środa, 20 czerwca 2018. Imieniny Bogny, Rafaeli, Rafała

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 61

Po co mi telewizor skoro mam mózg :P

(22.09.2015, wtorek, godz. 8:05)
Pobudka o 7 rano, jeszcze przed budzikiem. Ale przynajmniej nie budziłem się już w nocy po wypitych przed snem „pisiorowych ścigaczach”. Skupy zamknięte, trzeba ten fakt przyjąć do wiadomości i się z nim bezwarunkowo pogodzić. Są jeszcze wolni strzelcy którzy prowadzą swoje własne, małe interesiki i działają według własnego zegara, bez konieczności porozumienia się z innymi, oficjalnymi skupami. Są też ludzie, którzy wykazując się swoją nieprzeciętną inteligencją mają rozległe kontakty i numery telefonów do tych pierwszych. Trzeba zatem zadzwonić do Zbyszka. „Tak, skupuję ładną borówkę ale tylko do czwartku”. Dobre i to! „Nazbieram, przywiozę, ocenisz i jak będziesz zainteresowany to wtedy kupisz”. OK. Miałbym zatem jeszcze do czwartku całe trzy dni zbierania, ale dotkliwie poczułem wtedy nieuchronność upływającego czasu. Później mógłbym nazbierać te 30 kg dla Kasi,
a będzie ich przecież potrzebować nie wcześniej niż po swoim powrocie z uczelni, czyli dopiero w weekend. Jak to się wszystko fajnie poukładało, poszczególne dni niczym puzzle dopasowały się by stworzyć jeden, doskonały obraz mojego ostatniego tygodnia pobytu. No i tak bym ten tydzień jeszcze możliwie maksymalnie efektywnie wykorzystał, bez konieczności ustawiania się z borówką pod sklepem. Ale żeby nie było, wszystko już miałem przygotowane, no może za wyjątkiem wagi. Zainwestowałem przecież wczoraj swój czas oraz niebieski flamaster chłopaków w reklamę, czyli kartkę z napisami informacyjnymi o sprzedaży jagody i borówki. Śniadanie zjedzone, wreszcie miałem okazję spróbować tych frytkowych kwadracików o kosmicznej nazwie, w smaku toto jak frytki, a może po prostu za mało się spiekły. Rano widziałem Ewę, więc informuję ją od razu, że do czwartku można wozić borówkę do Zbyszka, ale nie była specjalnie zachwycona tym pomysłem . We wtorek chciała jechać na targ do Göteborga, a ja we wtorek będę już o tej porze płynął promem do Polski. Jeszcze tylko ostatni krok, którym jest dojazd do Karlskrony, czyli samotna podróż nocą przez pół Szwecji. Ostatnie kroki mają jednak to do siebie, że często bywają najtrudniejsze. Bo przecież dlaczego łatwiej i bezpieczniej jest się na górę wspinać niż z niej schodzić? Dużo łatwiej wtedy postawić jeden, nierozważny krok i zniweczyć całe powodzenie misji. Tymczasem jednak starałem się o tym za wszelką cenę nie myśleć, bo i co by mi dało zamartwianie się przez tydzień, skoro i tak muszę wsiąść za kierownicę i bezpiecznie dojechać do domu. Nie ma po prostu innej możliwości. Tylko ta odległość, zupełnie niemal nieznana trasa, i noc, i mgła, i dzikie zwierzęta … Dopiję kawę, noszącą na wyrost to dumne miano której to jedynym chyba niezaprzeczalnym plusem jest to, iż jest gorąca. Po kawie szybko, ale nie szybciej niż pozwala na to jazda z kołem dojazdowym, jedziemy z kulawym Dziadkiem do wulkanizatora, by po powrocie wyskoczyć jeszcze z panią Anią na Borówkę do Bograngen . Trochę się opierała ale ma się ten dar przekonywania, dzięki czemu będzie sobie mogła jeszcze trochę zarobić, a ja będę miał okazję poznać kolejną miejscówkę. Musimy tylko wrócić na 13-tą, ale dzięki temu normalnie zjem obiad po którym będę mógł kontynuować zbieranie w okolicy. Spokojnie mogę tłuc do nocy, a w drodze powrotnej zahaczyć o Zbycha. Zbieram się. Biedny, kulawy Dziadek, a tak się cieszył z nowych kapci które kupiłem mu po zimie. (14:30) Dziadek podkuty, więc się cieszę. Jestem uboższy o 200 koron, więc się cieszę nieco mniej. Najważniejsze jednak, że wreszcie mogę normalnie jeździć, a i korzystając z okazji sprawdziłem też ciśnienie w kołach (tires pressure), bo nie chcę mieć żadnych niespodzianek po drodze. Sprawdził, dopompował i mogliśmy już z panią Anią jechać na borówkę, tylko późno już było bo po 10, a nawet 10:30. (20:30) Ależ dziś przemarzłem, a właściwie to przemokłem i przemarzłem. Jak tylko