. – No nie masz Krzysiek do mnie szczęścia – mówi – no naprawdę. Rano się dowiedziałem że mój odbiorca się wycofał, więc nie mogę kupić twojej borówki. Renia też dziś nie pojechała zbierać. Ja cię bardzo przepraszam, naprawdę. – No to przecież trzeba było dać mi znać jak się dowiedziałeś – mówię z wyrzutem, zastanawiając się co ja teraz zrobię z 60 kg borówki – to bym przecież na darmo nie zbierał. – No przecież też byś zbierał – pociesza mnie. (Hę?) – Ciekawe po co, skoro wszystkie skupy są pozamykane? – cedzę przez zęby – chociaż myślałem przecież wcześniej już nawet, by zaparkować i sprzedawać pod jakimś sklepem. Zbyszek nie przestając się uśmiechać zadaje mi fundamentalne tego dnia pytanie – A u Eryka byłeś? Przecież Eryk wciąż skupuje. – No nie byłem, ktoś mi przecież mówił że już zamknął interes, kilka dni temu. – No gdzie – dziwi się – jak u niego wczoraj byłem to jeszcze skupował. Mówię ci, jedź do Eryka. Rozliczyliśmy się szybko za moje wczorajsze 24, a nawet 24,3 kilo, kawy musiałem odmówić bo byłem zmarznięty, przemoczony i jedyne o czym już tylko myślałem, to aby zrzucić z siebie te łachmany i błyskawicznie teleportować się na skup Eryka. Nieco za basenem, po drugiej stronie ulicy, wjazd za budynki, kilka samochodów przed otwartymi drzwiami od hangaru, no i oczywiście Taje. Ale otwarte! Opuszczam auto, szybko ustalam kto jest ostatni w kolejce do ważenia,
a że każdy z nich miał bagażnik zapakowany po dach skrzyniami z borówką, uznałem że pojadę się spokojnie przebrać w suche ciuchy bo to przecież blisko, byle tylko wrócić przed zamknięciem. Czyli nawet nie muszę się specjalnie spieszyć. Nagle słyszę za plecami głosy – Cześć ziomal, skąd przyjechałeś? Dziwne, bo albo Litwini pracujący na skupie tak dobrze nauczyli się mówić po Polsku, bo raczej nie Tajowie, albo nastąpiły jakieś roszady kadrowe. Przyglądam się teraz znacznie uważniej postaciom przyjmującym towar i rzeczywiście jest to inna brygada niż wcześniej, w dodatku gęby jakby takie bardziej polskie, swojskie, by nie powiedzieć znajome. – No z Olsztyna – upraszczam odpowiedź by uniknąć tłumaczenia co to są Jeziorany i w jakim punkcie wszechświata leżą. Nie, to inne Jeziorany niż te ze słuchowiska radiowego, tak, to te Jeziorany w których nakręcono kiedyś serial „Stacyjka” z całą plejadą świetnych, polskich aktorów. Sam serial sukcesu jednak nie odniósł gdyż, jak mniemam, wyprzedził nieco swoje czasy. Później podobne seriale pokroju „Rancza” oraz wielu innych święciły sukcesy, a dotarły do szerokiej publiczności po torach „Stacyjki” właśnie. A może po prostu reżyser nieco przekombinował. – No a skąd dokładnie? – dopytuje się jeden z nich, brunet, wydający zapewne fortunę na żel do włosów – bo my jesteśmy z Jezioran. Hę??? – No ja też jestem z Jezioran – nie mogę otrząsnąć się z niemałego szoku – to znaczy mieszkam teraz w Olsztynie bo tam pracowałem przez ostatnie lata, no ale wychowałem się w Jezioranach i bywam tam u rodziny z wizytą. - Ale numer – śmieje się – trzeba tysiąc kilometrów przejechać aby spotkać ziomala z sąsiedztwa. Obiecałem pogadać dłużej jak tylko przebiorę się w suche ubranie po czym pognałem do siebie. Wracając zajechałem jeszcze tylko szybko do Konsuma po siuśka (czyli 2,8% piwo), którym później poczęstowałem chłopaków . Dobrze mi się jednak zdawało, że skądś znam te twarze, od razu zresztą wydały mi się jakieś takie znajome. Jeden to syn operatora kina, w którym
to kinie spędziłem znaczną część swojego dzieciństwa, a zapach drewnianych foteli z materiałowym obiciem towarzyszy mi po dziś dzień, chociaż kina już od dawna nie ma. Kiedyś zresztą mieszkałem po drugiej stronie ulicy od tego przybytku szczęścia, okna do innych światów, klucza do wyobraźni czy wrót do innej rzeczywistości, czasem fantastycznej („Gwiezdne Wojny”, „Terminator”) czasem przerażającej („Obcy: Decydujące starcie”, „Nieśmiertelny”) a czasem jednej i drugiej („Willow”, „Interkosmos”, „Złote dziecko”) a wymieniam tu jedynie filmy na które biegałem, ilekroć je grano. Kiedy się później przeprowadziliśmy na drugi koniec miasta, to już tak przyjemnie nie było, bo po drugiej stronie ulicy miałem szkołę. – A tak, właśnie kojarzyłem was trochę – kręcę głową – trochę jesteś do swojego ojca podobny. Kiedyś mnie do kina na seans nie wpuścił – śmieje się na samo tylko wspomnienie, choć do domu wróciłem wtedy zapłakany i z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości. A był to „Nieśmiertelny” , na którym to byłem wcześniej dziesiątki razy. Ale ten jeden raz, kiedy nie zostałem wpuszczony, był dla małego chłopca wielkim przeżyciem i powodem do łez. A że na filmie fruwają radośnie głowy? Ale za to jaka muzyka Queen i jakie cudowne, szkockie tereny. Drugiego osobnika również z wyglądu nieco kojarzyłem, ale tylko z wyglądu, ten natomiast mówi mi bez pardonu, że pamięta jak paradowaliśmy za młodu z bratem w dżinsowych spodniach na szelkach. Na pewno mnie z kimś pomylił :PPP Obiecaliśmy zgadać się jakoś po powrocie. Że tak powiem kolokwialnie, jaki ten świat mały. Trochę im nawet zazdroszczę bo twierdzą, że byli na północy z wizytą u św. Mikołaja, a ja dopiero planowałem jechać na północ. W przyszłym roku. Trochę by mi o tej swojej podróży opowiedzieli, oczywiście mam nadzieję, że nie zdradzając wszystkich niespodzianek na które można natknąć się w drodze. Do Polski wracają 9 października, a zatem nieco po mnie. Po zdaniu borówki wziąłem szybki prysznic, czując jednak niewysłowioną ulgę, bo te kleszcze łosi doprowadzały mnie przez cały dzień do szewskiej pasji, a polubiły mnie wręcz w ilościach hurtowych. Nie wiem doprawdy, czy była to kwestia pory karmienia, pory dnia czy może pory roku. Ciekawe co będę sobie myślał czytając kiedyś te słowa? Nie wiem co będę myślał, ale na pewno odruchowo zacznę się tu i ówdzie drapać. Przypominając sobie różne sytuacje, chwile, będąc w nich, ale też obserwując wszystko z boku, nie czując ich tak jak teraz, kiedy tworzę własną rzeczywistość którą będę później pamiętał, tak jak chcę ją pamiętać i tylko to, co chcę pamiętać. Nie czując lodowatej deski klozetowej, cierpkiego smaku kawy, obolałej od machania zbieraczką dłoni, czy zimnej niczym lód wody przeszywającej cienką skórę podczas mycia twarzy. A i tak cieszę się, że jest doprowadzona do budynku i nie muszę już z talerzami czy po to by umyć zęby ganiać do kranu za szopą na skraju urwiska. Widzicie, zawsze można znaleźć coś pozytywnego we własnym położeniu . Chyba właśnie dlatego nasza pamięć działa na zasadzie „wybielacza”, pozwalając skupić się na meritum, a pomijając różne niedogodności których kiedyś doświadczaliśmy. A może to właśnie o to w naszym życiu chodzi, by na końcu drogi móc odczytać z niej to, co było naprawdę ważne, a nie co nam się w danej chwili ważne wydawało. Po kąpieli rozsiadłem się czysty i pachnący przed telewizorem, by móc w spokoju obejrzeć kolejny mecz Pucharu Polski, a grał Lech Poznań z Ruchem Chorzów. Wynik 1:0 po bramce samobójczej. Jak to określa Corano, a określenie to szalenie wprost przypadło mi do gustu i trafniej bym tego nie skwitował – KOPYTKARZE! Wiem chyba po co ja to w ogóle oglądam, bo nie muszę wtedy myśleć ani skupiać na tym, co dzieje się na ekranie. I dobrze mi, tak trwając w tym