zjadłem frytasy na obiad, niezwłocznie udałem się na pole. Zacząłem zbierać od 16-ej, zbierałem do 19-ej, bo już kompletnie nic nie było widać, a naprawdę ciężko jest wypatrzyć borówkę w półmroku. W międzyczasie oczywiście padało, kurtka, spodnie, w zasadzie cały byłem przemoczony. A jak się zapewne domyślacie, o upały o tej porze roku coraz trudniej. Podobał mi się za to bardzo widok który mi towarzyszył, a była to panorama gór spowitych mgłą. A ja na swojej górze znajdowałem się jakby ponad tym, czyli niejako taki „Spacer w chmurach” . Mokry, zziębnięty, ale wiecie co, szczęśliwy. Czułem jakąś taką wewnętrzną radość która mnie przepełniała, zapewne za sprawą konkretnego dotlenienia organizmu. Ktoś mógłby powiedzieć – szaleniec! Lecz ja się pytam, czy szaleństwem jest łażenie całymi dniami po górach z uśmiechem na ustach, czy może spędzanie swojego życia w wygodnym fotelu przed telewizorem? Ludzie chyba nawet zaczęli już traktować odbiornik RTV jak członka rodziny i remedium na wszystkie swoje problemy oraz nudne i bezbarwne życie. Ekscytują się naiwnymi do bólu historiami z seriali, odgrywanymi przez aktorów o drewnianych twarzach, którzy w zasadzie grać nie muszą bo przecież odgrywają życie
i wręcz powinni być jak najbardziej naturalni. Ludzie czują się ważni komentując wydarzenia na które kompletnie nie mają wpływu, wysyłając smsy w idiotycznych programach, darzą sympatią bądź nienawidzą telewizyjnych celebrytów. Naprawdę, będąc przez te blisko dwa miesiące pozbawionym telewizora, wcale jakoś specjalnie nie cierpiałem. Powiem więcej, miałem wreszcie czas na słuchanie samego siebie i byłem o wiele spokojniejszy. Kiedy zaś znów zacząłem zerkać w to „okienko na świat”, znów pojawiło się jakieś napięcie i wewnętrzny niepokój. Reklamy które co chwila starają się mnie przekonać, że nie kupując danego produktu nie mogę po prostu normalnie funkcjonować, podnosząc jakieś błahe rzeczy do rangi „życia i śmierci”. Gdzieś po drodze zniknęła granica która ratowała nas jeszcze jakoś przed tym obłędem, teraz odnoszę wrażenie że już nikt tego prania mózgu nie kontroluje.
Czy może raczej jest to „chaos kontrolowany”, dopóki przynosi potężne zyski. Jak mówią zresztą sami lekarze, aby w jakikolwiek sposób ukazać ludziom problem szkodliwości lekarstw należało by o tym puszczać informację po każdej reklamie. Najlepiej aby te informacje trwały tyle co i same reklamy. Jakie to ma szanse powodzenia, a przede wszystkim, kto by za to zapłacił? Ale przecież człowiek chce być oszukiwany, sam siebie wciąż oszukuje. Chce wierzyć, że dokładnie tak jak w reklamie, po zażyciu jednej kapsułki błyskawicznie stanie się zdrowy i szczęśliwy. Nie ma czasu na chorowanie. A czym jest choroba? Nawoływaniem organizmu że coś jest nie tak, że powinno się zwolnić, dać organizmowi wypocząć, przyjrzeć nieco wnikliwej swojej diecie. Po co jednak, skoro chemią w sposób szybki i łatwy pozbędę się bólu? Twój organizm wyciąga do ciebie rękę z prośbą o pomoc, a ty kopiesz go w podbrzusze wciskając do gardła garść chemii. Po prostu szaleństwo, sami sobie stworzyliśmy taki świat za którym coraz trudniej jest nam nadążyć. Kiedy jechałem z moimi jak się później okazało 24 kilogramami borówki, zadzwonił Czesio. Akurat kiedy dzwonił telefon, w kieszeni kurtki na tylnym siedzeniu, na poboczu stał sobie łoś. Zatrzymałem auto, kręcę korbą opuszczając szybę i przymilam się do niego – Siemanko łosiek! A ten tylko stoi i patrzy, i ani myśli zwiewać. Młodziak. Moja borówka pozytywnie przeszła wyśrubowany proces selekcji Zbyszka, więc jutro kosił będę od bladego świtu, by do godziny 18:00 zebrać jak najwięcej. Bardzo prosił, aby nie później bo musiał je przecież jeszcze poczyścić przed wyjazdem na targ. Okazało się również, że jutro skupuje jednak ostatni już dzień, czyli czwartek z grafiku wypada. Pieniędzy nie brałem, bo rozliczę się jutro za całość. Zaufanie w interesach to podstawa, ale zaufanie warto podeprzeć zdrowym rozsądkiem rzecz jasna. Potem jeszcze te kilogramy dla Kasi i na tym w zasadzie koniec.