stanie przez półtorej godziny. Teraz natomiast siedzę pochylony nad stołem w pomarańczowo – żółtą, kwiecistą ceratę i piszę te oto słowa. Przez okno przy którym stoi stół, widzę zimny i wyprany z kolorów świat, pod jednolitym, stalowym niebem. Krople co chwila sygnalizują swoje istnienie uderzając o blaszany daszek, wiatr szumi, a auta przejeżdżają wilgotną, asfaltową drogą nieopodal. Pada, teraz już jestem pewien, uderzenia kropel nasiliły się, wygrywając melodie pod batutą wiatru. Zapewne znów przelotny deszcz, padający niby spokojnie, niby krótko, ale wystarczający by przemoczyć człowieka. Do tego wcale nie potrzeba go dużo. Ktoś powie, że przecież mam przeciwdeszczową kurtkę, którą znalazłem na skupie a którą to pożyczam od dwóch już dni. No tak, tylko że kurtka ta ma porwany rękaw. Ktoś inny powie, że mam przecież przeciwdeszczowe spodnie od Ewy, i to też będzie prawdą. Tylko że po krótkim czasie oraz intensywnym zbieraniu, pod tymi spodniami robi się jeszcze bardziej mokro niż na nich. A że się ich raczej na gołe ciało nie wkłada, to rzeczywiście chronią od deszczu, ale pod nimi i tak jesteś mokry. Dopijam spokojnie kawę, deszcz jakby się nieco uspokajał, nie, to tylko mnie się tak wydawało. Moja biała, solarna lampka stojąca obok na parapecie zrobiła sobie wolne
i przestała świecić. No a skąd niby ma czerpać energię, skoro od kilku już dni nie było nawet odrobiny słońca? W zasadzie powinienem już jechać, w zasadzie powinienem już zbierać. W zasadzie … (9:15) Dziś już ostatni dzień skupu u Eryka, a wiem to z pewnego źródła, czyli od chłopaków ze skupu właśnie. Planowałem na dziś sprawdzenie nowego miejsca z mapy pana Andrzeja, może tam będzie jeszcze borówka, bo to swoje miejsce raczej już do końca przetrzepałem . Skup jest czynny w godzinach 18:00 – 20:00, więc nawet jadąc nieco później, jeśli trafiłbym coś dobrego, mógłbym zbierać spokojnie do tej 19:30, czyli do upadłego. No ale to już ostatni dzień, potem to już bym chyba tylko na dżem zbierał. A prawda, jest jeszcze te 30 kg borówki z zamówienia Kasi, czy raczej, jak podpowiada jej mama, 40 kg, bo trzeba wziąć pod uwagę straty wynikłe podczas przebierania. Zostawiłem sobie zatem tę „przyjemność” na piątek, może pojadę za Bograngen, to bym od razu popstrykał te fajne krowy z czadowymi fryzurami. No a jakby jeszcze był czas i pogoda dopisała, to bym się przyczaił na te kilka łosi które widzieliśmy z panią Anią pod norweską granicą. Norweska granica. Budka, niewielki domek przy drodze. W niej brak oznak życia, choć słyszałem, że czasem ktoś tam siedzi, a nawet, potrafi zatrzymać przekraczające granicę auto. Nieco wcześniej, znak nakazujący ograniczenie prędkości do 30 km/h. I to w zasadzie wszystko. Cała granica. A fakt że jesteś już w Norwegii możesz dostrzec dopiero widząc zabudowania, nieco jakby większe, mniej kolorowe i bardziej surowe niż te które widziałeś w Szwecji. Marzy mi się, choć wcale nie marzą mi się misie, a łosie właśnie, fajne zdjęcie z łosiami, może na jakiejś skałce, a w tle księżyc w pełni. To by było coś! Taki właśnie łoś! Albo z zachodzącym za linią horyzontu słońcem, a na polanie kilka pozujących łosi. Pomysły są, teraz tylko muszę w ramy mojego wyobrażenia wcisnąć rzeczywistość. Byle był ten łoś, nawet nie musi stać na skale, czy innej polanie, nie musi mieć księżyca w tle, nawet nie musi ryczeć, byle łoś. Kupiłem wczoraj w sklepie również kartkę pocztową z interesującym zdjęciem dwóch lisów złapanych w sytuacji in flagranti. Pal sześć, że pani lis wyszła nieco rozmazana . Natomiast pan lis nic nie usłyszał, czemu się zresztą wcale nie dziwie, bo zajęty