W sobotę jadę po fotel, potem do Norwegii po rybki, jakieś loppisy, a w niedziele już pakowanie się do drogi powrotnej. Mój biznes będzie musiał poczekać do przyszłego roku, a już takie ładne kartki zrobiłem. Dom. Miejsce do którego zawsze chcemy wracać. Gdzie czujemy się dobrze, spokojnie, i gdzie jesteśmy kochani. A mój problem polega chyba na tym, że ja się wszędzie czuję jak gość, tylko czasem zasiedzę się w jednym miejscu nieco dłużej, na miesiąc, rok czy pięć. Dom. Dom tworzą ludzie, a nie zbiegające się w kątach ściany. Kiedy gadałem sobie z łosiem, przypomniały mi się słowa Kasi, że z racji mojej otwartości i gadulstwa mogę być przez Szwedów wzięty za dziwaka. A ja się pytam: I co z tego? Myślę, że skoro nikogo nie obrażam, jestem wobec ludzi uczciwy i szczery, to mam prawo być kim chcę. I nawet dobrze się z tym czuć. Byliśmy też dzisiaj w drodze powrotnej w przygranicznym loppisie prowadzonym przez krępego jegomościa o sympatycznej aparycji. Kiedy my oglądaliśmy jego „skarby” w środku, on trzymał się nieco z dala, przed budynkiem. Trochę to dziwne, ale ok., przynajmniej nie gapi się nam na ręce czy coś się do nich przypadkiem nie przykleiło. Kilka rzeczy mnie zainteresowało, a była to oczywiście lampka nocna ze złotymi obwolutami klosza, brązowa figurka gimnastyczki, mała, porcelanowa figurka kota oraz komiks „Pyton” z roku 1992. Właściciel wreszcie do nas przyszedł, chyba nawet po moim zaproszeniu, pytam go po kolei o ceny przedmiotów w moich dłoniach. Najpierw kotek, facet ogląda, myśli, zastanawia się jakby rozwiązywał w pamięci zadanie z fizyki kwantowej, mówi że odda mi go za darmo. Następny jest komiks. Ogląda, myśli, ceny na przedmiocie brak, mówi że to też da mi za darmo. No to ja teraz mówię, że nie mogę wszystkiego brać za darmo, bo pójdzie w końcu z torbami. – Tak? Dobrze – stwierdza z uśmiechem – skoro tak, to za figurkę wezmę od ciebie 10 koron i za komiks 10 koron. Widzicie, „warto rozmawiać”. No, tak to możemy się bawić, bo już widzę że facet ma poczucie humoru i będzie z nim można pogadać. A już najlepsze to było z tym komiksem, bo pyta mnie – po co mi on? – Będę się z niego uczył języka szwedzkiego – dumnie wypinam pierś. – Aha, aha – kiwa głową – no ale ten komiks jest przecież po Norwesku. No i straciłem koronny argument, bo nie powiem przecież, że zaintrygowała mnie fabuła historyjek. Ale niektóre rysunki były całkiem zabawne. Trochę się jeszcze potargowałem i kupiłem wszystkie przedmioty którymi byłem zainteresowany po cenach niższych od cen wyjściowych. I o to przecież chodzi, on szczęśliwy, ja szczęśliwy, wszyscy zadowoleni. Obiecałem, że postaram się go jeszcze przed wyjazdem odwiedzić. On mi na to, że przed powrotem do Polski. Pytam więc lekko zdziwiony czy poznał mój rodowód po akcencie czy w jakiś inny tajemniczy sposób? A on mi na to, że widział rejestrację mojego auta. He he, no i jak tu go nie polubić? Pogadaliśmy jeszcze chwilę, wyznałem że jestem wprost zakochany w Szkocji, a on na to, że czytał gdzieś iż spośród miejsc które trzeba w życiu zobaczyć jest Fort William. Pytam go zatem czy tam był, nie był. A ja byłem. Wyciągnąłem z powyższej rozmowy wniosek, że Skandynawowie też są całkiem rozmowni, trzeba tylko znaleźć z nimi wspólny język. To zresztą bardzo sympatyczni ludzie. A mnie wciąż zimno, naprawdę nieźle przemarzłem. A i grzaniec przestał już działać. Jutro nakoszę borówki i będę szczęśliwy. W piątek dla Kasi. Po weekendzie do domu i będę już mógł chorować ile tylko dusza zapragnie. Byle tylko wytrzymać jeszcze te kilka dni. Aha, rozgryzłem o co chodziło z tymi rudymi krowami o ciekawych fryzurach. Otóż kiedy mijaliśmy niewielki domek, o którym pani Ania wspomniała iż mieści się tam fryzjer, stwierdziłem że nic dziwnego że Szwedzi chodzą brodaci i zarośnięci, skoro fryzjer chowa się po lasach. A tu proszę bardzo, krówki z ładnie przystrzyżoną grzywką, czyli jednak nie próżnuje  Dobra, chociaż pół godziny meczu Pucharu Polski sobie obejrzę. Podbeskidzie Bielsko – Biała kontra Śląsk Wrocław 0:1.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)