był czynnością zgoła odmienną niż nasłuchiwanie. Coś tam jest na kartce jeszcze napisane, ale pojęcia nie mam co, bo oczywiście jest napisane po szwedzku. Kiedy oni się wreszcie nauczą pisać po Polsku? W piątek ze szkoły wraca Katarzyna, więc ją w weekend przydybię, by mi te kilka słów ze znakiem zapytania widniejących na kartce odszyfrowała. Jako mój ekspert od języka bardzo obcego, czyli szwedzkiego. Chciałem też wysłać do tej firmy od kartek kilka swoich zdjęć z nadzieją, że może któreś kupią, ale widząc te lisy, oni chyba jednak preferują naturę nieco bardziej ożywioną od tej na moich fotografiach. A zdjęcia figlujących zwierzątek póki co w swoim portfolio nie posiadam. Wczoraj podczas śniadania przeglądałem trochę ten norweski komiks, który dostałem za darmo w loppisie, numer 5, opublikowany w 1992 roku. Kurczę, miałem wtedy 13 lat i pojęcia nie miałem o jego istnieniu. Nieco to dziwne uczucie, gdy człowiek po raz kolejny uświadamia sobie, że przed nim też istniał świat i ludzie wiodący własne życie. Po nim zresztą też niewiele się zmieni. Sam komiks to zbiór różnych historyjek , tyle że historyjki są dla dorosłych. Albo nienormalnych, jak można wnioskować po samych rysunkach, gdyż rysunki genitaliów pojawiają się tam nader często. Gdybym go wtedy uważniej przekartkował, to pewnie dalej leżałby sobie spokojnie w tym loppisie pośród innych gazet, no ale historyjki zapewne ciekawe, jak się zna język norweski oczywiście. A jak się nie zna, to zawsze można udawać że się zna, i coś tam zawsze z tych „chmurek” sobie dopowiadać. Rysunki całkiem zabawne, poprowadzone fajną kreską, jest nawet kot Adolf. Tylko o czym to może być, strach się nawet domyślać. W sobotę miałem jechać po fotel, mój zapał jednak nieco ostygł. Z kilku powodów. Po pierwsze primo, znów by trzeba było przejechać w obie trony niemal 200 kilometrów, co wiąże się z nakarmieniem Dziadka, no niby jest to do zrobienia i nie są to jakieś straszne pieniądze, ale jednak . Po drugie primo, trzeba by go jakoś upakować w bagażniku, co też do najprostszych zadań wcale nie należy . No a po trzecie primo, czy raczej primo razy trzy, bo taka jest łączna ilość kotów, nie wiem jak długo fotel zachowałby swój piękny, zwarty wygląd. Na moim obecnym fotelu, stojącym w pokoju, gości się Funfel, co ja gadam, to już w zasadzie jego fotel przejęty przez zasiedzenie, lubi sobie na nim spać lub po prostu leżeć oglądając telewizję, a po przebudzeniu wyciąga łapiszcza by wbić z lubością swe szpony w jego drewniane oparcia. Wyobraziłem sobie zatem jak powtarza tę czynność na moim pięknym, skórzanym fotelu i aż jęknąłem. Ratunkiem przed Funflem było by zostawienie fotela u mojej mamy, tylko nie po to chyba kupuje sobie fotel, abym mógł posiedzieć na nim jedynie wpadając w odwiedziny. Wystarczy że będę wtedy cieszył oczy pięknym, okrągłym stolikiem z motywami egipskimi na blacie. No i są jeszcze oczywiście Zuśka z Gackiem, czyli dwa czarno – białe „nieszczęścia” przygarnięte przez mamę, którym ten fotel również mógłby przypaść do gustu, a pazurki mają zapewne równie duże i ostre jak te funflowe. No i sami widzicie że nie ma rady. Ale pewnie tak naprawdę chodzi głównie o pieniądze, bo co by nie mówić, trochę mi żal przy moim obecnym budżecie 600 koron. Muszę przecież jeszcze zapłacić Kasi za pobyt . Dorobiłem się kolejnego długopisu i mogę tworzyć dalej, bo ze smutkiem informuję że kolejny dokonał przy mnie swego żywota. A co się musiałem natłumaczyć kobiecie na stacji benzynowej, jakaś taka niekumata, bo już u niej kupuję pisak któryś z kolei.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)